czwartek, 23 marca 2017

Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym - Maciej Czarnecki

Barnevernet – norweski urząd, którego zadaniem jest ochrona dzieci dorobił się w Polsce wyjątkowo czarnej legendy.
Przez naszych rodaków zamieszkujących to państwo jest niemalże odpowiednikiem hitlerowskiej Lebensborn zajmującej się „rabunkiem wartościowej krwi”.
Albo – jak chcą inni, doskonałym źródłem dochodu dla ludzi pełniących funkcje rodziców zastępczych.
Administracyjne odbieranie dzieci, które w szkole lub przedszkolu wydają się smutne, noszą jakiekolwiek ślady urazów budzą do działania pedagogów albo innych rodziców.
Skarga kilkulatka, że jest w domu bity, wywołuje natychmiastową reakcję Barnevernet.
Maciej Czarnecki podjął wyzwanie sprawdzenia jak to wygląda naprawdę.
Czy winne jest nadmiernie ingerujące w „świętą instytucję rodziny” państwo, czy też może jest w takim, a nie innym podejściu do problemu, jakaś głębsza racja.
W oparciu o wywiady przeprowadzone z rodzicami, którzy w wyniku działań Barnevernet utracili prawa rodzicielskie Autor stara się nakreślić obraz tej bulwersującej z punktu widzenia polskiego odbiorcy sytuacji.
I okazuje się, że sprawa nie jest już tak jednoznaczna. Oczywiście, są przypadki nadużywania prawa wobec obywateli i nie dotyczy to tylko imigrantów ale równie często rdzennych Norwegów.
Jak każdy zinstytucjonalizowany system, mający duże prerogatywy także działalność urzędników Barnevernet prowadzi do wypaczeń. Nie zawsze trafiają tam ludzie o odpowiednim przygotowaniu zawodowym i wystarczającym poziomie empatii.
To wszystko prawda, ale do tego dochodzą poważne różnice kulturowe.
Za najważniejsze, wymienione przez Autora uważam dwie.
Polacy, ze względu na zaszłości historyczne a priori zakładają opresyjność i złą wolę państwa. Norwegowie instytucje państwowe uważają za praktycznie nieomylne i zaufanie do państwa jako takiego jest dla nich czymś oczywistym.
Po drugie, nie mniej ważne, jest podejście do wychowywania dzieci.
I tu, może nie dosłownie, zacytuję dwa przykłady, które chyba w najbardziej jaskrawy sposób wykażą różnice pomiędzy podejściem Polaków i Norwegów w tej materii, ale również wskażą różnice pomiędzy „Norkami” a innymi Skandynawami.
Przykład, przedstawiony w formie dykteryjki arcyuciesznej o różnicy zachowań Matki- Dunki, Matki- Szwedki i Matki- Norweżki w przypadku upadku dziecka z huśtawki.
Otóż - Matka- Dunka po takim zdarzeniu przytuli dziecko i zapyta, czy nic mu się nie stało.
Matka- Szwedka – wystosuje pismo do wszelkich znanych sobie instytucji z opisem zdarzenia i zażąda zdecydowanego poprawienia stanu bezpieczeństwa huśtawek.
Matki- Norweżki nie spotka taki wypadek, bo dziecko zamiast się huśtać będzie chodzić z rodzicami po górach.
Norweskie wychowanie w pewnym stopniu przypomina, jak to określała moja pochodząca z kręgu kultury niemieckiej Babcia, „zimy chów cieląt”. Tylko jest w nim podstawowa różnica. W szkole pruskiej dzieci były wychowywane w bezwzględnym posłuszeństwie wobec starszych. Brak czułości był zastąpiony chłodnym pruskim drylem. Natomiast w Norwegii, jak przedszkolak nie chce założyć kurtki  zimą (taką prawdziwą, norweską) to matka nie będzie go do tego przekonywać , zachęcać czy zmuszać. Jak zmarznie, to sam wróci i poprosi, żeby go jednak ubrać.
Wychowanie empiryczne zamiast narzucania własnej woli „bo jestem twoją matką/ojcem i wiem lepiej”.
Nie wiem, jakie są dane statystyczne dotyczące „odpadu naturalnego” jednostek wyjątkowo odpornych na wiedzę. Autor przedstawia w swojej książce takie przykłady, kiedy zagwarantowanie dziecku pełnej autonomii i samodzielności wyborów doprowadziło do opłakanych skutków.
Wśród dzieci „świeżych” imigrantów, szczególnie nastolatków górę bierze chęć życia na poziomie norweskim, którego rodzice na dorobku, często słabo znający język i pracujący poniżej kwalifikacji najzwyczajniej w świecie nie są w stanie im zapewnić.
Zaczyna się od wstydu, że jest się znacznie biedniejszym od koleżanek i kolegów, że rodzice wykonują najprostsze prace, a także właśnie marnej znajomości języka norweskiego, którego znajomość jest jedyną szansą na poprawienie swojej sytuacji materialnej.
Dzieci, poza naturalną większą chłonnością umysłu niż u osób starszych, przebywają w środowisku norweskojęzycznym w szkole, przez co bariera językowa jest przełamywana w bardzo krótkim czasie.
Dodatkowo- młodzi ludzie z reguły bardzo szybko adaptują się do nowych warunków.
Dlatego łatwo mogą ulec pokusie, niczym doktor Faust, podszeptom że w bardzo prosty sposób mogą poprawić swoją sytuację życiową i już nie będzie dla nich problemem brak najnowszego Iphone`a czy najmodniejszych ciuchów oraz życie, gdzie „Starzy” nie narzucają żadnych ograniczeń.
A do tego wystarczy nawet mniej, niż podpisanie cyrografu własną krwią. Wystarczy, że powiedzą w szkole, że rodzice krzyczą, ograniczają lub w skrajnych przypadkach – stwierdzenie, nawet zupełnie fałszywe, że są bite lub głodzone.
Innym przypadkiem są sytuacje, gdzie faktycznie mimo tego, że rodzicom (gównie matkom) wydaje się, że wiedzą, co dla ich dzieci jest najlepsze,  rzeczywistość wygląda zgoła odmiennie.
Książka szalenie wyważona, pokazująca zarówno błędy popełniane przez instytucje państwowe, jak i samych rodziców czy opiekunów. Jednym z takich przypadków jest Beata – matka Marcelinki.
Dlatego warto z uwagą przeczytać tę książkę, szczególnie, kiedy przyjdzie Wam do głowy emigracja z dziećmi do Norwegii.

Tytuł: Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym
Autor: Maciej Czarnecki
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: październik 2016
Liczba stron: 204

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...