piątek, 23 grudnia 2016

Złamane skrzydła. Życie i sława Manfreda von Richthofena - Alicja Sułkowska

Manfreda von Richthofena nazywano „Czerwonym baronem”, bynajmniej nie dlatego, że był oczarowany przemyśleniami Marksa, Engelsa czy Lenina.
Taki pseudonim nadano mu, od czasu, kiedy zaczął malować swoje samoloty bojowe na ten właśnie kolor. Na początku tylko pewne elementy, później już czerwone były całe maszyny z najsławniejszym samolotem I Wojny Światowej, którym był jego Fokker.
W tej bardzo rzetelnie udokumentowanej pozycji poznacie historię znakomitego dolnośląskiego rodu, którego zasługi, za które otrzymał tytuł szlachecki i nazwisko rodowe nie były typowymi.
To nie pruscy junkrzy, którzy do godności i ziem dochodzili poprzez nadania za udział w wojnach.
W XVI wieku pierwszą osobą o tym nazwisku (a właściwie herbie, bo rodowe nazwisko w obecnej formie przybrał dopiero jego syn) był Paulus Schultze. Z urodzenia – syn browarnika, a wnuk burmistrza Bernau. Wykształcony na uniwersytecie we Frankfurcie, zajmował się rozwojem edukacji, początkowo w Brandenburgii, skąd pochodził a w z czasem – również na terenie całych Niemiec. Miał niebagatelny wpływ na założenie szkoły w Halle, był nauczycielem i wychowawcą synów elektora brandenburskiego Joachima II Hektora. Zajmował się drukiem ksiąg historycznych, i finansował restaurację najpiękniejszych i najstarszych płyt nagrobnych na cmentarzu w Halle. Jego potomkowie również byli głownie uczonymi i prawnikami, dopiero w wieku XIX von Richthofenowie poczuli zew wojowników. Ojciec Manfreda był majorem we wrocławskim (Śląskim) Przybocznym Pułku Kirasjerów Wielkiego Elektora. Nasz bohater miał dwóch braci oraz siostrę.
Matce, która wychowywała swoje potomstwo w duchu wielkiej swobody, ale z jednoczesnym oczekiwaniem od nich odpowiedzialności za własne czyny, Manfred zawdzięcza pewne cechy, które w późniejszym czasie wyniosły go na piedestał. Znakomite relacje z rodzeństwem i generalnie serdeczna, ciepła atmosfera pozwoliły mu osiągnąć poziom dojrzałości już w bardzo młodym wieku. Rodzinnym hasłem było ”Manfred ma zawsze rację” bo rodzice zwykli zasięgać rady u swoich dzieci, a nad wyraz rozwinięty jak na swój wiek najstarszy syn był uważnym obserwatorem i jego opinie często znajdowały potwierdzenie w zaistniałych później sytuacjach.
Szkoły (obowiązkowo wojskowej) nie lubił, wychodził z założenia, że należy uczyć się tylko tyle, żeby się go nikt nie czepiał. W późniejszych czasach fakt ten próbowano ukrywać, gdyż bohater narodowy nie mógł mieć takiej skazy.
Małomówny, nie pijący i z rzadka palący uznawany był przez otoczenie za mruka i ekscentryka. Jednak przez najlepszych przyjaciół, którzy znali te cechy jego charakteru, był ceniony i lubiany.
Służba w kawalerii nie dawała mu takiej satysfakcji, na jaką liczył. Zmęczony nieco, a przede wszystkim znudzony służbą jako oficer ordynansowy 1 Pułku Ułanów poprosił o przeniesienie do lotnictwa na początku 1915 roku. Tak zaczyna się wielka kariera jednej z legend światowego lotnictwa myśliwskiego. As myśliwski, pogromca 80 pilotów alianckich, znakomity taktyk i dowódca. Jeden z ostatnich wielkich wojowników, bo był to czas, w którym piloci myśliwscy obu stron konfliktu traktowali się z niezmierną atencją i szacunkiem. Przykładem niech będzie cytat z innego sławnego pilota Oswalda Boelcke, asa lotniczego z 40 zwycięstwami na koncie. Cytat pochodzi z książki, ale jest tłumaczeniem wywiadu udzielonego przez porucznika Oswalda Boelcke... amerykańskiemu dziennikarzowi Howardowi Bayardowi Swope
” …Gdy pogratulowałem mu odwagi i dotychczasowych dokonań, zapytałem, ilu z jego dwudziestu przeciwników przeżyło
- Niestety, tylko dwóch. Wszyscy walczyli tak dzielnie, źle się czułem patrząc na ich porażkę. Wydaje mi się, że większość zginęło od strzałów albo w wyniku uderzenia o ziemię. Tylko jeden Anglik i jeden Francuz przeżyli, wszyscy inni zginęli za ojczyznę…”
To nie był wywiad robiony „pod publiczkę”, Oswald Boelcke odwiedzał zestrzelonych pilotów alianckich w szpitalach i autentycznie interesował się ich losem. Kiedy zginął w wypadku alianccy lotnicy zrzucili wieniec z przeprosinami, za to, że zrobili to tak późno, ale pogoda uniemożliwiała im loty. Do wieńca dołożyli wyrazy współczucia dla kolegów - pilotów i jego rodziny.
Taki właśnie człowiek ukształtował Manfreda von Richthofena jako pilota i wojownika.

Pewnie dlatego, że Manfred pożył nieco dłużej i miał więcej zestrzeleń niż Boelcke, został ikoną pilotów myśliwskich wszystkich stron konfliktu. Taktyki, fachu i pewnych zachowań, które bez patosu można nazwać rycerskimi uczył się od swojego pierwszego dowódcy, od momentu rozpoczęcia kariery pilota myśliwskiego.
Książka bardzo ciekawa, napisana z wykorzystaniem źródeł, bez silenia się na używanie fachowego lotniczego języka. Czyta się prędko i jest świetnym źródłem informacji nie tylko o samym von Richthofenie, ale i o tym, jak wyglądały czasy kiedy honor żołnierski był czymś więcej niż tylko pustym sloganem.

Postać Autorki też jest niesamowita. Długo nie byłem w stanie uwierzyć, że tak solidną pozycję napisała osoba tak młoda. Uważałem, że jakiś chochlik drukarski musiał  poprzestawiać cyferki w notce biograficznej pani Alicji. Bo jak to możliwe, że dziewczę lat osiemnastu, napisało tak dojrzałą pozycję?
Jednak z poszukiwań w Internecie wynika, że faktycznie pani Alicja może być w tym wieku. Jeżeli tak, to spokojny jestem o kondycję dzisiejszej młodzieży, na którą od tysiącleci narzekają różne „chrupki” lub „eksponaty, które bryknęły z muzeum” do których z racji swego dostojnego wieku, sam się już niestety zaliczam.
Czekam niecierpliwie na kolejne książki Alicji Sułkowskiej i gratuluję Jej świetnej realizacji pomysłu na popularyzację w polskiej literaturze tego nietuzinkowego oficera Deutsche Luftstreitkräfte.


Tytuł: Złamane skrzydła. Życie i sława Manfreda von Richthofena.


Autor: Alicja Sułkowska
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 443
Data wydania:  2016


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...