niedziela, 28 sierpnia 2016

Kościół szpiegów. Tajna wojna papieża z Hitlerem - Mark Riebling

„Są dwie rzeczy, których dobry Pan Bóg nie wie:
Ile jest żeńskich zakonów i co myśli jezuita”
Większość ludzi traktuje kościół rzymsko-katolicki jako „wspólnotę wiernych” zapominając o jednym, w moim pojęciu, podstawowym fakcie.
W latach 755 - 1870 Państwo Kościelne było rządzone przez papieży, jako świeckich monarchów.
To nie tylko „wspólnota wiernych” ale również instytucja posiadająca wszelkie atrybuty państwa: ustrój (teokracja, monarchia absolutna, elekcyjna), władzę wykonawczą (papież), sądowniczą, własne terytorium, obywatelstwo, służby dyplomatyczne i armię (obecnie symboliczną, ale za czasów np. Juliusza II była to licząca się siła militarna na Płw. Apenińskim), że o bankach nie wspomnę :-)
Dlatego należy rozpatrywać pewne aspekty z historii (a i z teraźniejszości) Kościoła jako takie, które są udziałem normalnych państw świeckich. 
Mark Riebling skoncentrował swoją uwagę na czasach pontyfikatu Piusa XII zwanego również „papieżem Hitlera”.
Autor próbuje wyjaśnić genezę tego przydomka, opierając się na dostępnych dokumentach, nie tylko watykańskich.
Opisuje skomplikowaną sytuację, w jakiej znalazł się papież tuż przed oraz w czasie II Wojny Światowej.
Z jednej strony – z obawy przed prześladowaniami niemieckich katolików musiał prowadzić rozmowy z władzami III Rzeszy. Z drugiej – współpracować z Aliantami.
Przyczyną takiego działania była nie  tylko chęć ochrony katolików. To również konieczność zabezpieczenia interesów watykańskich i walka z konkurencją o rząd dusz.
„…Monachijski kardynał Michael von Faulhaber od dawna postulował otwarty opór wobec nazizmu za to, że naruszał niewzruszone zasady wiary, które niczym gwiazdy na niebie muszą być ponad wszelkimi kompromisami. Ale teraz, w liście zatytułowanym Najpokorniejsze sugestie Faulhaber nakłaniał Watykan do zawarcia ugody. Obawiał się, że Hitler będzie chciał odciągnąć Kościół w Niemczech od Rzymu. Wielu niemieckich katolików wierzyło w Führera – wierzyli nie jako katolicy, lecz jako Niemcy. [:Katolicy podziwiają Hitlera jako bohatera bez względu na jego nienawiść do Kościoła:] pisał kardynał, choć Pacelli (papież Pius XII) już wcześniej sam to zauważył. Faulhaber dostrzegał niebezpieczeństwo schizmy [:w kraju, który dał nam Reformację:]. Wielu wyznawców, zmuszonych do wyboru między Hitlerem a Kościołem wybierali Hitlera. [:Biskupi - ostrzegał Faulhaber - muszą zwrócić szczególną uwagę na wysiłki zmierzające do ustanowienia kościoła narodowego. Jeżeli Watykan nie znajdzie jakiegoś rozwiązania, to Hitler znacjonalizuje Kościół, tak jak to zrobił król Henryk VIII w Anglii;] …”.
A wtedy żegnajcie: świętopietrze, konkordacie i wpływy w państwie.
Do tego żaden władca nie może dopuścić.
Ta arcyciekawa opowieść, którą czyta się niczym thriller szpiegowski, wprowadzi nas w świat … watykańskich służb specjalnych i wywiadu.
Poznamy  szczegóły o których do tej pory nie mieliśmy pojęcia, a sami ludzie Kościoła milczeli na ich temat przez dekady. 
Przykład ? W Watykanie została zainstalowana na potrzeby Piusa XII najnowocześniejsza z dostępnych na ówczesnym rynku aparatura podsłuchowa i nagrywająca. Okablowanie oraz aparaturę dla Radia Watykan zainstalował sam Guglielmo Marconi. Usługa oczywiście za „Bóg zapłać” czyli w tym przypadku – za unieważnienie małżeństwa z Beatrice O'Brien :-D
Nagrań mieli dokonywać pracownicy Radia – jakby ktoś miał wątpliwości – jezuici :-)
Budowa sieci agenturalnej nie była problemem. Przecież w każdym kraju europejskim znajdują się parafie i diecezje katolickie. Chętnych do współpracy księży, zakonników czy świeckich też nie brakowało.
Ale o tym wiedzieli również przeciwnicy. Osobą, która w III Rzeszy była odpowiedzialna za rozpoznanie i infiltracje środowisk kościelnych był wydalony ze stanu kapłańskiego Albert Hartl. Ówcześnie – Sturmführer SS.
Zdobywanie agentury wewnątrzkościelnej oparł na sprawdzonych metodach.
„…Jego zdaniem (Hartla) arcybiskup Conrad Grober z Freiburga miał rzekomo kochankę, w połowie Żydówkę i współpracował z SS z obawy, że jego romans wyjdzie na światło dzienne. Agenci SS łapali często na gorącym uczynku mnichów w klubach dla homoseksualistów. Prezes katolickiej organizacji Caritas ojciec Johann Gartmaier zdefraudował 120,000 marek, do czego zmusił go miłosny trójkąt….”
Jednak takie źródła nie były wystarczające dla uzyskania informacji o całej sieci agenturalnej Watykanu.
Świat w obliczu agresji hitlerowskiej zyskał niebagatelnego sojusznika, który, oczywiście zgodnie ze swoją długowieczną tradycją, starał się zadowolić obie strony konfliktu.
Warto bowiem zawsze stanąć po stronie zwycięzcy.
Doskonale udokumentowana pozycja, równie interesująca dla miłośników Watykanu jak i jego zagorzałych przeciwników, a także osób zainteresowanych niemieckim ruchem oporu.
Każdy w tej książce znajdzie coś dla siebie i to w dodatku w oparciu o wiarygodną bibliografię.

Tytuł: Kościół szpiegów. Tajna wojna papieża z Hitlerem
Tytuł oryginału: Church of Spies: The Pope’s Secret War Against Hitler
Autor: Mark Riebling
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Literackie
Data wydania polskiego: wrzesień 2016
Tłumaczenie: Jarosław Rybski
Liczba stron: 440

 

sobota, 27 sierpnia 2016

Pomyśl, zanim pomyślisz - Robert DiYanni


Czy pomoc dydaktyczna dla nauczycieli dla szkół ponadpodstawowych, średnich i pierwszego roku studiów może być interesującą lekturą?
Przed przeczytaniem większość z nas stwierdzi, że raczej nie.
Jednak już po przejrzeniu, nawet pobieżnym pierwszych kilku stron – zmienicie zdanie diametralnie.
Jest to pozycja, w której oprócz najnowszych teorii dotyczących myślenia i postrzegania pojawia się spora ilość ćwiczeń oraz przykładów, dzięki którym możemy poprawić efektywność, celność oraz skuteczność naszych intelektualnych rozważań.
Ukazuje różnice pomiędzy myśleniem krytycznym (które można też nazwać analitycznym) oraz myśleniem kreatywnym - pozwalającym wyjść poza schematy.
Przykład myślenia kreatywnego ? Podam mój ulubiony – myślenie przez inwersję.
Co to daje? Ano ktoś kiedyś, ani chybi człek leniwy, zadał sobie takowe pytanie
Dlaczego ja muszę chodzić po wodę do rzeki? A czy rzeka nie mógłby przyjść z wodą do mnie?”.
Dzięki tak przedstawionemu problemowi doszliśmy do…  akweduktów i wodociągów :-)
Czyli jednak można :-D
Ważnym elementem jest akceptowanie błędów jako elementów niezbędnych w procesie uczenia się.
Z błędów wynikają dobre rzeczy – przez błąd w jednym z badań laboratoryjnych uzyskano… kevlar.
Autor świetnie obrazuje podejście do procesów myślowych, gdzie błąd jest wkalkulowany w proces poznawczy. Jest to założenie, które w swoich badaniach przyjął Thomas Edison.
Edison twierdził, że nigdy nie popełniał błędów, a po prostu w procesie wymyślania, co powinno zadziałać, cały czas uczył się tego, co nie zadziała :-D
Genialne :-D
A co jeszcze ciekawsze (i nie mam pojęcia jak to puściła polit-poprawna cenzura, bo Autor jest profesorem amerykańskim :D) w książce zawarta jest następujący przykład.
W oparciu o badania naukowców okazało się że na nasze postrzeganie, a co za tym idzie intelektualną analizę zdarzeń ma wpływ płeć, rasa, religia, kultura, a nawet poziom zamożności i wykształcenia. Wszystkie te elementy Autor nazywa „filtrami percepcji”.
Na rycinie pokazana jest scena morska.
Jak postrzegają ją studenci amerykańscy ? – przede wszystkim widzą ryby znajdujące się na pierwszym planie. Azjaci patrząc na tą samą rycinę widzą głównie… środowisko w którym te ryby pływają. Ich zdaniem obraz w mniejszym stopniu przedstawia ryby, niż relacje pomiędzy wszystkimi elementami biosfery morskiej. Ryby są tylko jednym z elementów – ani ważniejszym, ani mniej ważnym od glonów czy kamieni na morskim dnie. Czyli – patrzymy na to samo, a filtry kulturowe pokazują całkowicie inny obraz.
Uważam, że książkę warto przeczytać, przećwiczyć przykłady i zastanowić się głęboko, czy zamiast nakładania na myślenie kolejnych filtrów np. w postaci zwiększenia liczby lekcji wszelakich religii w szkołach nie powinno się ich zastąpić nauką o myśleniu jako procesie, prowadzącym do rozwoju oraz samorozwoju intelektualnego.
Zdecydowanie poprawiłoby to zdolność myślenia analitycznego oraz twórczego wykluczającego pogląd, że „tylko moja interpretacja jest tą  jedyną i prawdziwą" Takie podejście rzadko bowiem prowadzi do właściwych wniosków.

Tytuł: Pomyśl, zanim pomyślisz
Tytuł oryginału: Critical and creative thinking
Autor:  Robert DiYanni
Tłumaczenie: Małgorzata Guzowska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN
Data wydania polskiego: sierpień 2016
Liczba stron: 268


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Klawisze - Drauzio Varella

Autorem reportażu jest lekarz, który przez ponad 20 lat pracował jako wolontariusz w więziennych szpitalach w stanie São Paulo.
To umożliwiło mu wejście do bardzo hermetycznego świata, jakim są zakłady karne. Zdobył zaufanie  i szacunek zarówno służby więziennej, jak i samych osadzonych.
Dzięki temu poznajemy obszar, który dla zwykłego człowieka stanowi albo obiekt fascynacji – tak jak w przypadku albo wzbudza przerażenie lub obrzydzenie
Brazylijskie więzienia to miejsca rządzące się specyficznymi prawami, których przestrzegają zarówno więźniowie jak i tytułowi „klawisze”.
Autor został uznany za "swojego" i razem z pracownikami służby więziennej dzieli ich troski, smutki i radości.
Jako członek Rady Wódkownictwa (takie odniesienie do Rady Więziennictwa – czyli głównego organu zarządzającego zakładami karnymi w Brazylii) ma też dostęp do serc i umysłów swoich kolegów i przyjaciół „zza krat”. Książka jest więc zarazem studium psychologicznym ludzi zatrudnionych w więziennictwie.
Zdaniem życie „klawisza” różni się od życia osadzonego jedynie tym, że po służbie może wyjść „na miasto”.
Jednak praca ta ma potężny wpływ na ludzką psychikę.
Autor opowiada historie życia i kariery swoich przyjaciół, których łączy bardzo wiele wspólnych cech. Wszyscy praktycznie wywodzą się ze środowisk robotniczych, wychowani byli przez surowych i wymagających rodziców. Żeby było jeszcze ciekawiej – nie mają praktycznie żadnego przygotowania zawodowego do pełnienia funkcji strażników. Egzamin ustny i pisemny – zdany, to jazda na oddział jaki wyznaczy przełożony.
I tylko rady i mądrość starszych, doświadczonych kolegów stanowią jakąkolwiek podporę teoretyczną i praktyczną, jak w tym świecie przeżyć i nie zwariować.
Zarobki są tak marne, że praktycznie każdy z nich musi dorabiać. Jako taksówkarz, barman, albo ochrona sklepu lub… nielegalnego salonu gry.
Z książki dowiecie się czym różnią się dobre łapówki od złych, nie akceptowanych przez środowisko.
Znajdziecie się w zakładzie karnym w którym wybucha bunt i „klawisze” zostają zakładnikami uzbrojonych i zdesperowanych przestępców.
Poznacie ludzkie perypetie poszczególnych strażników – ich kłopoty małżeńskie, problemy z alkoholem, przemocą . Zobaczycie jak można bez użycia siły, tylko wykorzystując znajomość więziennej psychologii ukarać gwałciciela tak, że do końca swych dni będzie to pamiętał.
Ujrzycie więzienną elitę i plebs, oraz dowiecie się dlaczego zwiększenie skuteczności brazylijskiej Policji przy obecnej filozofii systemu penitencjarnego w tym kraju doprowadziłaby do… jego całkowitego i bezwarunkowego bankructwa.
Pozycja zdecydowanie godna uwagi, dla wszystkich, którzy choć raz w życiu zastanawiali się jak to jest tam, po drugiej stronie muru.

PS.
Książka stanowi kontynuację i zarazem uzupełnienie reportażu "Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii" tego samego Autora.

Tytuł: Klawisze
Tytuł oryginału: Carcereiros
Autorzy: Dráuzio Varella
Tłumaczenie: Michał Lipszyc
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania polskiego: sierpień 2016
Liczba stron: 224

 

piątek, 19 sierpnia 2016

Wyniki konkursu wygraj książkę.... i czytaj z Wielbłądami

Dziękujemy serdecznie Wszystkim uczestnikom za udział w pierwszej edycji konkursu "Czytaj z Wielbłądami"
Większość Waszych odpowiedzi sugeruje, że "razem lepiej" i w pełni się z tym zgadzamy :)
Wybór Zwycięzcy konkursu był bardzo trudny, potraficie naprawdę pięknie uzasadnić swoje poglądy.
Niemniej jednak, nagroda główna jest tylko jedna i zostanie wysłana do Anety Z.

Jej odpowiedź brzmiała
Kaidy ma prawo do swojej własnej przestrzeni.Dwa mieszkania ,ale w moim jest twoja szczoteczka,twoje perfumy,bielizna na zmianę,twoje papcie i kubeczek, przecież zostaje się na noc,bo tak naprawdę się tęskni i potrzebuje drugiej polowy.Ale jednak osobno ,bo w końcu wracamy do siebie i do swoich zajęć. Jesteśmy razem.ale zachowujemy własne życie ..Bez scen zazdrości,czy wymówek za powrót nad ranem .Kłopoty ?no zdarza się ,ale to nie powód do kłótni ,spróbujmy je rozwiązać jakoś razem.Nie da się i ch teraz rozwiązać ,to spróbujmy za jakiś czas,dopóki emocje nie opadną.

Dodatkowo - postanowiliśmy przyznać jedną nagrodę niespodziankę - książka "Za drzwiami pałacu" na okładce, której zobaczycie wykonane przez nas zdjęcie  zostanie wysłana do Aleksandry Marty za wypowiedź
Razem jest lepiej. Wszędzie i zawsze. Z rodziną, znajomymi, nowo poznanymi ludźmi. Kiedy jedziemy pociągiem i rozmawiamy przez parę godzin o życiu a czas staje w miejscu. Z rodziną która pomoże w najtrudniejszych sytuacjach i widzi wszystko z boku, lepiej, inaczej. Ze znajomymi którzy pomogą bez zastanowienia w nagłych sytuacjach. Poradzą, uspokoją, dodadzą otuchy. Ludzie których spotykamy na swojej drodze aby uświadomili nam nasze zalety i wady. Dali nam pewność siebie i zozumieli samych siebie. Ludzie których cenimy za szczerość, wiedzę i zrozumienie. Ludzie którymi nie chcielibyśmy się stać. Zazdrośni, fałszywi, nierzetelni, uważający się za pępek świata. Uczą nas kim chcielibyśmy i nie chcielibyśmy być. Empatii i asertywności. Radości i determinacji. Szacunku do siebie i innych. Samozaparcia. Determinacji. Zawsze wyciągamy lekcję. Z poważnych rozmów o problemach i z lekkich o drobnostkach. Wygłupiając się wśród znajomych i w skupieni w trazie piważnych romów i decyzji. Z bliskimi i dalszymi znajomymi. Kiedy jesteśmy smutni i źli, zadowoleni i uśmiechnięci. Pracując na wspólny sukces i uczyć się od innych. Zawsze razem jest lepiej. Radośniej, bezpieczniej, pewniej i zabawniej.
 Anetę Z. i Aleksandrę Martę serdecznie prosimy o kontakt, a wszystkich zapraszamy już za kilka dni na II edycję konkursu "Czytaj z Wielbłądami" :)


czwartek, 18 sierpnia 2016

438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciwko dziennikarzom - Martin Schibbye i Johan Person

Wiecie, że w Rogu Afryki (terytoria Erytrei, Dżibuti, Etiopii oraz Somalii) na terenach spornych pomiędzy tymi dwoma ostatnimi państwami działa, nieprzerwanie od… 40 lat, Narodowy Front Wyzwolenia Ogadenu ?
Nie wiecie?
No wstyd nie widzieć :-D
Pewnie nikt by się tym nie interesował przez kolejne 40 lat, gdyby nie to, że na tych terenach odkryto…  ropę naftową.
A tę, jak wiecie, natychmiast trzeba "wyzwolić".
Sporne terytorium należy do Etiopii, o jego przyłączenie do Somalii walczy Front Wyzwolenia Zachodniej Somalii (w latach 1974-1984  nosił nazwę Narodowego Frontu Wyzwolenia Ogadenu) i właśnie na terenach Ogadenu organizacja ta prowadzi działania przeciwko wojskom rządowym.
Jakiś czas temu, bo w roku 2011 pojawiła się w szwedzkich mediach informacja, że w wydobycie ropy naftowej na tym spornym terytorium zaangażowana jest (poprzez swoją spółkę zależną - Africa Oil) szwedzka firma Lundin Petroleum.
Smaczku dodają dwie informacje – że armia rządowa dokonuje masakr ludności cywilnej w celu zabezpieczenia interesów przedsiębiorstw wydobywczych. Druga ciekawostka – w zarządzie firmy zasiadał Carl Bildt – ówczesny Minister Spraw Zagranicznych Rządu Królestwa Szwecji. Firma natomiast przedstawia się jako dobroczyńca miejscowej ludności: wierci studnie, buduje drogi, a ropę to tak tylko przy okazji wydobywa :-D
To skłania dwóch szwedzkich freelancerów – dziennikarza Martina Schibbye i fotografa Johana Persona do wyprawy do Ogadenu w celu zweryfikowania danych na miejscu.
Jednak sposób organizacji tego przedsięwzięcia ma daleko idące konsekwencje dla ich dalszych losów. Otóż, chcą przekroczyć granicę somalijsko-etiopską nielegalnie. W dodatku w asyście bojowników Narodowego Frontu Wyzwolenia Ogadenu uznanego przez rząd w Addis Abebie za organizację terrorystyczną. Wyjeżdżają najpierw do Kenii. Tam w mieście Dadaab, gdzie mieści się największy obóz dla uchodźców przeprowadzają wywiady z uciekinierami z interesujących ich terenów.
Uchodźcy potwierdzają wersję o terrorze, jakiego dopuszczają się wojska rządowe, ale ma to miejsce w innych rejonach Ogadenu, niż te, na których pracują ludzie z Africa Oil.
Nie ma ONLF (czyli Ogaden National Liberation Front) to nie ma wojska”
I w tym momencie włącza się naszym bohaterom tego typu wersja myślenia :
„… - Wygląda na to, że w sektorze Africa Oil jest dość spokojnie [Martin] – rzucam na próbę i patrzę w okno
-So what? To, że ich sektor leży w spokojniejszych stronach to zwalnia ich od odpowiedzialności? Powiedz mi jaki wielbłąd, jaki rebeliant czy etiopski żołnierz przejmuje się tymi granicami? Myślisz, że jak coś się dzieje 100, 200 km. dalej to nie mają z tym nic wspólnego? [Johan]
- Ale spotkaliśmy dziś ludzi, którzy mówią, że jest spokojnie i nie możemy oskarżać przedsiębiorstw, że chronią się przed atakami rebeliantów? [Martin]
- Właśnie, że możemy – oponuje Johan – Przecież tu nie chodzi o jakieś gwałty popełniane akurat w szwedzkim sektorze, czy o to, że Lundin pożera dzieci, bo nikt tak nie twierdzi – rzecz tylko w tym, że oni pogłębiają konflikt, kiedy próbują szukać nafty zanim nastąpi pokój. To tak trudno pojąć? Lundin robi burdel i nie ponosi za to żadnych konsekwencji. Ten region jest jak gniazdo os, śmierdzi strachem i krwią, co do tego wszyscy są chyba zgodni? Przecież to bzdura, żeby utrzymywać, że nie ponosi się odpowiedzialności za to, co dzieje się kawałek dalej. Spółka korzysta z tej samej infrastruktury co wojsko…”
Po tym tekście opadły mi ręce. To są podobno doświadczeni specjaliści od Afryki. Zarzuty, że w kraju afrykańskim ktoś „ …korzysta z tej samej infrastruktury co wojsko…” mnie powaliły.
A z jakiej ma korzystać?
Z wybudowanej przez rebeliantów (a nie, ci nie mają czasu na pierdoły), czy może wybudować nową, alternatywną ?
To już wzbudziło moją pewną nieufność w stosunku tych dwóch panów.
To już nie jest wyprawa, aby coś odkryć, ale ekspedycja mająca na celu znalezienie dowodów na założone z góry teorie o winie Africa Oil.
Kolejna kwestia – aby dostać się na terytorium Etiopii korzystają z usług partyzantów. OK, ale już zaczynają mi śmierdzieć dwie kolejne kwestie.
Otóż – do przyjaciół Etiopii i obecnego rządu tego kraju należą między innymi Izrael i Wielka Brytania.
Wiecie, gdzie znajduje się biuro ONLF, przez które Martin i Johan kontaktują się z tą organizacją?
W… Londynie. Coś tu jest nie tak. Jeżeli jest to kraj zaprzyjaźniony z Etiopią to co wstrzymuje brytyjskie służby przed zamknięciem tego przybytku w 15 minut zwłaszcza, że należy do organizacji uznanej przez rząd w Addis Abebie za terrorystyczną??? Druga rzecz – jak mawiał jeden z największych autorytetów w zakresie wojen Napoleon Bonaparte:
”Żeby prowadzić wojnę potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy.”
A tutaj za pomoc w nielegalnym przedostaniu się do Etiopii organizacja prowadząca wojnę od - przypominam 40 lat - nie chce żadnej opłaty. Dalej - obiecuje nie ingerować w to, co napiszą obaj dziennikarze. To co to jest ? Partyzantka czy organizacja charytatywna?
Wracając do meritum – Martin i Johan po dwutygodniowym oczekiwaniu na przerzut do Etiopii przebywają na terenie Somalii. Tam, żeby uniknąć porwania zatrudniają lokalnych ochroniarzy. Z nudów robią zdjęcia. W tym jedno, które również będzie miało wpływ na to, co spotkało ich później.
Otóż – Johan zamienił się z chwilowo z ochroniarzem na „narzędzia pracy” – oddał mu swojego Canona, a sam wziął do ręki AK-47. I tą scenę uwiecznił Martin.
Po przekroczeniu granicy i przyłączeniu się do grupy rebeliantów przez kilka dni uciekają przed pościgiem armii rządowej. Zdradza ich jedno – ślady nietypowego w tym regionie obuwia. Wojsko etiopskie podąża ich śladem jak po sznurku. Podczas próby zatrzymania grupy, z którą podróżowali dochodzi do wymiany ognia pomiędzy lokalną, prorządową milicją a ONLF. Obaj dziennikarze odnoszą rany postrzałowe.
Zostają aresztowani i po krótkim czasie przekazani regularnej armii.
Trafiają do aresztu śledczego policji federalnej Maikewali, a później do więzienia federalnego Kality w Addis Abebie.
Postawiono im zarzuty przynależności do organizacji terrorystycznej, wspierania terrorystów i nielegalnego przekroczenie granicy.
Wtedy nasi bohaterowie poruszają niebo i ziemię, aby wydostać się na wolność.
Powiadamiają swoje „zabezpieczenie" w Szwecji, które błyskawicznie informuje o ich zatrzymaniu media oraz szwedzki MSZ.
I tutaj następuje fragment opowieści, który rozkłada mnie na łopatki.
Panowie zaczynają czuć się „więźniami sumienia” i uważają że jako dziennikarze „walczący o prawdę” nie podlegają normalnym procedurom. Uważają, że ich uwięzienie jest co najmniej niestosowne.
Podsumujmy - przekraczają nielegalnie granicę, zostają złapani w towarzystwie uzbrojonych bojowników z organizacji uznawanej za terrorystyczną. Mają zdjęcia, na których pozują z bronią w otoczeniu innych uzbrojonych ludzi. Nie wiem jak do Was, ale do mnie tłumaczenie, że na zdjęciu „to są ich somalijscy ochroniarze, a nie partyzanci", nie przemawia. Nie podejrzewam, aby ci ochroniarze nosili jakieś uniformy umożliwiające odróżnienie ich od terrorystów, a samo słowo osób które popełniły przestępstwa to lekko za mało. Owszem, prokurator dość swobodnie podchodził do materiału dowodowego, ale samo popełnienie czynów zabronionych na całym świecie nie podlegała dyskusji.
Argumentacja, że dziennikarze mają prawo…  łamać prawo, jeżeli jest to podyktowane „stanem wyższej konieczności” jakoś nie przekonało Wysokiego Sądu.
Johan i Martin zostali skazani na 11 lat więzienia. Zarzuty przynależności do organizacji terrorystycznej zostały oddalone, wspierania grupy terrorystycznej i nielegalnego przekroczenie granicy – utrzymane.
Presja medialna na rząd etiopski dawała rezultat odwrotny do założonego.
Czy ktokolwiek z Was zna kraj, w którym nielegalne przekroczenie granicy w towarzystwie antyrządowej bojówki jest traktowane pobłażliwie, bo to przecież „panowie dziennikarze” raczyli złamać prawo.
I nie przemawia do mnie argument, przedstawiony przez jednego ze świadków obrony – Adriana Blomfielda [A.B] z „Daily Telegraph” :
„… [sędzia] - Czy był pan kiedyś aresztowany?
- [A.B] – złapało mnie kiedyś wojsko izraelskie, to było na terenie Izraela, po nielegalnym przejściu przez granicę razem z Hezbollahem.
[sędzia] – I co się wtedy stało?
[A.B] – W ciągu 40 min. izraelskie służby wywiadowcze potwierdziły, że jestem dziennikarzem i zostałem od razu wypuszczony…”
Jasne, w kraju w którym obowiązują szczególne przepisy bezpieczeństwa, z wojskową cenzurą prewencyjną prasy i innych mediów Pan Dziennikarz przekracza nielegalnie granicę w towarzystwie bojówki Hezbollahu a Aman czy Mossad weryfikuje jego dane w 40 min. I puszcza go wolno.
Już to widzę oczyma wyobraźni :-)
Pewnie jeszcze na pożegnanie wspólnie odśpiewali i odtańczyli „Hawa nagila”.
Zdecydowanie bardziej pomocne są działania dyplomatyczne szwedzkiego ambasadora, który nieformalnymi kanałami, kontaktuje się z placówkami dyplomatycznymi innych krajów.
Szwedzcy dziennikarze zarzucają premierowi Etiopii „upolitycznienie procesu” i „wydanie na nich wyroku przed procesem”.
Absolutnie nie zauważają pewnego curiosum: sami naciskają na szwedzkiego ambasadora, aby uczynił to samo i sugerują, że Unia Europejska powinna…  zerwać wszelkie stosunki dyplomatyczne z Etiopią w celu wywarcia  nacisku na rząd etiopski i ich uwolnienia. No kompletna paranoja.
Dodatkowo, żeby było zabawniej podczas wizyty w Addis Abebie z okazji World Economic Forum (przeciwko któremu oczywiście nasi bohaterowie protestują, bo więzieni są w tym kraju niezależni dziennikarze i opozycja) odwiedza ich w więzieniu…  Minister Spraw Zagranicznych Szwecji, przeciwko któremu, między innymi, chcieli napisać artykuł.
Martin i Johan opisują swoją więzienną gehennę, jednak nie mają problemów, aby spotkać się z  przedstawicielami swojego MSZ, a także z comiesięcznymi wizytami rodzin. Ciekaw jestem w którym kraju (pewnie poza Skandynawią) więźniowie skazani za tego typu przestępstwa mają takie przywileje.
Jeszcze jedna ciekawostka – kontrolę nad tym zakładem penitencjarnym sprawują…  komitety złożone z osadzonych. Bywa tak, że na zmianie że jest 2 (słownie dwóch) klawiszy.
Może powinni Panowie Dziennikarze przeczytać co nieco na temat więzień w Ameryce Południowej, innych krajach Afryki lub aspirującej do Unii Europejskiej Turcji.
Oczywiście, że nie popieram rządów, które strzelają do swoich obywateli, wysiedlają ich czy zamykają opozycjonistów czy dziennikarzy w więzieniach.
Jednak czy relacje uciekinierów są rzetelne? Czy faktycznie nie mieli nic wspólnego z ONLF?
To, po lekturze innych książek o Afryce budzi moje wątpliwości.
Również okolica jest „ciekawa”. Była już bowiem wcześniej jedna, udana, próba oderwania prowincji od Etiopii. To tak sobie „poprawili” byt mieszkańcy tej prowincji że ho ho...
Piszę tutaj o Erytrei.
A co nam powie o tym kraju niezawodna Ciotka Wiki?
„…Jedyną legalną partią polityczną w Erytrei jest Ludowy Front na rzecz Demokracji i Sprawiedliwości, założony w 1970 roku. Od chwili uzyskania niepodległości w Erytrei nigdy nie odbyły się wybory na żadnym szczeblu władzy, co jest ewenementem na skalę światową (w innych państwach autorytarnych i totalitarnych przeprowadza się wybory pokazowe) […]W 2007 roku Erytrea została sklasyfikowana na ostatnim, 179. miejscu w rankingu organizacji obrony wolności prasy „Reporterzy bez Granic”, dotyczącego wolności mediów, a w 2016 roku ponownie na ostatnim, 180. Miejscu….
I nie wiem dlaczego, ale nie uważam, że konsekwencje niepodległości Ogadenu miałyby być inne.
Szwedzcy dziennikarze zostali ułaskawieni po tytułowych 438 dniach, zamiast po 4015.
Czy czegoś się nauczyli, prosząc o łaskę rząd Etiopii?
Nie wiem, ale po uwolnieniu wykonali telefon do biura ONLF w Londynie.

Tytuł: 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom
Tytuł oryginału: 438 Dagar
Autorzy: Martin Schibbye, Johan Persson,
Tłumaczenie: Mariusz Kalinowski
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania polskiego: listopad 2015
Liczba stron: 496


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...