9 czerwca 2018

Siódmy milion. Izrael - piętno zagłady - Tom Segev

Pewnie niewiele osób się zastanawia skąd wzięli się w Palestynie syjoniści. Europejscy, w tym polscy i niemieccy Żydzi, którzy dotarli do Palestyny i dzięki którym w 1947 roku powstało państwo Izrael. Sądzę, że podobnie jak ja, znakomita większość przyjęła za pewnik, że najwcześniej duże grupy Żydów wyjechały pod wpływem „Nürnberger Gesetze” czyli Ustaw norymberskich z 1935 roku, a z Polski – po wrześniu 1939. To jednak tylko część prawdy i to nawet nie ta najważniejsza.

Otóż Ben Gurion, późniejszy ośmiokrotny premier Izraela, wyjechał w 1906 roku – jeszcze w czasach przynależności Palestyny do Imperium Osmańskiego, Golda Meir (trzykrotnie na stanowisku premiera) via USA – w roku 1921, Abraham Stern – przywódca radykalnej żydowskiej organizacji terrorystycznej Lechi, znanej również jako „Banda Sterna” - w 1925 roku, Ze’ew Żabotyński – z Legionem Żydowskim w roku 1918 w składzie armii brytyjskiej walcząc z Ottomanami.
Takie przykładów można mnożyć, a znajdzie się w nich całkiem pokaźne grono najbardziej prominentnych polityków izraelskich. I okazuje się, że wśród nich panowało przekonanie, że pojawienie się na politycznym firmamencie Niemiec kanclerza Adolfa Hitlera i prześladowanie Żydów w Europie jest czymś... dobrym, gdyż skłoni do wyjazdu i budowy "Eretz Yisrael" w Palestynie. Ba, są nawet udokumentowane wspólne przedsięwzięcia, w których brali udział majętni Żydzi (w tym łódzki milioner Sam Kohen) i funkcjonariusze NSDAP dotyczące transferu kapitału oraz towarów należących do Żydów z Rzeszy do Palestyny. Koszt takiej operacji wynosił ok 35% całkowitego wkładu, ale umożliwiał uzyskanie statusu „kapitalisty” w Palestynie. Co jeszcze dziwniejsze – przy udziale innych ważnych postaci ruchu syjonistycznego operacja ta trwała do połowy II Wojny Światowej.
Widać jednak było w tych działaniach coś, co można nazwać, obserwując sytuację w Polsce, „polskim genem”. Chodzi o spory polityczne, wzajemne oskarżenia o współpracę z III Rzeszą oraz niemożność ustalenia jednolitego sposobu działania. Osobą, która była ostoją zdrowego rozsądku w tych negocjacjach był Heinrich Wolff – konsul w Jerozolimie. Konsul III Rzeszy, żeby nie było niedomówień.

Tytułowy „siódmy milion” to Żydzi, którzy ocaleli z Holocaustu i w opinii niemałej części swoich ziomków (którzy wyemigrowali wcześniej) byli „sami sobie winni”, bo nie wyjechali do Palestyny.
A prześladowania Żydów w Niemczech było konsekwencją „chęci asymilacji”. Opowiedziana w książce historia sięga czasów nam współczesnych, i zdaniem Toma Segeva nadal jest wykorzystywana na potrzeby bieżącej polityki.
Książka bardzo mocna w swojej wymowie i, na nieszczęście dla tych, którzy chcieliby powalczyć z tezami Autora, znakomicie udokumentowana. Wiem, że pojawią się głosy zachwytu nad tą książką z pobudek nie całkiem zgodnych z założeniami Toma Segeva, ale chciałbym, aby kiedyś powstała taka książka o nas samych – bez „pomnikomanii” na temat Dwudziestolecia:
„...Konkurencja partyjna poszła u nas od pierwszej chwili istnienia państwa tak dziwacznie i tak ostro, a zarazem z tak wielką ilością kłamstwa i łajdactwa, że od razu zaczęło się wytwarzać to, co nazwałem: cloaca maxima. Każde nadużycie, każde łajdactwo było dobrym wtedy, gdy robił je członek partii własnej, złym zaś tylko wtedy, gdy robił je członek innej partii...”
Nie, to nie na temat obecnej „Waadzy”, to cytat z Józefa Piłsudskiego. Jednak na miejscu obecnie rządzących skorzystałbym natychmiast z pomocy autora przy rozmowach z Izraelem i USA.


Tytuł: Siódmy milion. Izrael - piętno zagłady

Autor: Tom Segev
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN
Data wydania drugiego: kwiecień 2018
Ilość stron:  579

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi Czytelniku - pisząc komentarz, zgadzasz się na przetwarzanie swoich danych osobowych