sobota, 25 marca 2017

Templariusze. Mity i rzeczywistość - Martin Bauer

Chyba żaden inny zakon rycerski nie obrósł taką ilością mitów, legend i teorii spiskowych.
Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona rozpala wyobraźnie zarówno zwyczajnych miłośników historii, jak i poważnych (lub czasami – mniej poważnych) badaczy i historyków.
Książka Martina Bauera jest rzetelną, teutońską, trzymającą się faktów opowieścią o powstaniu, czasach chwały i potęgi, a także niesławnym końcu templariuszy.
Zakon, jako pierwszy miał powiązać cnoty mnichów (z którymi w średniowieczu bywało różnie) z cnotami rycerskimi z którymi było jeszcze gorzej, niż w przypadku mnichów.
Dzięki wsparciu ojca chrzestnego  templariuszy - Bernarda z Clairvaux, (doktora Kościoła zwanego dzięki swym sławnym kazaniom oraz ogromnej erudycji i zdolnościom oratorskim „Doktorem Miodopłynnym”), zakon uzyskał wpływy, majątki oraz sporą liczbę kandydatów ze szlachetnych i bogatych rodów.
Pierwotnym celem Ubogich Rycerzy Chrystusa była ochrona pielgrzymów do Ziemi Świętej.
Dzięki hojnym donacjom oraz temu, że między innymi klasztory (a szczególnie te dobrze umocnione) były miejscami Pokoju Bożego (za napaść na takie miejsce groziła ekskomunika) zbudowano potęgę finansową templariuszy.
Jeżeli dołożymy do tego sprawną organizację wojskową, liczne komturie, w których można było za odpowiednik czeku odebrać złoto w dowolnym miejscu, bez narażania się na przewóz kruszcu samemu oraz nieposzlakowaną, w tym aspekcie, opinię rycerzy zakonnych to wcale nie dziwi fakt, że swoje kosztowności oraz pieniądze powierzali templariuszom królowie Anglii i Francji.
Zakon był dzieckiem swoich czasów oraz ich potrzeb, był zbrojnym ramieniem papieży oraz jedną z nielicznych realnych sił zbrojnych, znakomicie wyszkolonych i wyekwipowanych służących do walk w Palestynie oraz generalnie na terenach, na których dochodziło do zbrojnych zmagań z wyznawcami islamu.
Pewnych podobieństw możemy dopatrzeć się w obecnych działaniach na Bliskim Wschodzie. Nazywanie wojsk przeróżnych koalicji, walczących z fanatycznymi odłamami islamu w Syrii, Iraku czy Afganistanie, mianem „krzyżowców” przez mających znakomitą pamięć historyczną Arabów nie jest całkowicie pozbawione sensu.
Oczywiście Autor wymienia większość teorii budzących wypieki na twarzach miłośników teorii spiskowych, jednak odnosi się do nich z rezerwą, jako nie mających oparcia ani w dokumentach, ani w dających się potwierdzić znaleziskach. Nadmienia jednak, że nawet jeśli nie ma na coś materialnych dowodów, to  niekoniecznie musi to być tylko wytworem czyjejś fantazji.
Możemy więc w książce przeczytać także o ukrytych skarbach, poszukiwaniach św. Graala, tajemnicach wykopalisk w Świątyni Salomona, powiązaniach z wolnomularstwem rytu szkockiego, ale  Martin Bauer postrzega je raczej jako „fakty medialne” i pisze o nich z dużą dozą sceptycyzmu.
"Templariusze. Mity i rzeczywistość" to świetna lektura dla tych, których interesuje czysta w formie i treści historia, ale i tych, którzy lubią sobie „po gdybać”.  
Książka napisana przyjaznym i zrozumiałym językiem bez uniwersyteckiego zadęcia, co w żaden sposób nie ujmuje jej wartości jako poważnej monografii. 


Tytuł: Templariusze. Mity i rzeczywistość
Tytuł oryginału: Die Tempelritter. Mythos und Wahrheit
Autor: 
Tłumaczenie:  Małgorzata Słabicka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania polskiego: marzec 2017
Liczba stron: 256

 

czwartek, 23 marca 2017

Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym - Maciej Czarnecki

Barnevernet – norweski urząd, którego zadaniem jest ochrona dzieci dorobił się w Polsce wyjątkowo czarnej legendy.
Przez naszych rodaków zamieszkujących to państwo jest niemalże odpowiednikiem hitlerowskiej Lebensborn zajmującej się „rabunkiem wartościowej krwi”.
Albo – jak chcą inni, doskonałym źródłem dochodu dla ludzi pełniących funkcje rodziców zastępczych.
Administracyjne odbieranie dzieci, które w szkole lub przedszkolu wydają się smutne, noszą jakiekolwiek ślady urazów budzą do działania pedagogów albo innych rodziców.
Skarga kilkulatka, że jest w domu bity, wywołuje natychmiastową reakcję Barnevernet.
Maciej Czarnecki podjął wyzwanie sprawdzenia jak to wygląda naprawdę.
Czy winne jest nadmiernie ingerujące w „świętą instytucję rodziny” państwo, czy też może jest w takim, a nie innym podejściu do problemu, jakaś głębsza racja.
W oparciu o wywiady przeprowadzone z rodzicami, którzy w wyniku działań Barnevernet utracili prawa rodzicielskie Autor stara się nakreślić obraz tej bulwersującej z punktu widzenia polskiego odbiorcy sytuacji.
I okazuje się, że sprawa nie jest już tak jednoznaczna. Oczywiście, są przypadki nadużywania prawa wobec obywateli i nie dotyczy to tylko imigrantów ale równie często rdzennych Norwegów.
Jak każdy zinstytucjonalizowany system, mający duże prerogatywy także działalność urzędników Barnevernet prowadzi do wypaczeń. Nie zawsze trafiają tam ludzie o odpowiednim przygotowaniu zawodowym i wystarczającym poziomie empatii.
To wszystko prawda, ale do tego dochodzą poważne różnice kulturowe.
Za najważniejsze, wymienione przez Autora uważam dwie.
Polacy, ze względu na zaszłości historyczne a priori zakładają opresyjność i złą wolę państwa. Norwegowie instytucje państwowe uważają za praktycznie nieomylne i zaufanie do państwa jako takiego jest dla nich czymś oczywistym.
Po drugie, nie mniej ważne, jest podejście do wychowywania dzieci.
I tu, może nie dosłownie, zacytuję dwa przykłady, które chyba w najbardziej jaskrawy sposób wykażą różnice pomiędzy podejściem Polaków i Norwegów w tej materii, ale również wskażą różnice pomiędzy „Norkami” a innymi Skandynawami.
Przykład, przedstawiony w formie dykteryjki arcyuciesznej o różnicy zachowań Matki- Dunki, Matki- Szwedki i Matki- Norweżki w przypadku upadku dziecka z huśtawki.
Otóż - Matka- Dunka po takim zdarzeniu przytuli dziecko i zapyta, czy nic mu się nie stało.
Matka- Szwedka – wystosuje pismo do wszelkich znanych sobie instytucji z opisem zdarzenia i zażąda zdecydowanego poprawienia stanu bezpieczeństwa huśtawek.
Matki- Norweżki nie spotka taki wypadek, bo dziecko zamiast się huśtać będzie chodzić z rodzicami po górach.
Norweskie wychowanie w pewnym stopniu przypomina, jak to określała moja pochodząca z kręgu kultury niemieckiej Babcia, „zimy chów cieląt”. Tylko jest w nim podstawowa różnica. W szkole pruskiej dzieci były wychowywane w bezwzględnym posłuszeństwie wobec starszych. Brak czułości był zastąpiony chłodnym pruskim drylem. Natomiast w Norwegii, jak przedszkolak nie chce założyć kurtki  zimą (taką prawdziwą, norweską) to matka nie będzie go do tego przekonywać , zachęcać czy zmuszać. Jak zmarznie, to sam wróci i poprosi, żeby go jednak ubrać.
Wychowanie empiryczne zamiast narzucania własnej woli „bo jestem twoją matką/ojcem i wiem lepiej”.
Nie wiem, jakie są dane statystyczne dotyczące „odpadu naturalnego” jednostek wyjątkowo odpornych na wiedzę. Autor przedstawia w swojej książce takie przykłady, kiedy zagwarantowanie dziecku pełnej autonomii i samodzielności wyborów doprowadziło do opłakanych skutków.
Wśród dzieci „świeżych” imigrantów, szczególnie nastolatków górę bierze chęć życia na poziomie norweskim, którego rodzice na dorobku, często słabo znający język i pracujący poniżej kwalifikacji najzwyczajniej w świecie nie są w stanie im zapewnić.
Zaczyna się od wstydu, że jest się znacznie biedniejszym od koleżanek i kolegów, że rodzice wykonują najprostsze prace, a także właśnie marnej znajomości języka norweskiego, którego znajomość jest jedyną szansą na poprawienie swojej sytuacji materialnej.
Dzieci, poza naturalną większą chłonnością umysłu niż u osób starszych, przebywają w środowisku norweskojęzycznym w szkole, przez co bariera językowa jest przełamywana w bardzo krótkim czasie.
Dodatkowo- młodzi ludzie z reguły bardzo szybko adaptują się do nowych warunków.
Dlatego łatwo mogą ulec pokusie, niczym doktor Faust, podszeptom że w bardzo prosty sposób mogą poprawić swoją sytuację życiową i już nie będzie dla nich problemem brak najnowszego Iphone`a czy najmodniejszych ciuchów oraz życie, gdzie „Starzy” nie narzucają żadnych ograniczeń.
A do tego wystarczy nawet mniej, niż podpisanie cyrografu własną krwią. Wystarczy, że powiedzą w szkole, że rodzice krzyczą, ograniczają lub w skrajnych przypadkach – stwierdzenie, nawet zupełnie fałszywe, że są bite lub głodzone.
Innym przypadkiem są sytuacje, gdzie faktycznie mimo tego, że rodzicom (gównie matkom) wydaje się, że wiedzą, co dla ich dzieci jest najlepsze,  rzeczywistość wygląda zgoła odmiennie.
Książka szalenie wyważona, pokazująca zarówno błędy popełniane przez instytucje państwowe, jak i samych rodziców czy opiekunów. Jednym z takich przypadków jest Beata – matka Marcelinki.
Dlatego warto z uwagą przeczytać tę książkę, szczególnie, kiedy przyjdzie Wam do głowy emigracja z dziećmi do Norwegii.

Tytuł: Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym
Autor: Maciej Czarnecki
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: październik 2016
Liczba stron: 204

środa, 22 marca 2017

Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku - Morten A. Strøksnes

Książka równie obszerna jak jej tytuł :-)
Niezwykle ciekawa, napisana barwnym językiem relacja z wypraw na połów niemalże legendarnego rekina polarnego.
Gigantyczne to bydlę (według Ciotki Wiki - największy osobnik, jaki został złapany, mierzył 6,4 m długości,  ale rekiny polarne prawdopodobnie mogą dorastać do 7,3 m i osiągać wagę do 2,5 tony) zamieszkujące lodowate wody  Grenlandii, Morza Północnego, północnego Atlantyku, Oceanu Arktycznego i Morza Białego jest celem połowu „dwóch panów w RIB-ie” co mi się osobiście kojarzy się z tytułem znakomitej powieści „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” Jerome'a K. Jerome'a.
RIB to skrót od  rigid-inflatable boat czyli hybryda  łącząca zalety pontonu i łodzi. I na takiej łupince, dwóch Norwegów – pisarz, dziennikarz i fotograf w jednym czyli Autor owej książki wraz ze swoim przyjacielem – ekscentrycznym artystą oraz potomkiem szacownej rodziny rybaków (również w jednym) chcą złowić rekina, przy którym, jak już napisałem wyżej, żarłacz biały (zwany rekinem ludojadem) to stworzenie niezmiernie towarzyskie i całkiem nieźle (jak na mieszkańca oceanów) zbadane.
Opisów przyrody znajdziecie tutaj mniej więcej tyle co w „Nad Niemnem” ale są one zdecydowanie lepszej jakości, a informacji o Lofotach i połowach ryb różnych gatunków, w tym rekinów oraz wielorybów nie mniej niż w „Moby Dicku” Hermana Melville'a.
Książkę czyta się z ogromnym zainteresowaniem, można się również całkiem sporo dowiedzieć nie tylko o samej operacji „rekin polarny”, ale także o obyczajach, kulturze czy poczuciu humoru mieszkańców Norwegii.
To niezwykle wartościowa pozycja nie tylko dla tych, którzy lubią „morskie opowieści” i  fascynują się łowami na „grubego zwierza” (gdzie dodatkowym utrudnieniem jest środowisko w którym ów zwierz bytuje).  To także ciekawa propozycja dla osób rozważających wakacyjny wyjazd lub przeprowadzkę do Norwegii.  Dzięki tej lekturze będą mieli okazję zapoznać się z krajem, klimatem, przyrodą, a także niektórymi cechami przyszłych gospodarzy co z pewnością ułatwi ich zrozumienie.
Opis samych żmudnych przygotowań do wyprawy, prób wykorzystania „pamięci genetycznej” przez przedstawiciela ludu morza oraz samych prób wytropienia rekina polarnego daje dużo przyjemności. Pomimo nasycenia wiedzą, której albo nie posiadamy, ale posiadamy, ale w szczątkowej ilości książka w niczym nie przypomina  stylu podręcznika akademickiego. Raczej jako dość długa wersja poradnika „Jak upolować rekina polarnego w weekend".
Takie obcowanie z arktyczną przyrodą jest fajne, nawet dla osób tak ciepłolubnych jak ja.  Pomaga, dzięki plastycznym opisom Autora, czuć się jednym z łowców rekinów robiąc to w ciepłym, przytulnym domku, bez narażania się na przenikliwe zimno i wilgoć wywołującą u co bardziej wrażliwych galopujący reumatyzm.
Pozycja bardzo pogodna i pouczająca.

Tytuł: Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku
Tytuł oryginału: Havboka – eller Kunsten å fange en kjempehai fra en gummibåt på et stort hav gjennom fire årstider

Autor: Morten A. Strøksnes
Tłumaczenie:  Maria Gołębiewska-Bijak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: marzec 2017

Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii - Janine di Giovanni

"Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli" - to kolejna, w naszej kolekcji, książka opisująca wojnę domową w Syrii.
Z pewnością nie można Janine di Giovanni zarzucić braku pomysłu na przedstawienie sytuacji jaka miała miejsce od początku konfliktu w Syryjskiej Republice Arabskiej, ale mnie osobiście razi stronniczość Autorki.
Sposób przedstawiania faktów jest dla mnie pewnym odwzorowaniem dowcipu o wyniku pojedynku biegowego pomiędzy przywódcą radzieckim i prezydentem USA komentowanego przez agencję TASS (Информационное агентство России ТАСС).
Otóż - przywódca radziecki i amerykański zmierzyli się w wyścigu. Nazwiska zmieniały się w zależności od roku, w którym żart ten był opowiadany.
Prezydent USA przybiegł pierwszy, pokonując swojego radzieckiego odpowiednika.
Jak skomentowała to wydarzenie agencja TASS ? „Przywódca radziecki zajął zaszczytne drugie miejsce, a prezydent USA był przedostatni”. Czyli owszem, napisali prawdę i tylko prawdę, przestawiając jednak fakty zgodnie z obowiązującymi wymogami.
W podobny sposób komentuje wydarzenia w Syrii Janine di Giovanni.
Dowód? A proszę bardzo - poniżej cytat ze strony 29
„…Od samego początku do protestujących strzelały rządowe siły bezpieczeństwa. Pierwszego dnia zabito trzy osoby. Dwa dni później zginęło siedmiu policjantów [pokreślenie moje] i czterech demonstrantów….”
Co możemy wywnioskować z tego tekstu? Że w skład „rządowych sił bezpieczeństwa” nie wchodzi, policja, bo wyżej wymienione siły strzelały do demonstrantów i zabiły jak się wydaje - „antyrządowych” policjantów.
Jeżeli policja syryjska jest antyrządowa, jak można na podstawie powyższego cytatu domniemywać, to jakim cudem prezydent Syrii Baszszar Hafiz al-Asad do tej pory utrzymuje się na stanowisku ? Ba, udaje mu się nawet odzyskać Aleppo?
Dodatkowo  - pojawiły się rysy w antyasadowskich ugrupowaniach wspieranych przez Zachód.
Bojownicy o „wolność i demokrację” w Syrii - członkowie tak dobrze znanych ze swoich liberalnych i arcydemokratycznych zapędów organizacji jak Hajjat Tahrir asz-Sham (Organizacja Wyzwolenia Lewantu - to nowy „brend” Frontu an-Nusra) czyli tej „dobrej” Al-Kaidy prowadzą działania zbrojne przeciwko drugiej grupie „liberalnych demokratów” złożonej z salafickich dzihadystów Ahrar asz-Szam (pełna nazwa to Islamski Ruch Wolnych Ludzi z Lewantu) . To, jak podkreślam są ci „nasi” bo walczą z ISIL.
Nie odmawiam Autorce zaangażowania czy ogromnego wkładu pracy. Dokonała naprawdę tytanicznego wysiłku, aby zebrać materiały i zapoznać czytelników z sytuacją w Syrii.
Wywiady przeprowadzone z opozycjonistami syryjskimi odbyły się w różnych miejscach poza Syrią, między innymi we Francji czy Szwajcarii.
Jednak po tej lekturze, mam ogromną ochotę przeczytać reportaż Pawła Smoleńskiego, bo jednostronnego przedstawiania wojny syryjskiej przez kolejnych „niezależnych reporterów” mam już po dziurki w nosie.
Jestem przekonany, że reportaż redaktora Smoleńskiego nie będzie poprawny politycznie i napisany pod dyktando obowiązującej świat zachodni narracji.
Znając większość książek pana Pawła wiem, że opisze w rzetelny sposób racje wszystkich stron konfliktu, bo tego, że dotrze do jakichś bossów ISIL czy innych ugrupowań jestem w 100% pewien.

Tytuł: Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii
Tytuł oryginału:  The Morning They Came for Us: Dispatches from Syria
Autor: Janine di Giovanni
Tłumaczenie:  Justyn Hunia
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: marzec 2017
Liczba stron: 200

wtorek, 21 marca 2017

Władimir Putin. Wywiad, którego nie było - Arleta Bojke

Dziennikarka TVP podzieliła się swoimi doświadczeniami z okresu pracy w Federacji Rosyjskiej. Jako korespondentka, Arleta Bojke spędziła w tym kraju kilka lat i nigdy nie dostąpiła zaszczytu spotkania z prezydentem, premierem i ponownie prezydentem Rosji Władimirem Władimirowiczem Putinem. Stąd właśnie zrodził się pomysł napisania książki zawierającej pytania, które chciałby zadać prezydentowi.

Arleta Bojke stara się znaleźć na nie odpowiedzi, cytując wypowiedzi Władimira Władimirowicza w których odpowiadał na podobne pytania zadane przez dziennikarzy z krajów traktowanych poważniej niż Polska, bowiem nadal dla części establishmentu rosyjskiego „Polska to taki mały piesek. Denerwujący, ale krzywdy nie zrobi”.
To srogi policzek wobec nacji, w której pamięć o przeszłych przewagach nad Moskalem jest wiecznie żywa. Jednak od czasów sprzed 7 listopada 1612 czyli wypędzenia polskiej załogi z Kremla (fakt, że dzień ów jest czczony w Rosji ze względu na święto kościelne 4 listopada jako Dzień Jedności Narodowej jest pewnie powodem do wielkiej dumy niektórych naszych rodaków) minęło sporo czasu i układ sił pomiędzy Polska i Rosją uległ diametralnej zmianie.

Sam, czego nigdy nie ukrywam, jestem wielkim miłośnikiem Rosji – jej kultury, ludzi i „rosyjskiego stanu umysłu”. Ale jak to bywa w krajach o rozmiarach imperium mnóstwo rzeczy jest na taką właśnie skalę .
Są tam ludzie o sercach imperialnych rozmiarów, jak i iście imperialnych gabarytów sukinsyny.
Ja na swoje szczęście zdecydowanie częściej spotykałem tych pierwszych. Podobne doświadczenie przedstawia Autorka. To ustawiczna walka z rosyjską biurokracją i pewną bezdusznością systemu, ale też spotkania z ludźmi, których bardzo lubi i szanuje.

"Władimir Putin. Wywiad, którego nie było" to bardzo rzetelna opowieść o pracy dziennikarza telewizyjnego, który znalazł się w samym centrum wydarzeń wywołujących ogromne zainteresowanie na świecie. W książce nie zabrakło też informacji, których trudno byłoby się doszukać na paskach „breaking news”.
To zarówno relacja z Krymu, który nawiedzili „uprzejmi ludzie” zwani też „zielonymi ludzikami” jak i z Donbasu, w którym pojawili się oni nieco później. Dzięki relacji Autorki możemy zrozumieć, albo przynajmniej spróbować zrozumieć, dlaczego Krym został inkorporowany do Federacji Rosyjskiej bez jednego wystrzału i dlaczego w przypadku Donbasu stało się inaczej.
Możemy Jej oczyma zobaczyć ciemne strony przygotowań do Olimpiady w Soczi i zwiedzić wioskę w której poparcie w wyborach prezydenckich dla Władimira Władimirowicza wynosiło równe 100%.
Poznajemy także praktycznie niedostępne dla zwykłego turysty obszary Syberii i pierwszego czarnoskórego radnego w Rosji (zwanego w żartach „Afrorosjaninem”).
Wspólnie z Arletą Bojke przeżywamy oblężenie lotniska w Doniecku, gdzie przed „zielonymi ludzikami” oraz separatystami broniła się nieliczna grupka ukraińskich żołnierzy i ochotników, przez przeciwników z szacunkiem nazywanych „cyborgami”. Przeczytamy też relację z zatrzymania ekipy filmowej przez żołnierzy rosyjskich na terenie katastrofy smoleńskiej.
To bardzo dobra, napisana żywym językiem książka, która pomoże w jakimś stopniu zrozumieć Rosję i rosyjską duszę, poznać jej mieszkańców m.in. wnuczkę marszałka Konstantego Rokossowskiego, która jest wielką polonofilką i popularyzatorką Polski wśród Rosjan oraz zajrzeć za kulisy kontaktów z rosyjską biurokracją

Tytuł: Władimir Putin. Wywiad, którego nie było

Autorzy: Arleta Bojke
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN
Data wydania polskiego: luty   2017
Liczba stron: 304



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...