7/19/2016 11:20:00 AM

Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci - Scott Carney

Ta książka jest napisana zgodnie zasadą Mistrza horroru Alfreda Hitchcocka:
„Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć” .
Trudno jest przejść do porządku dziennego nawet nad przedmową.
Dowiadujemy się  z niej m.in. tego, że w buddyzmie ( a właściwie w jego specyficznych, bhutańskich odłamach) do kontemplacji nad ludzką śmiertelnością niezbędne są flety z ludzkich piszczeli i miski ofiarne wykonane z puszki mózgowej człowieka.
I że Autor jest rozczarowany(?), bo nie tego typu „artefaktów” poszukiwał.
Sam Scott Carney  wycenia swoje ciało  na 250 tys. dolarów „w hurcie” a  "w detalu” na ok. 1 milion dolarów. To robi wrażenie.
Nerka pobrana od ubogiego Hindusa kosztuje 2000$ ( a jak się go oszuka – to może  kosztować "zaledwie" 800$),  koszt tejże nerki dla „klienta” w USA to ponad 100,000 $.
Pozycja mocna jak czysty spirytus, bo dawny Scott Carney to miły, spokojny antropolog mający nienerwową pracę.
Opiekował się amerykańskimi studentami w jednym z klasztorów w Indiach. Tam, w wyniku samobójstwa swojej podopiecznej, zatknął się z problemem „czerwonego rynku” . Samo to wydarzenie oraz to, jakie były dalsze losy ciała dziewczyny zmieniają całkowicie życie Scotta. Zaczyna badać jak funkcjonuje rynek „części zamiennych" do człowieka.
Ale nie tylko „części zamiennych” .
Potrzebujesz dziecko, bo sama nie możesz urodzić? Proszę bardzo – zapłodnienie in vitro.
Jeśli nie chcesz lub nie możesz urodzić - znajdziemy w Indiach żywy inkubator.
A może nie masz czasu albo nie lubisz niemowlaków?  I na to jest rada - adopcja. Jest przecież mnóstwo sierot w biednych krajach.
A że to akurat to dziecko nie jest sierotą, tylko zostało porwane?  Jaki problem – kwity się zgadzają sprowadzone przez naszych (najczęściej amerykańskich prawników) i są OK.
To, że kwity są "w porządku" nie znaczy, że zawarte w nich dane są OK, ale.... to nie ma znaczenia. I tak się tego nie dowiesz.
Podobnie jak pochodzenie Twojej nowej nerki. Czy to ważne, że została pozyskana od wspaniałomyślnego dobroczyńcy, indyjskiego biedaka, chińskiego skazańca czy ofiary porywaczy? Przecież psychologowie stwierdzili, że dla dobra dawcy i biorcy dane obu stron muszą być objęte tajemnicą lekarską bo taka informacja może wywołać traumę.
Potrzebujesz ludzkiego szkieletu, żeby uczyć studentów albo podnieść prestiż swojego gabinetu lekarskiego? Żaden problem – najlepsze szkielety tego typu „produkują"  w Indiach od ponad 200 lat i wiele pokoleń adeptów medycyny na nich zgłębiało tajemnice ludzkich kości, a wiadomo, że plastikowy odlew to nie to samo.
Że jest to nielegalne od 1985 roku ? Cóż trudno – po prostu będzie drożej.
Podróżując z Autorem po Indiach, USA czy Cyprze poznajemy tajniki „czerwonego rynku”.
Spotkamy tam szacownych medyków różnych specjalności, kobiety, które godzą się być inkubatorami lub dawcami gamet, pośredników w handlu ludzkimi organami oraz kidnaperów czy bezwzględnych przestępców.
Hipokryzja ludzi Zachodu nakręca przemysł transplantologiczny, a przy wykorzystaniu różnic w prawie zachowuje pozory legalności pewnych działań. Nie wolno płacić za przekazanie nerki, bo to ma być „dar”? To nie płaćmy – wypłacajmy „rekompensaty” za poświęcony czas i zdrowie .
Dla mnie osobiście mniej przerażające są szczegóły tych operacji - od pozyskiwania np. siatkówki oka od żywych więźniów czy egzekucji na zlecenie (żeby wątroba, jelita lub inna niezbędna „część zamienna" była jak najlepszej jakości i najlepiej dopasowana do potrzeb biorców) dokonywane np. w chińskich więzieniach.
Mocniej zadziałało na mnie co innego. Relatywizm moralny, usprawiedliwienie największych zbrodni jednym. To ratuje moje życie, więc jest dobre. Bo ten biedak w Chinach i tak by został rozstrzelany czy powieszony.
A że stało się to wcześniej  i może mniej ”humanitarnie” ?
Trudno, ja dzięki temu będę żył dłużej.
Chcę mieć dziecko, a nie mogę. Nie chce adoptowanego. A to, że pozyskanie gamety od innej kobiety może ją kosztować życie?
Ale ja chcę dziecko!
A to ,że ten chłopczyk, którego adoptowaliśmy nie jest sierotą, tylko został porwany, a jego rodzice rozpaczają?
No chyba lepiej, że żyje w luksusie w USA niż w slumsach w Afryce czy Indiach?
A poza tym, biedacy nie mają nic innego do roboty, to sobie zrobią kolejne.
Ale jeszcze bardziej wstrząsająca byłą moja własna reakcja.
Będąc uczciwy wobec samego siebie, nie mogę powiedzieć, że ratując życie czy zdrowie swoje czy najbliższych zastanawiałbym się nad pochodzeniem tego, co jest mi do tego potrzebne.
I czy tą niezbędną do przeżycia „część zamienną" pozyskano w sposób legalny i uczciwy.
Przeczytajcie i zajrzyjcie w głąb siebie.
I nie jestem pewien, czy to, co zobaczycie Wam się spodoba. 

Tytuł: Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci
Autor: Scott Carney
Wydawca: Czarne
Data I wydania polskiego: luty 2014
Data II wydania polskiego: czerwiec 2016
Stron: 232
Tytuł oryginału: The Red Market
Tłumaczenie: Janusz Ochab

źródło - strona Autora


17 komentarzy:

  1. Witam serdecznie. Właśnie jestem po lekturze tej drugiej książki Carneya "Śmierć na diamentowej górze" i muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem jego skrupulatności i wiedzy, a także tego, ze porusza poważne problemy. Słyszałam o "Czerwonym Rynku", ale jeszcze nie czytałam, a szkoda, bo widzę że to mocna rzecz. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nina - tej drugiej jeszcze nie czytałem, ale jeżeli jest równie dobra, jak "Czerwony rynek" to na pewno przeczytam.
      A "Czerwony rynek "jest mocny jak cholera - sporo się dowiedziałem nie tylko o handlu organami ale i o sposobach wykorzystywania ludzkiego nieszczęścia i biedy dla zysków. Niebagatelnych zresztą.

      Usuń
    2. Tak, zdecydowanie polecam. W "Czerwonym rynku" jest bezpośrednio o ciele, natomiast w "Śmierci na diamentowej górze" coś bardziej o duchu/ umyśle. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jakie ryzyko niesie medytacja,a tym bardziej jak praktykowanie jej może przynieść tragiczne skutki. Całe życie się człowiek uczy, prawda? ;)
      Pozdrawiam

      Usuń
    3. Nina -praktycznie od zawsze uważałem, że każde fanatyczne podejście do kwestii duchowych wypacza ich sens.
      Jak widać, nawet medytacja może mieć skutki odwrotne do zamierzonych :-D Fakt, bo czegoś takiego się nie spodziewałem.

      Usuń
    4. Zgadzam się :) Jednak jest w tym pewien paradoks, bo z jednej strony łatwo się zachłysnąć i "przedobrzyć" przy jednoczesnym powierzchownym, wybiórczym traktowaniu praktyk Wschodu.

      Usuń
    5. Nina - tak jest praktycznie we wszystkim. Sama doskonale wiesz, że najgorsi są neofici - od nawróconych religijnie, przez nawróconych np. lekarzy, którzy wykonywali aborcje po tych, co właśnie rzucili palenie :-D
      To tak jak mi tłumaczyli jak to jest z medytacją do Buddy Medycyny- to nie sprawi,że będziesz zdrowa. Wręcz przeciwnie - w bardzo krótkim czasie" przepracujesz" wszystkie choroby przewidziane w tym wcieleniu, co może być, przy słabo przygotowanym organizmie biletem do kolejnego wcielenia :-D

      Usuń
  2. Taak, w myśl zasady "nadgorliwość gorsza niż faszyzm" ;)
    świetnie powiedziane "bilet do kolejnego wcielania" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nina - bo tak z reguły jest, że jak się ktoś "nawróci" to jest strasznie męczący. Tu mi się przypomina cytat z "Poranku kojota" "...Ale zapchałeś sobie głowę jakimiś pierdołami o żabach i teraz, na siłę, próbujesz zainteresować tym innych..." :-)
      Czasami mi się udaje jakowegoś "bon mota" popełnić :-D

      Usuń
    2. Albo jeszcze inny przykład, jak ktoś pojedzie np do Warszawy to jest bardziej miastowy niż Warszawiacy, lub jeszcze lepiej, jadąc za granicę, po powrocie "zapominają" polskich słówek lub przesadnie mówią z akcentem :D

      Usuń
    3. Oj, to prawda :-) Wiem, bo mieszkam pod Warszawką i hasło "bo u nas w Stolicy" to najczęściej usłyszysz od kogoś,kto, jak to mawiał mój Dziadek "za młodu krowy pasał i na żarówkę dmuchał" - a samochód najczęściej ma na blachach typu LLU czy LCH :-D A za granicą - to tylko słyszałem, bo akurat w GCC lud nieco bardziej światły. Choć są "osoby towarzyszące" które patrzą z góry na ludzi pracujących w innej firmie niż firma dajmy na to X. Olę raz prawie poniosło, kiedy usłyszała jak rozmawiają dwie panie - małżonki o nas i naszych znajomych "To nie są interesujące osoby - oni nie pracują w X" Żeby nie było - one też tam nie pracują - są "przy mężu" :-D

      Usuń
  3. Dobra puneta :)
    No ale..ludzie są jacy są i zazwyczaj się nie zmieniają, nie na lepsze, bynajmniej. Większość jednak lubi czuć się nieco "wyżej" i to jest przykre, nie każdemu musi się świetnie powodzić, a mimo to być dość szczęśliwym człowiekiem, a w sumie chyba o to chodzi w życiu, żeby być happy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nina - fakt, że znam ludzi mających sporą kasę, a nie będących szczęśliwymi. I takich co mają tak akurat, żeby przeżyć, a są szczęśliwi. Chociaż ja wolę być nieszczęśliwy w BMW niż w tramwaju :-D

      Usuń
    2. Nie można mieć wszystkiego, grunt ustalić sobie jakąś hierarchię, i cieszyć się z tego, co jest :)
      P.S.
      Ależ się dyskusja nawiązała w komentarzach :D (Gadułą ze mnie)
      Może już dosyć "spamu" ;) Będę tu do Was wracać! Dodałam Wasz blog do obserwowanych, więc będę na bieżąco. Pozdrawiam! :)

      Usuń
    3. Nina- fakt, posiadanie wszystkiego skutecznie człowieka może zniechęcić do robienia czegokolwiek. Mnie to niestety lub stety- nie dotyczy :-)
      Ja też sobie lubię pogadać i chętnie to czynię i uważam, że nie robimy spamu :-)
      Wracaj, kiedy wola i wtedy znowu sobie podeliberujemy :-)

      Usuń
    4. No to fajnie, jak tak :)
      Pogawędka zawsze dobra, do siebie też zapraszam, jak coś ;)
      Miłej soboty Wam życzę :)

      Usuń
    5. Nina - sobota była miła i dlatego sprawdzam dwa razy, to co napisałem :-D A u Ciebie pojawię się na pewno

      Usuń
    6. ha ha, no to fajnie ;) oki ;)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2016 To czytają Saudyjskie Wielbłądy , Blogger