5/15/2017 11:37:00 AM

Polacos. Chajka płynie do Kostaryki - Anna Pamuła

Polska w latach 30-tych ubiegłego wieku nie była miejscem łatwym do życia. Mimo tytanicznej pracy, jaką wykonali nasi przodkowie sklejając w jedną całość trzy kawałki Ojczyzny, w których przez 123 lata obwiązywały dwa różne języki, trzy systemy prawne, skarbowe, miary czy wagi 
nadal wszechobecne było poczucie niepewności granic. Kraj był skrajnie zdewastowany i  rozszabrowany przez wędrujące tam i z powrotem armie – często głodne i zdemoralizowane. Dodatkowo Polska była silnie zróżnicowana etniczne. Aktualnie mamy ogromny komfort homogeniczności – Polacy stanowią w Polsce  97,09% populacji, a tylko 1,55% obywateli deklaruje się jako osoby innej narodowości. Dla porównania – jako etniczni Polacy w 1931 roku deklarowało się tylko niecałe 69% mieszkańców Polski.
Bieda, rozwarstwianie społecznie, bardzo zróżnicowany poziom wykształcenia (u progu niepodległości sytuacja w szkolnictwie powszechnym była zróżnicowana w zależności od regionu) sprzyjały konfliktom. 

Jesteśmy wyjątkowo dziwną nacją, skoro nawet teraz potrafiliśmy podzielić się na dwa wzajemnie nienawidzące się plemiona. Do tego, aby się zwalczać i znajdować „w siódmym niebie nienawiści” jak śpiewa Janusz Panasewicz z „Lady Pank” nie potrzebujemy Żydów, Niemców czy Ukraińców. Nasi przodkowie mieli pod tym względem jeszcze większy „komfort”,  wszystkie wymienione nacje żyły w granicach II RP.  
Dlatego z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem reportaż Anny Pamuły, która podjęła się prześledzenia losów diaspory polskich Żydów w Kostaryce, kraju nawet teraz dość egzotycznym i tak naprawdę mało znanym.  
Co skłoniło ich do wyjazdu z Polski jeszcze przez wybuchem II Wojny Światowej? Jak się tam odnaleźli, czy odnieśli sukcesy i jakie są ich wspomnienia wobec „starego kraju”? 

Na pierwsze pytania odpowiedzi są takie, jakich udziela, udzielało, a pewnie i udzielać będzie w przyszłości wielu Polaków. Wyruszyli w poszukiwaniu lepszego życia w Ameryce, ale że ta wymarzona Ameryka była dla części z nich niedostępna, a jedynym krajem dającym jakieś perspektywy była Kostaryka – to tam się osiedlili. Potomkowie „Polacos” w znacznej części zrobili kariery zarówno w nauce, biznesie, jak i w polityce. Jednak o Polsce, szczególnie ci, którzy z niej wyjechali ponad 70 lat temu, mają jak najgorszą opinię. Za antysemityzm, nienawiść itp. Szczerze mówiąc w takich sytuacjach zaczyna się we mnie budzić radykalny patriota, mimo, że zgadzam się z diagnozą Marszałka Piłsudskiego, że„Polacy to wspaniały Naród, tylko ludzie qrvy” 

Pewne pytania, które zadają bohaterowie tej opowieści, są w mojej opinii bardzo tendencyjne np. dlaczego poszczególni Polacy, jakich spotkali na swojej drodze życiowej zrobili im taką czy inną krzywdę. Było i o przedwojennych antysemitach, wojennych szmalcownikach i innych upiorach przeszłości. W takich sytuacjach ja też zaczynam stawić pytania: czy tylko Polacy byli w latach 30-tych antysemitami? Nie chodzi mi bynajmniej o niemiecką III Rzeszę, ale o cudowną Francję, gdzie w przeciwieństwie do Polski za pomoc Żydom nie trafiało się pod ścianę, a jedynie narażało na areszt lub grzywnę. Jednak francuskich „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata” jakoś zbyt wielu na tablicach w Yad Vashem nie widać.  W Stanach Zjednoczonych antysemityzm też miał się znakomicie. 
Co zrobili Amerykanie i amerykańscy Żydzi z raportem Jana Karskiego „The Mass Extermination of Jews in German Occupied Poland” z 1942 roku?
Kto pomagał NKWD polować na przedstawicieli polskiej inteligencji na terenach zagarniętych przez ZSRR w 1939 roku? Kim byli powojenni oprawcy tacy jak Mieczysław Mietkowski (Mojżesz Bobrowicki), Salomon Morel, Roman Romkowski (Natan Grynszpan-Kikiel), Józef Różański (Goldberg)  czy dyrektor Departamentu V MBP Julia Brystiger?
Dlaczego Żydzi łatwiej wybaczyli Niemcom (zdarzają się przenosiny z Izraela do Niemiec na podstawie pochodzenia dziadków czy pradziadków) i raczej nie usłyszymy za dużo o antysemickich ekscesach w USA w latach 30-tych.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego to Polska i Polacy robią za „czarnego luda” jest w tym przypadku dość prosta. To wyrzuty sumienia, że sami przeżyli, a nie uratowali członków swoich rodzin. Łatwiej przecież jest znaleźć winnych gdzie indziej. 

Czy nam się to podoba czy nie,  jesteśmy ze sobą zżyci i ponad 500 lat wspólnej historii nie da się wymazać. W Polsce Chajka mogła być Chajką, a w Kostaryce już zmieniła się w Oliwię. Dlaczego? Tam zdecydowanie szybciej następowała asymilacja, do której w Polsce ani nie zmuszano, ani nawet nie zachęcano. I może dlatego tyle w nas wzajemnych żali i pretensji? Wiadomo, że im bardziej kogoś kochaliśmy, tym silniejsza może być nienawiść. W stosunku do ludzi obojętnych jesteśmy bardziej tolerancyjni,  bo niewiele nas obchodzą. Mam nadzieję, że przyjdzie w końcu taki czas, kiedy zapomnimy i szczerze wybaczymy sobie przeszłość i wzajemne urazy, a wykorzystamy dla wspólnego dobra to, co nas przez kilkaset lat łączyło.

Tytuł: Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Autor:
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania drugiego: kwiecień 2017
Liczba stron: 208

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2016 To czytają Saudyjskie Wielbłądy , Blogger