sobota, 30 lipca 2016

Delhi. Stolica ze złota i snu - Rana Dasgupta

Imię Rana może być dla Europejczyka zwodnicze, wielu zapewne kojarzy się z imieniem żeńskim.
Faktycznie, ze znalezionych w Internecie informacji wynika, że jest to imię kobiece pochodzenia arabskiego i oznacza „wędrowca” (http://www.znaczenia-imiona-dzieci.com/n/Rana) .
Jednak Rana Dasgupta jest mężczyzną - urodzonym w Wielkiej Brytani pół Indusem, pól Brytyjczykiem.
Obecnie od kilkunastu lat mieszka w Delhi, dzieli się swoimi wrażeniami i doświadczeniami ze zmian, jakie zaszły i zachodzą w tym mieście od kilkunastu lat.
Socjalistyczny projekt, jakim były Indie według „Pandida” Jawaharlala Nehru zmienił się pod koniec lat 90 XX w. w kraj postsocjalistyczny.
Wiem, że trudno oceniać Indie jako kraj socjalistyczny, niemniej takie były oficjalne założenia Indyjskiego Kongresu Narodowego.
Celami Kongresu miały być – wolność wyznania, prawo do stowarzyszenia, wolność słowa i myśli, równość wszystkich wobec prawa – bez względu na kastę, kolor skóry czy religię, ochrona regionalnych języków i kultur,  zabezpieczenie interesów pracowniczych,  zniesienie nietykalności,  nacjonalizacja przemysłu,  socjalizm i budowa świeckich Indii. Uchwała została opracowana przez Nehru na przełomie lat 1929/31 i została ratyfikowana przez Ogólnoindyjski Komitet Kongresu pod przewodnictwem Gandhiego (za Ciotką Wiki)
W roku 1999 nastąpiły przemiany, skutkujące odejściem od gospodarki centralnie planowanej na rzecz gospodarki wolnorynkowej. Zniesienie ograniczeń importowych, koncesji na część towarów  skutkowało powstaniem bajecznych fortun praktycznie z dnia na dzień.
Wiadomo „duży kraj, duże możliwości” :-)
I te właśnie zmiany obserwowane przez ponad 10 lat opisuje Rana w swojej książce. To nie jest tylko opowieść o zmieniającym się mieście, o jego wspaniałym rozwoju i możliwościach w świecie ”globalnej wioski” .
To przede wszystkim opowieść o ludziach tej metropolii. O tych, którym się powiodło całościowo, lub tylko finansowo a część samych siebie gdzieś utracili.
A także i o tych, których „Ziemia Obiecana” wchłonęła, przeżuła i wypluła po wyciśnięciu wszystkich życiodajnych soków.
Porównanie do „Ziemi Obiecanej" Władysława Reymonta nasunęło mi się po kilkudziesięciu stronach tej opowieści o Delhi.
Sam jestem z urodzenia łodzianinem, to nic dziwnego, że mam takie skojarzenia :-D
Bo tak naprawdę pomimo dystansu ponad wieku, kilku tysięcy kilometrów odległości ta historia jest bardzo, ale to bardzo podobna. 
Różni ją tylko to, że postacie które występują u Rany są autentyczne.

Tytuł: Delhi. Stolica ze złota i snu
Tytuł oryginału: Capital: The Eruption of Delhi
Autor: Rana Dasgupta
Tłumaczenie: Barbara Kopeć-Umiastowska
Wydawnictwo: Czarne   
Data wydania polskiego: marzec 2016
Liczna stron: 472


piątek, 29 lipca 2016

Rekiny wojny - Guy Lawson

Jak nazwać ludzi, którzy podczas radosnych rozmów po „zielu” wpadli w ręce amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości za przekręt na „drobne” 300 milionów dolarów?
Większość z nas nazwie ich kompletnymi kretynami i półdebilami.
Taak, tylko jak nazwać kogoś, kogo takie miernoty przewaliły na takie pieniądze?
I tu już ostrożnie z inwektywami  ”… bo się może skończyć źle…” w końcu....  Wielki Brat czuwa :-)
To, ni mniej ni więcej, tylko…Dział Zamówień Publicznych Pentagonu :-D
Jak trzech „geniuszy zła” – masażysta, drobny dealer „ziela” oraz „mózg” po pierwszej klasie liceum mieli w ogóle jakąkolwiek szansę zaistnienia na rynku broni???
Otóż, wytłumaczenie jest proste – opinia publiczna byłą oburzona tym, że większość kontraktów związanych z dostawami broni i amunicji dostawali giganci typu Halliburton czy Blackwaters.
Ludzie powiązali te sukcesy biznesowe wielkich graczy na rynku zbrojeniowym z “oczywistą oczywistością” :-)
Szczegółowe informacje na temat takich kontraktów przekazywali firmom wysocy urzędnicy waszyngtońscy w zamian za „drobne gratyfikacje" finansowe.W tej sytuacji, zgodnie z zasadami „najlepszej demokracji świata” odwinięto wajchę w drugą stronę i do przetargów na kontrakty tego typu mogły się zgłaszać (drogą internetową) dowolne firmy – w tym i nasi bohaterowie.
Przetarg dotyczył dostaw broni i amunicji dla afgańskiej armii i policji.
W jaki sposób to zrobili, skąd ta broń i amunicja pochodziła – doczytacie sami.
Na podstawie tych wydarzeń powstał film – przynajmniej scenarzysta się nie natyrał, bo scenariusz napisało życie. :-D
Film wyreżyserował Todd Phillips, ale moim skromnym zdaniem to było zadanie dla mojego ukochanego reżysera amerykańskiego - Quentina Tarantino :-D
Acha, jeszcze jedno. Jeżeli ktoś miałby ochotę powtórzyć (czego oczywiście nie polecam, bo może mieć to poważne konsekwencje prawne) numer tego Gangu Olsena z Miami Beach– to… może.
Dlaczego? A no dlatego, że procedury, mimo takiej dość komicznej a jednocześnie przerażającej wpadki administracji USA nie zostały do tej pory zmienione (tzn. do czasu wydania książki w USA w 2015 roku)

Tutaj także znajdziecie wytłumaczenie, dlaczego budżet Pentagonu jest liczony w bilionach dolarów i dlaczego wojny w Iraku czy Afganistanie kosztują po kilkadziesiąt miliardów dolarów miesięcznie.

PS.
Tak trochę obok tematu – no to już wiem, dlaczego szkolenia o zwalczaniu korupcji w firmach amerykańskich m.in. w Polsce są okresowe (w zależności od firmy odbywają się co 3 miesiące albo co pół roku) nawet dla managerów nie mających żadnego kontaktu ani z klientem ani z kontraktorami :-D
Tak na wszelki wypadek i żeby nikt nie zapomniał, co uznajemy za korupcję :-)

Tytuł: Rekiny wojny. Jak trzech kolesi z Miami Beach stało się najbardziej niezwykłymi przemytnikami broni w dziejach
Tytuł oryginału: War Dogs: The True Story of How Three Stoners from Miami Beach Became the Most Unlikely Gunrunners in History
Autor: Guy Lawson
Wydawnictwo: Znak Literanova   
Tłumaczenie: Jacek Konieczny
Data wydania polskiego sierpień 2016
Liczba stron: 336 


środa, 27 lipca 2016

Wojny szpiegów - Tennent H. Bagley

Tennent H. Bagley, znany w CIA jako „Pete” sam jest postacią nietuzinkową, ale rodzinę miał jeszcze bardziej znamienitą. Imionami Jego przodków nazwano…  siedem okrętów US.Navy.
Urodzony w Bazie Marynarki Wojennej w Annapolis, pochodzi „z najbardziej morskiej rodziny w historii USA
Wuj Joe był Sekretarzem Marynarki podczas I Wojny Światowej a jego asystentem był niejaki… Franklin Delano Roosevelt. Wuj Joe był jedyną osobą, do której FDR mówił „Szefie” :-)
Bracia naszego bohatera byli pierwszymi czterogwiazdkowymi admirałami – rodzeństwem w historii Marynarki Stanów Zjednoczonych.
Jemu samemu karierę w US Navy uniemożliwił zbyt słaby wzrok, jak na ówczesne wymogi służby.
Został więc członkiem United States Marine Corps i służył w czasie II Wojny Światowej na lotniskowcu, tak, że tradycji stało się zadość.
Po wojnie podjął studia w Szwajcarii. Jednak ze względu na patriotyczne wychowanie postanowił włączyć się w „zimną wojnę” z krajami Bloku Wschodniego. Do CIA zarekomendował go Wujek Bill - William Daniel Leahy czyli pierwszy z czterech pięciogwiazdkowych admirałów US. Navy.
Przy odpowiednim wykształceniu (doktorat w Instytucie Studiów Międzynarodowych w Szwajcarii) i rekomendacji do ówczesnego szefa CIA rozpoczął służbę w tej instytucji na placówce w Wiedniu.
Zajmował się kontrwywiadem. a przez pewien czas głównym przeciwnikiem „Pete" był... polski Urząd Bezpieczeństwa.
Były to czasy, kiedy źródła osobowe i zdolności analityczne stanowiły podstawową bronią wywiadów i kontrwywiadów obu bloków militarnych.
Z lektury poznacie zasadę „agresywnego kontrwywiadu” któremu hołdowało KGB (pod różnymi nazwami od CzeKa, przez NKWD i MGB )  oraz dowiecie się, w jaki sposób udało się wywiadowi radzieckiemu zinfiltrować polską organizację „Wolność i Niezawisłość”.
To nie był pierwszy tego typu numer w historii służb rosyjskich – było to twórcze rozwinięcie działalności… carskiej Ochrany.
Tennent H. Bagley bardzo szczegółowo opisuje swoją pracę z Jurijem Nosenką – wysokim funkcjonariuszem KGB, który zdecydował się na „zmianę barw klubowych”.
Tylko czy na pewno się zdecydował ? A może była to kolejna gra operacyjna Rosjan mająca zdezawuować doniesienia innych uciekinierów z KGB, takich jak Piotr Popow czy Oleg Pieńkowski?
Z dalszych analiz wynikało, że Nosenko nie mówił prawdy, ale w CIA podjęto decyzję aby mu wierzyć wbrew dość oczywistym faktom. Mogły zadziałać dwa czynniki – niechęć Amerykanów do przyznania się,  że dali się po raz kolejny oszukać Rosjanom (a ówczesne sukcesy radzieckie były wielce spektakularne), albo fakt, że dochodzenia blokował bardzo wysoko postawiony w CIA radziecki kret.
Apostołowie z Cambridge” (Kim Philby, Donald Mac lean, Guy Burgess, Anthony Blunt, John Cairncross) którzy zinfiltrowali wywiad i kontrwywiad brytyjski czy zastępca szefa kontrwywiadu Bundesnachrichtendienst (BND - wywiad RFN) będący na żołdzie radzieckim to tylko niektóre z sukcesów KGB, będące legendą po dziś dzień. Niezmiernie rzadko udaje się komukolwiek szefami kontrwywiadów przeciwnika zrobić swoich agentów.
Podobnej akcji Rosjan obawiał się w szeregach CIA bardzo znany szef kontrwywiadu James Jesus Angleton. Ta obsesja Angeltona,  doprowadziła do „polowań na czarownice” w szeregach CIA.
Będziecie mieli okazję sami zmierzyć się z tym problemem. Kto miał rację w sprawie Nosenki ?
Angelton i Bagley czy może ci, którzy Nosence wierzyli i traktowali go jako cenną zdobycz Agencji?
Czy faktycznie na najwyższych szczeblach CIA był (jest?) rosyjski agent?
Może Aldrich Hazen Ames –szef kontrwywiadu CIA na Związek Radziecki nie był najwyżej ulokowanym agentem radzieckim?
Dużo materiałów, analiz i raportów pisanych w czasach Zimnej Wojny, kiedy to jeszcze zdolność do analiz, źródła osobowe i działania operacyjne były podstawą pracy wywiadu.

Tytuł: Wojny szpiegów
Tytuł oryginału: Spy Wars
Autor: Tennent H. Bagley
Wydawnictwo: Zysk i S-ka   
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Data wydania: marzec 2014
Liczba stron: 369


wtorek, 26 lipca 2016

Liberator - Alex Kershaw

Interesuję się historią II Wojny Światowej, ale na temat działań Frontu Zachodniego, oprócz operacji w Ardenach, operacji „Market- Garden” i zdobycia Monte Cassino wiedziałem naprawdę niewiele.
Alex Kershaw zabiera nas na wyprawę szlakiem bojowym młodego amerykańskiego oficera Felixa Sparksa.
Kapitan Sparks walczył w Europie od czasu lądowania aliantów na Sycylii, służbę zakończył wyzwalając KL Dachau. Był już wówczas w randze pułkowniku, bo jak sam podkreśla:
 „ …w piechocie awanse są łatwe. Wystarczy, że robisz swoje i przeżywasz.  Z reguły z tym drugim jest dużo większy problem…”.
Z książki poznamy historię życia młodego Felixa, sposób w jaki trafił do US. Army, jak w niej zarobił na wymarzone studia prawnicze oraz szlak bojowy 45th Infantry Division ”Thunderbird”.
Z ciekawostek dotyczących tej jednostki – ich pierwszą odznaką dywizyjną była… żółta swastyka na czerwonym tle. W późniejszym okresie, jako ewidentnie niepolityczna, została zmieniona.
Nowa odznaka przedstawia indiański symbol ptaka-pioruna .
45th Infantry Division została powołana do służby 16 września 1940 roku i walczyła poza krajem od 8 czerwca 1943 roku. Łącznie była 511 dni w boju.
Brała udział w kampaniach na Sycylii, w Neapolu, Anzio, Rzymie, Południowej Francji, okolicach Renu, poza tym w  Alzacji-Lotaryngii oraz w Niemczech i Austrii.
To o tej dywizji gen. por. George S. Patton po zdobyciu Sycylii powiedział:
 „Wasza dywizja jest jedną z najlepszych, jak nie najlepszą dywizją w historii amerykańskiej armii”.
O tym, jak ciężkie walki toczyła ta formacja niech świadczą następujące fakty: walki pod Anzio z kompani „E” dowodzonej przez Sparksa przeżyło… 2 ludzi. Drugi żołnierz z oryginalnego składu kompanii zginął rok później. Z batalionu, również w późniejszym okresie w górach Wogezy zostały resztki – ok. 25% pierwotnego składu przed bitwą.
Generalnie – od wejścia do walki 10 lipca 1943 roku skład osobowy był uzupełniany…  siedem razy. Z pierwotnego składu wojnę przeżyło mniej więcej 10% żołnierzy „Thunderbirds”
Najbardziej znanym i najbardziej kontrowersyjnym epizodem kariery wojskowej płk. Felixa Sparksa jest wyzwolenie KL Dachau. Tam żołnierze Sparksa dopuścili się zbrodni wojennej na obsadzie obozu. Pomimo tego, że SS-mani się poddali i teoretycznie chroniła ich już Konwencja Genewska „Ptaki Gromu” rozstrzelali praktycznie wszystkich. Tych co zdążyli, bo 30 wachmanów i obozowych kapo zlikwidowali więźniowie przy biernej postawie Amerykanów.
Co można powiedzieć na ich usprawiedliwienie ?
To, że podawane w Internecie informacje nie są prawdziwe, że nie ma dowodów na rozstrzelanie 346 Niemców przez por. Jacka Busheyheada (takie dane przedstawił były lekarz batalionu Howard Buechner w swojej książce „Dachau- Hour of the Avenger” z 1986). W 1945 Buechner zeznał pod przysięgą coś innego – że odmówił pomocy rannym SS-manom oraz widział 15-16 ciał zabitych Niemców.
I jeszcze jedno – Amerykanie zobaczyli na bocznicy pociąg z KL Buchenwald. Z 5000 martwych więźniów i 1300 umierających. Czarę goryczy przelało odnalezienie komory gazowej i krematoriów.
W takim momencie utrzymanie dyscypliny, a nawet samodyscypliny dowódcy jest prawie niemożliwe.
Chciano postawić płk. Sparksa przed sądem wojennym za zbrodnie wojenne na wniosek prokuratora wojskowego 7. Armii Stanów Zjednoczonych w oparciu o wnioski z dochodzenia, które prowadził jego asystent ppłk. Joseph Whitaker.
Wina żołnierzy Sparksa byłą bezdyskusyjna, jednak gen. Patton odrzucił raport i nakazał go utajnić.
Do końca życia późniejszy gen. Sparks był człowiekiem niezmiernie aktywnym.
Walczył z ludźmi kwestionującymi Holocaust i niemieckie zbrodnie w obozach koncentracyjnych. „Do cholery, ja tam byłem” odpowiadał, kiedy proszono Go o pomoc w walce z kłamcami oświęcimskimi.
Po stracie w przypadkowej strzelaninie wnuka były oficer i sędzia Sądu Najwyższego USA ruszył do kolejnej, ostatniej bitwy – z Narodowym Stowarzyszeniem Strzeleckim o ograniczenie dostępu do broni palnej.
Walczył o kwestię dla nas prozaiczną – zakaz sprzedaży broni nieletnim.
Wygrał, choć było to równie trudne jak walki z Niemcami.
Postać szalenie barwna i ciekawa, opisywane działania wojenne – mało znane w Polsce, a także w samych Stanach Zjednoczonych nawet zaraz po wojnie.
Uważam, że osoby interesujące się II Wojną Światową na pewno uzyskają wiele informacji o działaniach wojsk alianckich na terenie Włoch, Francji, Austrii i Niemiec.
Lektura ze wszech miar godna polecenia.

Tytuł: Liberator
Tytuł oryginału: The Liberator: One World War II Soldier's 500-Day Odyssey
Autor: Alex Kershaw
Tłumaczenie: Jan Dzierzgowski
Wydawnictwo: Wielka Litera
Data wydania polskiego: wrzesień 2015
Liczba stron: 456



poniedziałek, 25 lipca 2016

Mój Irak - Wojciech Hajnus

"Mój Irak" to bardzo osobiste, pisane w formie dziennika, wspomnienia polskiego oficera pełniącego służbę podczas pierwszej tury Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku (PKW Irak).
Wojciech Hajnus – już wtedy oficer starszy (nie jestem w stanie ustalić – czy jeszcze major czy już podpułkownik) jest dziennikarzem wojskowym. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z typowym „pierdzistołkiem”. To doświadczony dowódca liniowy, który służył m.in. w 6 Brygadzie Desantowo-Szturmowej.
Government Support Team (GST) czyli Grupy Wsparcia Władz Prowincji w Karbali miały za zadanie nadzorować  projekty mające, po pierwsze ułatwiać życie Irakijczykom, po drugie i nie mniej istotne – pokazać mieszkańcom, że okupanci (a nimi faktycznie byliśmy) nie są tacy źli.
Jako specjalista od mediów Wojciech Hajnus na miejscu musiał się zająć… projektami strukturalnymi związanymi z telekomunikacją :-D
Autor opisuje kolejne etapy swoich przygotowań do wyjazdu na misję – pierwszą misję bojową, udającą się w rejon walk.
Badania medyczne w Szczecinie, szkolenie w Kielcach. Dobrze, że nie jesteśmy krajem wielkości np. Meksyku czy Kanady, bo podróże pomiędzy poszczególnymi punktami, które trzeba byłoby odwiedzić zajmowałyby kilka tygodni.
Poziom szkolenia żenujący - nikt tak naprawdę nie wiedział czego uczyć wyjeżdżających do Iraku żołnierzy i cywilów (w 12-osobowym zespole tylko 3 osoby to żołnierze, pozostali to cywilni pracownicy wojska). Szkolenie trwało dwa razy dłużej, niż planowano, a zawartość merytoryczna – żadna.
Totalna amatorszczyzna, kompletny brak idei  co, jak i kiedy należy zrobić oraz przejęcie od Amerykanów prowincji bez jakiegokolwiek planu i środków do realizacji zadań  (Amerykanie w zespole GST mieli 29 specjalistów,  nasz zespół liczył osób 12) są porażające.
US.Army zapewniało swoim pracownikom wszystkie niezbędne narzędzia pracy oraz budżet.
"Nasi"  - zamiast komputerów, samochodów, ochrony, zabezpieczenia wywiadowczego i wyposażenia biura mieli… długopisy. Własne.
Pomoc psychologiczna – trudno dostępna, a część psychologów sama powinna się udać do psychologa.
Brak wsparcia w jakiejkolwiek formie był rekompensowany… częstymi, bo codziennymi spotkaniami w celu złożenia raportów o postępach i sukcesach, które dowódca mógłby przedstawić jako własne podczas wysyłania raportów do Kraju.
Polskie „jakoś będzie” w pełnym rozkwicie. Samochody osobowe, pożyczone od lokalnej Policji, ochrona, złożona z zaprzyjaźnionej jednostki bułgarskiej jeżdżącej UAZ-em. Samochód ochrony poruszający się z maksymalną prędkością 60 km/h. wymuszał czasami decyzję o „samoochronie” bo policyjne Nissany poruszały się znacznie szybciej, co utrudniało potencjalnym zamachowcom ataki. Spotkania z lokalnymi władzami i „biznesmenami”, odbywały się  nie tylko bez ochrony kontrwywiadowczej i ochrony fizycznej, ale również bez jakichkolwiek środków łączności.
Niewyobrażalna amatorszczyzna, która w późniejszym czasie kosztowała życie m.in. majora Hieronima Kupczyka.
Do tego dochodzą problemy wewnątrz zespołu. Bezpośredni dowódca (świeżo awansowany podpułkownik) mający syndrom Boga, cywile, którzy oczekują jasnych reguł gry oraz bezpieczeństwa. Kompletnie niedobrana ekipa ludzi, skazanych na siebie.
Na zewnątrz - arabskie podejście do czasu, jakości oraz wszechobecna korupcja.
Chęci do pracy naszego bohatera osłabiały  rozliczne sytuacje np. z Kraju otrzymał informację, że Jego stanowisko pracy zostało „zoptymalizowane”.
Dwulicowość lokalnej ludności, też nie nastrajała optymistycznie. Z jednej strony: ”my big friend, Bolanda good. You make very good job for us” z drugiej, wielka radość po zamachu na polskie bazy wojskowe i „Bolanda go home” .
To zniechęca, bo okazuje się, że mimo ogromnego wysiłku i zaangażowania w projekty np. odbudowy centrali telefonicznej i ponownego uruchomienia łączności, jesteś wrogiem, którego należy zabić.
Kolejny aspekt – przełożeni. Z rzadka, jeśli w ogóle, opuszczający bezpieczne bazy, nie dostarczający podstawowych narzędzi pracy, ale oczekujący spektakularnych sukcesów i raportów. Nawet dwa dni po tym, jak cudem udaje się ujść zespołowi GST z życiem z zamachu bombowego, podczas którego dwie osoby zostały ranne i utracono oba samochody niezbędne do pracy.
Przerost ambicji polskich władz, absolutny brak kontaktu z rzeczywistością oraz realnymi potrzebami to codzienność podczas I zmiany PKW Irak. Co jednak bardziej smutne – część z tych problemów nie została rozwiązana do tury X.
Dlatego należy uważnie patrzeć na ręce politykom, decydującym o wysyłaniu polskiej Armii na zagraniczne misje. Jakie odnosimy z tego korzyści, oprócz tych, że Wielki Brat tego czy owego polityka pogłaszcze po głowie i powie „well done” ?
A takie tendencje przejawiają wszystkie polskie rządy niezależnie od barw politycznych.
To nie jest działalność charytatywna – to kosztuje krew, pot a często i życie polskich żołnierzy. O finansowych aspektach nawet nie wspominam.
I nie kupuję (podobnie jak Autor) opowieści o rozlicznych „korzyściach” jakie rzekomo Polska Armia uzyskała. Przez misje bojowe przeszło ok. 15,000 polskich żołnierzy, podoficerów i oficerów.
A ilu z nich służy jeszcze w Armii ? Czy doświadczenia z irackich pustyń czy gór Afganistanu w jakikolwiek sposób przekładają się na możliwości obronne w Polsce?
Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi na Pustyni Błędowskiej czy może w Tatrach?
Testy sprzętu? Ponownie pytanie – co dają testy na pustyni czy w wysokich górach, gdzie nawet pociski moździerzowe zachowują się inaczej, niż na nizinach?
A sprzęt kupimy taki, jaki zechce kilku decydentów, a nie ten, który najlepiej by służył w naszych warunkach geograficznych. Przykładem niech będzie flagowy projekt Marynarki Wojennej korweta „Gawron” . Koszty… niczego (bo nie została, ani nie zostanie dokończona nawet pierwsza tego typu jednostka) to wydatek - bagatela… 400 mln zł.  Zamiast zwodowanej w 2009 roku korwety będziemy mieć (być może w tym roku).... okręt patrolowy na kadłubie korwety
Tak dla porównania – w tamtym okresie za "nie wchodzenie" do Iraku Turcja otrzymała od Rządu USA pomoc finansową rzędu kilku … miliardów dolarów.
Uczmy się od mądrzejszych, , bo wszelkie amerykańskie hasła o „krzewieniu demokracji” i „niesieniu wolności” w praktyce widzimy obecnie w Iraku, Syrii czy Libii.
Po owocach ich poznacie” napisał ktoś kiedyś .
Mądre to i może w ultrakatolickim Kraju warto poczytać te książkę ze zrozumieniem?

Tytuł: Mój Irak
Autor: Wojciech Hajnus
Wydawnictwo: Zysk i S-ka   
Data wydania: czerwiec 2009
Liczba stron: 208




sobota, 23 lipca 2016

Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku - Adam Hochschild

Dlaczego taki właśnie tytuł wybrał Adam Hochschild do swojej opowieści o Republice Południowej Afryki?
To cytat z Breytenna Breytenbacha***
Gdy patrzysz na Południową Afrykę, to tak, jakbyś spoglądał
W lustro o północy […] Przerażająca twarz, ale twoja.
Adam Hochschild przedstawia historię Republiki Południowej Afryki, od początków kolonizacji przez Holenderską Kampanię Wschodnioindyjską, aż po czasy współczesne.
Właściwie robi to w kilku „ratach” bo sam trzon książki to okres do roku 1988 i obchodów 150 rocznicy Wielkiego Treku, później następuje przeskok do roku 1994, a samo zakończenie dotyczy roku 2007.
Dzięki tej opowieści lepiej możemy zrozumieć fenomen, jakim była i jest do tej pory Republika Południowej Afryki.
Sam odwiedzałem ten kraj kilkukrotnie i jestem zakochany w Kapsztadzie.
Autor przechodzi pewną przemianę w ocenie RPA. Od wielkiej niechęci do systemu apartheidu i wizji, że po jego upadku powstanie państwo sprawiedliwe i demokratyczne, do realnej oceny co te zmiany faktycznie dały. A dały....  obniżenie standardów życia wszystkich - niezależnie od tego czy ktoś był biały czarny Zulu czy Xhosa

Potrafi jednak, jako Amerykanin, dostrzec znaczące podobieństwa – zarówno w czasie, jak i działaniach osadników idących przez Wielką Równinę w USA.
Burowie mieli zupełnie inną filozofię życia niż Brytyjczycy. Woleli pozostać kimś na kształt nomadów i podstawowym środkiem transportu był wóz zaprzężony w 16 wołów. Do takiego stylu życia potrzebowali rozległych przestrzeni, aby móc wypasać stada bydła.
Uciekli spod panowania Brytyjczyków – tym właśnie był tytułowy Wielki Trek.
Dlatego oceniając Burów nie należy zapominać o pewnym kontekście historycznym. W przypadku Burów – to król Zulusów złamał umowę, w oparciu o którą pobożni do przesady potomkowie Holendrów chcieli się osiedlić na jego ziemiach. Stało się to mitem założycielskim dla Burów, dzięki temu biały osadnik, który w późniejszym czasie opierając się na ortodoksyjnej, kalwińskiej wersji Biblii wprowadził segregację rasową i utrzymywał niewolnictwo po jego zniesieniu przez Brytyjczyków mógł przedstawić siebie jako ofiarę.
Dla porównania - w Stanach Zjednoczonych  – biali złamali wszystkie 371 umów z Indianami.
Dlatego nie musieli wprowadzać apartheidu wobec lokalnej ludności – bo albo ją wymordowali albo zamknęli w rezerwatach.
Adam Hochschild  pisze też o wojnie Burów z Brytyjczykami, podczas której w XIX wieku po raz pierwszy pojawiły się obozy koncentracyjne założone przez Anglików dla białych Afrykanerów.
Ma to późniejsze konsekwencje – Burowie poparli III Rzeszę. Przeciwko Anglikom. I to może wyjaśniać, dlaczego w 150 rocznicę Wielkiego Treku na obchodach zorganizowanym przez AWB (Afrikaner Weerstandsbeweging - czyli Afrykanerski Ruch Oporu ) za mówienie po angielsku można było oberwać :-)
Jest również o tym, dlaczego apartheid musiał upaść i dlaczego, a właściwie – dzięki komu,  udało się RPA uniknąć losów Rodezji.
Jednak przeprowadzenie wolnych wyborów i przejęcie władzy przez ANC pod przywództwem Nelsona Mandeli nie doprowadziło do spodziewanych efektów.
Owszem, gospodarka nie upadła, nie ma tam – jak w byłej Rodezji pod rządami Roberta Mugabe totalnej zapaści.
Tutaj – cytat z encyklopedii PWN:
 „ …[w Zimbabwe] od momentu odzyskania niepodległości 1980 do końca XX w. sytuacja gospodarcza była relatywnie stabilna, choć następował powolny regres. Znaczne pogorszenie nastąpiło na początku XXI w., kiedy rozpoczęto wdrażanie programu zakładającego odbieranie użytków rolnych białym właścicielom (bez odszkodowań) i rozdzielanie ich pomiędzy nieposiadających ziemi Afrykanów. 1998–2004 inflacja wzrosła z 32% do 133%, w 2005 wyniosła wg oficjalnych danych 267%, a wg szacunków sektora prywatnego ok. 600%. Produkt krajowy brutto na 1 mieszkańca wg parytetu siły nabywczej 200 dolarów USA (2007). W strukturze wytwarzania produktu krajowego brutto największy udział mają usługi (59,3%) oraz przemysł przetwórczy z górnictwem (22,6%), na rolnictwo pozostaje 18,1% udziału…”
Jednak prowadzona przez Rząd ANC akcja afirmacyjna czarnych obywateli nie przynosi spodziewanych efektów.
Mimo akcji mającej za zadanie zwiększyć udział czarnej większości w życiu gospodarczym  bezrobocie wynosi 40%.
Owszem, założono prąd, doprowadzono wodę do 10 milionów domów rdzennych mieszkańców RPA, ale po krótkim czasie…   odcięto prąd i wodę ponad 10 mln. czarnych mieszkańców. Za niepłacenie rachunków.
Pojawiła się grupa biznesmenów (dziwnym trafem wywodząca się z „wierchuszki” ANC) ale również powiększyło się rozwarstwianie społeczne.
Niestety, również w Republice Południowej Afryki pojawiają się tendencje, które doprowadziły do upadku byłej Rodezji, czyli przymusowe zwiększanie udziału czarnych w życiu gospodarczym kraju, bez względu na kwalifikacje lub bardzo często ich brak. Mamy więc do czynienia z „odwróconym rasizmem” – teraz to biali są na cenzurowanym i coraz większa ich ilość opuszcza RPA.
Czy proces ten zostanie powstrzymany, bo zadziała przykład państwa Mugabe ? Zobaczymy.
Uważam, że warto sięgnąć po tą lekturę, aby zrozumieć uwarunkowania z jakimi muszą się mierzyć mieszkańcy RPA.
Dla mnie osobiście jest to wspaniały kraj i żal, że następcy wielkiego przywódcy czarnej społeczności jakim był Nelson Mandela nie dorastają do Jego wizji i filozofii „Rainbow Nation” .
Dzięki Nelsonowi Mandeli i Frederikowi Willemowi de Klerkowi udało się uniknąć błędów Mozambiku, Angoli czy Rodezji. Szkoda by było, aby partykularne interesy wąskiej grupki czarnych aktywistów ANC, którzy coraz częściej „wchodzą w buty” Partii Narodowej z jej najgorszego okresu doprowadzili do upadku tego niespotykanego na skalę światową osiągnięcia - pogodzenia ofiar z katami, bez zamiany ich miejscami.

*** Breyten Breytenbach jest poetą, pisarzem, eseistą i malarzem. Laureatem wielu międzynarodowych nagród literackich. Jego otwarte wystąpienia przeciw rasistowskiemu reżymowi i apartheidowi w RPA doprowadziły do jego aresztowania i skazania na dziewięć lat więzienia za naruszanie segregacji rasowej i rzekomą działalność terrorystyczną. Co ciekawe – jest Afrykanerem, tworzącym w języku afrikaans.

*** Poniższe zdjęcia są mojego autorstwa

Tytuł: Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku
Tytuł oryginału: The Mirror at Midnight: A South African Journey
Autor: Adam Hochschild
Tłumaczenie: Hanna Jankowska
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania polskiego: lipiec 2016
Liczba stron: 352


Township na obrzeżach Cape Town

Robben Island. Na zdjęciu były wiezień Robben Island, skazany za zamach terrorystyczny w centrum handlowym w którym zginęło kilka osób. Zwolniony w 1990 na mocy amnestii ogłoszonej przez ostatniego białego prezydenta RPA - Frederika Willema de Klerka
kontrola policyjna - Cape Town

"wchodzisz na własne ryzyko" - wjazd na osiedle na którym mieszkał Nelson Mandela. Paradoksem jest to ze, osiedle zamieszkiwane przez polityków ANC jest chronione przez białych


piątek, 22 lipca 2016

Zielone migdały czyli po co światu Kurdowie - Paweł Smoleński

Jest taki naród liczący sobie, bagatela, około 25-27 milionów. ludzi.
Dzięki "światłym" i możnym tego świata, nie posiada własnego państwa, żyje podzielony pomiędzy cztery kraje oraz w licznych diasporach rozsianych po świecie.
Za swoją wolność i prawo do samostanowienia przeżył niejedną hekatombę, próbował, w oparciu o wojenne sojusze utworzyć własne państwo. Nie ważne kto obiecywał: Związek Radziecki czy Stany Zjednoczone, czasami Turcja, czasami Iran lub obecnie Syria.
Zawsze jednak, po osiągnięciu własnych celów, niedawni sojusznicy zapominali o nich.
Za wsparcie Iranu w wojnie z Saddamem w 1988 roku Kurdowie zostali ukarani karną pacyfikacją wzmocnioną atakami bronią chemiczną. W wyniku tej operacji na oddziaływanie gazów bojowych narażone zostało… 10% populacji kurdyjskiej zamieszkującej Irak (takie dane podaje Ciotka Wiki)
Sprzedali ich Amerykanie, a za wywołanie w 1991 roku powstania przeciw Saddamowi Husajnowi, ponownie zapłacili okup krwi.
Brzmi dla Was znajomo?
Kurdowie też tak uważają. Twierdzą, że jesteśmy bardzo podobni, tylko góry jakieś takie u nas marne :-D
Dzięki Pawłowi Smoleńskiemu i Jego wielokrotnym wizytom na terenach zamieszkiwanych przez Kurdów poznajemy naszych „historycznych pobratymców” ze wszystkimi blaskami i cieniami ich historii – tej dawniejszej oraz najbardziej współczesnej i aktualnej.
Ta bardzo osobista opowieść daje szansę poznania nie tylko Kurdów jako nacji, ale również ostatnio dość popularnych w mediach (ze względu na popełniane na nich niewyobrażalne zbrodnie) Jazydów. Poznamy pewne tajniki ich religii. Bo czy ktokolwiek z Was widział, że nie noszą niebieskich ubrań, lub starają się nie wymawiać „sz” ?
W kolejnej kwestii jesteśmy również podobni i różni szalenie jednocześnie.
Kurdowie to w 95% muzułmanie – cyfra również zbliżona do tej, którą podaje w Polsce kościół katolicki.
Jednak, kiedy religijni posłowie kurdyjskiego Parlamentu przyszli do Prezydenta, aby wprowadzić do prawodawstwa „wartości muzułmańskie” ten, w krótkich żołnierskich słowach wysłał ich…  no powiedzmy do domów i meczetów, żeby tam praktykowali swoją wiarę i zgodnie z nią żyli. Natomiast władza kurdyjska ma być świecka, bo taka jest w zupełności wystarczająca.
Fajnie mieć takiego Prezydenta.
Czy Kurdowie mają jakąś szansę na niepodległość, czy poświęcenie Peszmergów, którzy jako jedyni w sposób realny i skuteczny walczą z Daesh przyniesie oczekiwany skutek?
Nie wiem, przywódcy kurdyjscy też nie wiedzą, al. wierzą że może tym razem się uda.
Nam się udało po Wielkiej Wojnie – Kurdowie też na to liczą.

PS.
Trochę informacji na temat Lions of Rojava znajdziecie tutaj
W szeregach Jednostek Ochrony Kobiet (YPJ) walczy m.in. Polka
A poniżej Warszawianka 1905 roku po kurdyjsku



Tytuł: Zielone migdały czyli po co światu Kurdowie
Autor: Paweł Smoleński
Wydawnictwo: Czarne
Gatunek: literatura faktu
Data wydania polskiego: luty 2016

Stron: 176

Dubaj – prawdziwe oblicze - Jacek Pałkiewicz

To miały być wakacje życia Państwa Pałkiewiczów z okazji „okrągłej” 38 rocznicy ślubu :-D
Wielogwiazdkowy hotel i korzystanie z wszelkich sybaryckich przyjemności, jakie oferuje to ekscytujące wielu przybyszów miasto.
Jednak Pan Jacek nie zawiesił swojej działalności eksploratorskiej, a i dusza dziennikarza nie pozwoliła Mu się rozkoszować wakacjami.
Chciał poznać i zrozumieć Zjednoczone Emiraty Arabskie zaglądając za kulisy kraju, który jest absolutnym fenomenem na skalę światową.
Bo jak inaczej nazwać kraj, który powstał w zaledwie dwa pokolenia? I to w większości za pożyczone pieniądze. To jest sztuka !
Od plemion niepiśmiennych Beduinów i wioski rybackiej do Nowego Jorku Bliskiego Wschodu, dzięki dwóm wizjonerom - Raszidowi ibn Sa’ida Al Maktumowi i Jego synowi obecnemu władcy Dubaju - Muhammadowi ibn Raszidowi Al Maktum.
Jeszcze w 1951 roku nie było tam elektryczności – pierwszą żarówkę zasilaną generatorem uruchomił Brytyjczyk George Chapman.
Pan Jacek nie poprzestał na analizie historycznego fenomenu i zaczął poszukiwać „ciemnych stron” tego rajskiego miasta.
Znakomitą część przedstawionych przez Autora problemów zaobserwowałem sam, ale doszedłem do zupełnie innych wniosków.
Zajmę się nimi po kolei.
  • Brak tolerancji wobec opozycji politycznej i stosowanie tortur.
Pan Jacek wymienia nazwiska ludzi, którzy są prześladowani za działalność polityczną, nadmieniając mimochodem, że organizacja Al Islah, do której należą jest uznawana za filię…. Bractwa Muzułmańskiego. A rządy tych „sympatycznych braciszków” przerobił Egipt za czasów Prezydenta Muhammada Mursiego (czerwiec 2012 - lipiec 2013)
Tortury – cóż, pewnie p. Jacek słyszał o takich miejscach jak Abu Ghraib, Guantanamo lub Kiejkuty Stare.
  • Ograniczenia dla mediów za krytykowanie władzy czy poruszanie spraw religijnych w sposób nieakceptowany przez lokalnych duchownych.
W Polsce też można spotkać się z prokuratorem za „obrazę uczuć religijnych”, a za znieważenie polskiego Prezydenta  trafić do więzienia nawet na 3 lata.
  • Ciężkie warunki pracy oraz życia pracowników najemnych z Indii, Pakistanu czy Bangladeszu.
OK - zgadzam się, że nie są one takie, jak dla przybyszów z Europy czy USA. Tylko dlaczego porównujemy zarobki np. robotników budowlanych z tych krajów do standardu życia i pracy euroamerykańskich managerów to raz. Nie znam kraju na świecie, gdzie zarobki oraz komfort życia jest taki sam lub porównywalny dla kadry kierowniczej i wykonawczej. 
Po drugie - porównujemy jabłka z gruszkami. Inny jest komfort pracy i życia w naszym kręgu kulturowym, a inny w krajach Dekanu. I należałoby może porównać warunki, w jakich pracowaliby ci ludzie w swoich krajach pochodzenia. I za ile.
Ten problem już zaczął rozwiązywać Rząd Indii. Nierzetelne firmy z krajów Zatoki Perskiej trafiają na „czarną listę” i firmy rekrutacyjne nie mają prawa rekrutować Hindusów dla firm, które z jakiś powodów tam się znalazły.
Poza tym dyplomacja indyjska bardzo aktywnie działa na terenie GCC w obronie swoich obywateli, czym niemiłosiernie wkurzyli już ze dwa lata temu Saudyjczyków. Dodatkowo rząd w New Delhi stara się zapewnić pracę swoim obywatelom w Indiach i sam znam przypadki zrywania kontraktów przez nisko opłacanych pracowników, bo dostali pracę w swoim kraju za porównywalne lub wyższe stawki.
Po trzecie porównując życie expatów z Emiratczykami, trzeba wziąć pod uwagę taki "drobiazg", że ZEA nie są instytucją charytatywną dla świata. Szejkowie „robią socjalizm” dla swoich obywateli.
  • Trudność w nawiązywaniu kontaktów z Emirati. 
Też tak słyszałem od znajomych mieszkających w Emiratach. Może mieć to dwojakie przyczyny. Po pierwsze – poczucie „oblężonej twierdzy” lub, jak to kiedyś skomentował pewien Katarczyk „że we własnym kraju czuje się jak Indianin w rezerwacie”.
Po drugie – duże różnice majątkowe, a wiadomo, że bardzo bogaci niechętnie się fraternizują z biedotą :-D
Ale nie jest chyba aż tak źle, jak napisał pan Pałkiewicz, gdyż książka by nie miała szansy powstać, gdyby nie jeden szalenie Mu życzliwy i pomocny Emiratczyk :-D
  • Prostytucja i alkohol.
Jeżeli prostytucję uznajemy za najstarszy zawód świata, a alkohol zabroniony w islamie jakoś się w krajach muzułmańskich prześlizguje to z czego robić problem?
Dla mnie większym kretynizmem jest „deburdelizacja” w Skandynawii. 
Przymykanie oka na zjawiska, które są nierozerwalnie związane z rodzajem ludzkim od przynajmniej czasów starożytnych przez władze ZEA jest zdecydowanie bardziej zdrowe, niż penalizacja obywateli płci męskiej za korzystanie z usług „płatnej miłości” w Szwecji,która jest prekursorem tego megaidiotyzmu.
Lub próbująca z nią konkurować w politycznej poprawności Norwegia, która ma zamiar karać Norwegów za płaty seks nawet… poza granicami kraju. Za tymi „ostojami demokracji" i poprawności politycznej ma zamiar również udać się Francja.

Następnym aspektem poruszonym w książce jest wynaradawianie Emiratczyków i kwestia zagrożenia utraty tożsamości i języka. To pewnie i dlatego Emirati nie fraternizują się nadmiernie z przybyszami, co zarzucił Autor wcześniej :-D Ufam jednak, że wprowadzenie działań zapobiegających tym niekorzystnym tendencjom uda się szejkowi Mo, bo udowodnił, że dla Niego  "impossible is nothing"
Myślę, ze działania kładące nacisk na naukę języka arabskiego oraz to, że każdy Emirati w wieku od lat 18 do 30 będzie musiał odbyć obowiązkową służbę wojskową powinno umocnić postawę pronarodową.
Czytając argument cytowanego przez Pana Jacka Pałkiewicza Syeda Ali, który w swojej publikacji
"Dubai: Gilded Cage" (Pozłacana dubajska klatka) twierdzi, że:
 „ … Współistnienie może jest nieraz i przyjazne, ale z pewnością̨ bez wzajemnego przenikania się̨ kultur i pluralizmu, jak to ma miejsce w USA czy w Wielkiej Brytanii. Lokalsi zwykle żyją w swoich dzielnicach, a nierówności społeczne stworzyły szlabany wewnątrz ludności napływowej…” 
mam pewien dysonans poznawczy i radę w jednym - albo wynaradawianie, albo zarzut o oddzielnym funkcjonowaniu. 
A rada? Jeśli ktoś woli „pluralistycznie, przyjaźnie i przenikaniowo-kulturowo” to może spieniężyć swój niemały, zapewniony przez oświeconych władców majątek, wyjechać do krajów multi-kulti i pomieszkać w dowolnie wybranej dzielnicy np. we wschodniej części Barton i McFarland w Detroit, gdzie popełnia się średnio około 150 przestępstw na 1000 mieszkańców (źródło)
Jak widzicie, zaobserwowaliśmy z Autorem podobne zjawiska, ale inaczej je definiujemy :-D
Dlatego też zmierzcie się z tą książką i wyróbcie sobie własną opinię korzystając z ciężkiej pracy naszego niezrównanego podróżnika i eksperta od survivalu Jacka Pałkiewicza.

*** Poniższe zdjęcia są mojego autorstwa 

Dubaj - widok z Burdż Chalifa
Dubaj - pakistańscy pracownicy sklepu z meblami
Dubaj - jedna z ulic


Dubaj. Prawdziwe Oblicze
Autor: Jacek Pałkiewicz
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: Literatura podróżnicza
Data wydania: 16 maja 2016


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...