wtorek, 18 października 2016

Mundur - Marek Ławrynowicz

W zamierzchłych czasach PRL-u funkcjonował powszechny, obowiązkowy pobór do wojska.
Prowadziło to do kuriozalnej sytuacji, gdzie „dzielnymi obrońcami Ojczyzny”, często – gęsto zostawali osobnicy całkowicie nie przystosowani mentalnie i fizycznie do pełnienia tej zaszczytnej funkcji. W przeciwieństwie do armii zawodowej i ochotniczej trafiało tam mnóstwo ludzi, którzy wcale nie chcieli tam trafić.
Owszem, wojskowym prusko - radzieckim drylem można było znakomitą ich część przerobić na wyrób żołnierzopodobny. Zdarzały się jednak i jednostki absolutnie niereformowalne.
Można je podzielić dwie kategorie: kompletni kretyni, których nawet mocno nieskomplikowane, pod względem oczekiwań w kwestii samodzielnego myślenia, życie w koszarach i tak przerastało lub wszelkiego typu intelektualiści, poeci czy inna pacyfistyczna „swołocz”.
Z tymi pierwszymi nie było większego problemu, bo zawsze jest w wojsku jakaś robota nie wymagająca geniuszu, tylko silnych mięśni i tępego posłuszeństwa.
Z tymi drugimi Ludowe Wojsko Polskie miało nielichy kabaret.
Najczęściej do służby zasadniczej trafiali ludzie, którym nie powiodło się na egzaminach maturalnych lub wylecieli z jakiś powodów ze studiów.
Kolejną kategorią intelektualistów byli absolwenci wyższych uczelni, zwani „bażantami". W wojsku mieli odbyć szkolenia lub kursy oficerskie. W czasie studiów uczestniczyli w niezapomnianych zajęciach zwanych Studium Wojskowym, gdzie jako wykładowcy trafiał najgorszy "odpad atomowy" jaki miało do zaoferowania Ludowe Wojsko Polskie. Z nieznanych do dziś przyczyn byli to ci, którzy podpadli do tego stopnia, że trzeba ich było usunąć z widoku, a jednocześnie ze względu na wcześniejsze zasługi wywalić ich z MON-u nie chciano.
Paweł Zabłocki, bo tak nazywa się nasz bohater (a wygląda na alter ego Autora), jest właśnie przykładem antytezy wojownika.
"Mundur" to powieść o zupełnie nieprzystosowanym do życia w koszarach poecie, który zaliczył Studium Wojskowe na polonistyce, a później via ZMECH (czyli Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych im. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu) jako najgorszy absolwent kursu w stopniu starszego szeregowego trafia do regularnej jednostki. Być najgorszym w ZMECHU to duże wyzwanie, bo wśród oficerów z tamtego czasu nazwanie kogoś „zmecholem” było powodem do solidnego mordobicia.  „Zmechol” był synonimem tępego i niedouczonego łosia.
Pewnie jest to opinia krzywdząca dla wielu absolwentów tej uczelni, ale nic nie poradzę, że taką mają. To trochę jak z przedwojennymi żurawiejkami na 15 Pułk Ułanów Poznańskich.
W jednej to:
 „Ostróg brzęk w Poznaniu dzwoni, 
To z piętnastki są czerwoni”
ale już w innej, niezbyt przychylnej:
„Po Poznaniu dupą szasta
To z "piętnastki" pederasta."
Tylko i wyłącznie, dzięki temu że Paweł Zabłocki napotyka w jednostkach ludzi przyzwoitych – zarówno kolegów, jak i kadrę oficerską (choć w większości to lenie i pijacy), jakoś udaje mu się przeżyć ten czas w miarę bezstresowo.
Dla tych, którzy mieli okazję znaleźć się w tamtych czasach w szeregach Ludowego Wojska Polskiego to znakomita okazja do wspomnień. Z łezką w oku przypomną sobie własne perypetie w tym "niezorganizowanym bałaganie" i  wrócą na chwilę do czasów młodości. Kiedyś nazwałem LWP „burdelem” na co mój osobisty wujek – pułkownik strasznie się oburzył, twierdząc, że "w burdelu to każdy wie, co, z kim i za ile, a wojsku to już niekoniecznie"
Dla tych Czytelników, dla których świat bez galerii handlowych i Internetu jest równie odległy jak czasy Mieszka I czy dinozaurów – ta książka to niezła lekcja historii, a zarazem "instrukcja obsługi rodziców". Pomoże tej młodszej generacji lepiej zrozumieć, dlaczego my (z Waszego punktu widzenia – obiekty muzealne)  mamy czasami specyficzne poczucie humoru :-D

Tytuł: Mundur
Autor:
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania polskiego:  wrzesień 2016
Liczba stron: 304

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...