środa, 29 lipca 2015

"Ski" - Polak w amerykańskim mundurze

Poniżej troszkę informacji o współautorze książki "Porucznik SKI  - US Army & 15/6" (tytuł książki najprawdopodobniej będzie zmieniony na "Afganistan. Dowódca plutonu")
Cytuję za:  Newsweek

"Ski". Niezwykły sukces Polaka na emigracji
Rafał Stachowski wyjechał z Polski gdy miał 16 lat. Wybrał jeden z najtrudniejszych zawodów na świecie. Jego opowieść to dowód na to, jak wielki sukces można osiągnąć. Były jednak sytuacje, w których włos jeżył mu się na głowie.
"Śladami Konkwistadorów" to dość niespotykany blog. Prowadzi go "Major Ski", czyli mjr Rafał Stachowski, który sam pisze o sobie, że jest "Polakiem w amerykańskim mundurze". Ma 37 lat, urodził się w Warszawie, ale w 1991 roku, wraz z rodziną, wyjechał do Stanów Zjednoczonych – do Chicago. To właśnie w Ameryce spełnił swoje największe marzenie – został żołnierzem.

Mocny polski głos z frontu
- Od dziecka pisałem pamiętniki. Ten blog to po prostu taki pamiętnik. A że moją pasją jest wojsko i że moje życie jest w większości wojskowe, to i blog jest wojskowy – mówi major w rozmowie z Onetem. A skąd nazwa bloga? - Region świata, który mnie fascynuje najbardziej, to Ameryka Łacińska. Ten blog powstał tak naprawdę po to, by udokumentować moją podróż w tamte rejony. W 2005 roku odbyłem jednak podróż nie do Ameryki Południowej, lecz do Japonii, ale blog pozostał – podkreśla mjr Stachowski.

"Śladami Konkwistadorów" to niezwykła wojskowa kronika pisana przez Polaka służącego od lat w armii Stanów Zjednoczonych, zaskakująca ze względu na swoją tematykę. A jej pisanie, z uwagi na kontrowersje często towarzyszące służbie wojskowej, wymaga także sporej odwagi – tym bardziej, że wojskowy nie waha się opisywać swoich wątpliwości czy dzielić się osobistymi przemyśleniami na temat dramatycznych sytuacji. Blog majora Stachowskiego to mocny "głos z frontu", w plastyczny sposób przedstawiający realia służby w amerykańskiej armii.
Bycie żołnierzem to powołanie wymagające nieraz wielu wyrzeczeń. Ale zrealizowanie marzenia, jakim jest służba w siłach zbrojnych, rekompensuje wszystkie trudne chwile, podporządkowane jego spełnieniu. Droga prowadząca do tego celu jest bardzo wyboista, o czym świadczą wpisy majora. To dlatego na jego blogu nie ma "owijania w bawełnę", a słowa często są mocne – tak jak przecież sama tematyka "Konkwistadorów".

Największe marzenie majora Stachowskiego
Jak zaczęła się kariera wojskowa majora Stachowskiego? W 1991 roku, w wieku 16 lat, wyjechał, wraz rodziną, do Chicago. O służbie w armii marzył od dziecka, ale sądził, że to marzenie w USA się nie spełni. Ale losy potoczyły się zupełnie inaczej, gdy do jego szkoły przyszło dwóch żołnierzy – zawodowych rekruterów. Zielona karta wystarczyła, by zostać żołnierzem Gwardii Narodowej, czyli rezerwy amerykańskiej armii.
Stachowski wspomina, że egzamin wstępny do wojska zdał na "trzy z dwoma". - 31 punktów na tym egzaminie równa sie oblaniu go. Ja miałem tych punktów 32. Kwalifikowałem się na piechotę i kwita – podkreśla. Kilka miesięcy później "Ski" przeszedł tzw. unitarkę, czyli podstawowy kurs żołnierski. "Dwa miesiące prawdziwego wojskowego wycisku. Dostałem w kość, nie powiem. Jednak po zakończeniu unitarki wróciłem dokończyć liceum, służąc jednocześnie jeden weekend w miesiącu w mojej nowej jednostce Gwardii" – wspomina.
Jak jednak dodaje, w Gwardii przeżył prawdziwe rozczarowanie, ponieważ składała się ona w większości z podtatusiałych 40-latków "bawiących się w harcerzy". Jednak, dzięki tej służbie, "Ski" zapisał się na studia, a także, na kurs oficerski. "W Polsce, po podstawówce, z trudnością dostałem się do zawodówki ślusarskiej, o studiach nawet nie marzyłem. Tutaj, dzięki ciężkiej pracy, w obcym języku, skończyłem LO z wyróżnieniem, amerykański odpowiednik matury zdałem na czwórkę, więc mogłem bez problemu dostać się na uniwersytet… Pomyślałem sobie, Gwardia zapłaci, więc czemu nie spróbować?" – napisał na blogu.
Stachowski naukę w Northern Illinois University przerwał, gdy zdecydował się wstąpić do regularnej armii. "Ski" rozpoczął służbę w 101. Dywizji Powietrzno-Desantowej. Po trzech latach wrócił jednak na studia, które skończył z wyróżnieniem. - Zawsze interesowały mnie przedmioty humanistyczne. Studiowałem rusycystykę i iberystykę - mówi. Po studiach wrócił do służby czynnej już jako oficer. Został dowódcą plutonu w 25. Dywizji Piechoty na Hawajach. Z tą jednostką wysłano go na rok wojny do Afganistanu, następnie, przez półtora roku, pracował jako oficer rozpoznania w Bagdadzie w ramach Wielonarodowej Dywizji w Iraku. Trzy lat temu został dowódcą kompanii werbunkowej w New Jersey.

"Hobby" wojskowego bloggera
Major Stachowski podkreśla, że bloga prowadzi, by podzielić się swoją pasją z innymi. Zaprzecza jednocześnie, jakoby jego blog miał charakter propagandowy. W 2010 roku napisał wprost, że rekrutacja nie jest celem bloga, bo "jako dowódca kompanii rekrutacyjnej naprawdę nie muszę nikogo osobiście zaciągać do wojska – od tego mam prawie pół setki podoficerów".
Wojskowy podkreślił jednocześnie, że "… nie pogardzi nikim, kto po przeczytaniu moich przygód postanowi sam pójść w moje ślady, ale zaznaczam, że rekrutowanie Rodaków do US Army jest raczej moim hobby, niż celem życiowym".

Zdjęcie pochodzi z bloga "Śladami Konkwistadorów"

Porucznik SKI - US Army & 15/6 – (roboczy tytuł książki, której jeszcze oficjalnie nie ma :-)

Dzięki mojemu uporowi oraz konsekwencji, przez niektórych nazywanymi „upierdliwością i marudzeniem” udało mi się dopaść kolejną powieść Władysława Zdanowicza.
Zdobycz jest tym cenniejsza, że jak na razie występuje jedynie w rękopisie (tak naprawdę to w „wordopisie”) ale kto by tam zwracał uwagę na takie detale :-D
Współautorem jest Rafał Stachowski, protoplasta porucznika Ski, którego przeżycia z pobytu w Afganistanie w latach 2003/2004 poznajemy na kartach książki.
Zapewne zadajecie sobie pytanie, czym jest owe 15/6 z tytułu książki, z którym to por. Ski musiał się osobiście zmierzyć ? Najkrócej mówiąc, jest jedna z procedur armii amerykańskiej.
Żeby jednak niczego nie pokręcić posłużę się cytatem z książki:

„…Nim zaczniemy opowiadać historię dowódcy plutonu, porucznika Ski, którego prawdziwe nazwisko z oczywistych powodów powinno zostać tajemnicą, należy się czytelnikowi małe wyjaśnienie, dotyczące owego symbolu 15/6, znajdującego się w tytule.
Większość państw na świecie działa według zasad prawa, które zostało ustanowione po to, by każdy obywatel wiedział, co jest dozwolone, a czego unikać, aby nie został ukarany w imieniu sprawiedliwości. Ponieważ część obywateli podejmuje służbę w armii, do tego często stacjonującej poza granicami państwa, a także bierze udział w konfliktach zbrojnych, prawnicy musieli stworzyć dla nich osobny zbiór przepisów, przewidujący sytuacje, do jakich może dojść podczas wykonywania służby, a które nie zostały uwzględnione we wcześniej przygotowanych kodeksach sporządzonych dla cywili. Dlatego każda armia na świecie ma system prawny, który dokładnie określa, co grozi żołnierzowi w przypadku przekroczenia owych przepisów i jakie czekają go konsekwencje.
Zanim jednak dojdzie do aresztowania i postawienia żołnierza US Army przed sądem wojskowym, decyzję o takim trybie postępowania musi podjąć wyższy oficer, będący przeważnie jego przełożonym. Zdarzają się bowiem wykroczenia i przewinienia, które z oczywistych powodów nie wymagają oddania sprawy pod decyzję sądu wojskowego. Dlatego, aby uchronić podatnika USA przed niepotrzebnymi kosztami, każdy dowódca batalionu może skorzystać z prawa do wyjaśnienia sprawy, zlecając przeprowadzenie śledztwa, czy popełniony czyn jest karalny według Wojskowego Kodeksu Sprawiedliwości (Uniform Code of Military Justice), czyli UCMJ. Prowadzenie takiego śledztwa odbywa się według sztywnego protokołu opisanego w regulaminie prawnym Army Regulation 15/6: Investigation Guide, co na polski można przetłumaczyć jako Regulamin wojskowy numer 15/6, czyli zasady wstępnego śledztwa dotyczącego domniemanego przestępstwa. Polega to na tym, że wobec niejednoznacznych dowodów winy dowódca zleca oficerowi ze swojego sztabu (w tym przypadku wykształcenie prawnicze nie jest wymagane) podjęcie nieformalnego wstępnego śledztwa. Wyznaczony oficer ma przeważnie dwa tygodnie czasu, aby przekazać swoje ustalenia do rąk dowódcy w formie pisemnej, wraz ze wszystkimi zgromadzonymi podczas śledztwa dowodami.
Ponieważ każda armia kocha, a wyżsi oficerowie szczególnie, wszelkiego rodzaju papiery, które w przypadku kłopotów mają zabezpieczyć ich tyłki, to nie tylko korzystają z prawa do śledztwa 15/6, ale wręcz go nadużywają, często wszczynając śledztwa z błahych powodów. Przeprowadzenie takiego śledztwa jest czasochłonne, ponieważ oficer prowadzący śledztwo musi przeczytać tony przepisów, a do swojego meldunku dołączyć protokoły z przeprowadzonych przesłuchań oraz opisy wizji lokalnych, w których brał udział. Dobre śledztwo wymaga naprawdę dużo pracy, dlatego nie dziwi, że do jego przeprowadzenia często wyznaczani są oficerowie niezbyt lubiani przez swojego dowódcę czy jego adiutanta.
Głównym celem śledztwa 15/6 jest oczywiście ustalenie winnego. Jednak prawdziwym powodem wykorzystywania tego paragrafu wśród dowódców jest zupełnie prozaiczny. Otóż po zgromadzeniu odpowiednich dokumentów zawsze mogą twierdzić, iż postąpili zgodnie z regulaminem i nikt nie może im zarzucić niedopełnienia obowiązków w wyjaśnieniu sprawy. Z punktu widzenia przepisów rzeczywiście wykonali to, do czego byli zobowiązani I w każdej chwili mogą się na to powołać, wskazując na przeprowadzone śledztwo 15/6 w konkretnej sprawie….”
Tyle tytułem wprowadzenia, które może jest dość długie, ale dzięki temu łatwiej wejdziecie w klimat tej opowieści i problemów z którymi wyznaczony przez dowódcę 2 Batalionu 35 Pułku 25 Dywizji Piechoty podpułkownika George McBride”a oficer będzie musiał się zmierzyć.
Podpułkownik McBride śladem swoich przodków chce zostać generałem US Army, aby najwyższym stopniem wojskowym zwieńczyć swoją karierę.
Ów podpułkownik najbardziej dumny był ze swojego wielokrotnego „pra” dziadka - admirała w służbie Jego Królewskiej Mości, który przeniósł się do kolonii amerykańskich i z którego to portretem podpułkownik McBride wędruje przez cała swą wojskową karierę od czasów West Point.
Drugi „pra” był generałem Armii Południa, jednak ze względów zdrowotnych i zimnej kalkulacji zakończył karierę przed oficjalnym nadaniem generalskich szlifów, a to z kolei zostało zapamiętane przez dowódców Armii Stanów Zjednoczonych, którym odmówił, gdy wezwano go do czynnej służby.
To zdarzenie zaważyło na losach kolejnych pokoleń rodziny McBride, których przedstawiciele, mimo ukończenia West Point nigdy nie awansowali powyżej stopnia pułkownika, co jak wszyscy uważali zawdzięczają temu, że ich przodek odmówił służby w US Army w okresie wojny secesyjnej.
Podpułkownik McBride, będąc człowiekiem ostrożnym i dobrze ustosunkowanym, "posiadając" ponadto małżonkę znającą reguły gry i przyjaźniącą się z odpowiednimi do zapewnienia awansu męża oficerami, miał wreszcie duże szanse na upragniony awans. Jednak nad kolejnym stopniem w drodze do pierwszej gwiazdy mogły się pojawić czarne chmury.
Otóż na biurko naszego dzielnego podpułkownika trafił raport Criminal Investigation Division informujący o tym, że ”w przesyłce porucznika Ski, dowódcy plutonu kompanii Charlie, znaleziono niezinwentaryzowany pistolet” .
Sprawa to mogła doprowadzić do bardzo nieprzyjemnych konsekwencji. Gdyby bowiem porucznik Ski został uznany winnym próby przemytu broni palnej do USA to podlegało to pod odpowiedni paragraf karny i mogło także źle wpłynąć na karierę wojskową jego przełożonego.
Taki pasztet mógł poważnie zaszkodzić karierze podpułkownika - jeżeli nie potrafi zapanować nad niesubordynowanym lub pechowym porucznikiem to automatycznie jego awans mógł zostać wstrzymany.
Skłoniło to doświadczonego „biurowego wojownika” do zabezpieczania swoich bezcennych czterech liter poprzez przeprowadzanie tytułowego dochodzenia 15/6. Oczywiście nie osobiście, bo takie działanie jest poniżej godności i pozycji pana podpułkownika.
Dlatego deleguje to zadanie kapitanowi Davidowi Fairly, powracającemu do służby ze szpitala, gdzie leczył rany odniesione po najechaniu na IED czyli zywaną „Ajdikiem” minę wykonaną chałupniczym sposobem przez talibów. Wspomniany oficer chce wrócić do swojej kompanii, jako oficer bojowy, ale wola dowódcy jest święta i będzie miała niebagatelny wpływ na jego dalszą karierę.
Smaczku dodaje śledztwu to, że por. Ski pochodzi z Chicago, podobnie jak Fairly. Niby nic szczególnego – zdarza się przecież, że ludzie pochodzą z tego samego miasta, ale….. brat kapitana Fairly został zastrzelony przez polskiego właściciela sklepu, kiedy dokonywał nań napadu.
Dodatkowo, kapitan Fairly jest Murzynem, a stosunki między czarnoskórymi i Polakami w Chicago bywają napięte.
Jak potoczyły się losy Ski i kapitana ?
To już musicie przeczytać sami :-P
Książka napisana jest bardzo przyjaznym językiem i utrzymuje w napięciu, ale u Zdanowicza to przecież norma :-)
Ważne jest to, że możemy zajrzeć za kulisy „najlepszej armii świata” i pojąć skąd pewne paskudne nawyki pojawiły się w armii „najważniejszego sojusznika Stanów Zjednoczonych w Europie”.
Ciekawe są również stosunki panujące w US Army pomiędzy poszczególnymi „kastami” (czyli oficerami, podoficerami i żołnierzami) oraz pomiędzy oficerami- absolwentami West Point a tymi oficerami, którzy owej uczelni nie kończyli.
Dowiecie się też, jak wygląda kuchnia planowania operacji bojowych, gdzie jeśli realia nie przystają do założeń oficerów sztabowych, to tym gorzej dla rzeczywistości.
Owszem, możecie znaleźć takie informacje u innych pisarzy takich jak np. W.E.B. Griffin, ale Rafał i Władysław nie idealizują US Army jak robią to pisarze amerykańscy.




poniedziałek, 27 lipca 2015

"Łzy księżniczki" - Konkurs !

Wraz z Wydawnictwem „Znak” mamy przyjemność zaprosić Was do udziału w konkursie, w którym nagrodami będą książki Jean Sasson
„Łzy Księżniczki. 
Moje życie w najbogatszym i najbardziej opresyjnym królestwie świata”

Aby wziąć udział w konkursie należy:
  1. polubić i udostępnić strony facebookowe blogów To czytają Saudyjskie Wielbłądy oraz W pustyni bez puszczy czyli Arabia Saudyjska oczami Polaka (nieobowiązkowe)
  2. dołączyć do obserwatorów wyżej wymienionych blogów (nieobowiązkowe)
  3. odpowiedzieć na poniższe pytania konkursowe:
    • Czy muzułmanom wolno jeść wieprzowinę ?
    • Kto jest naczelnym przywódcą wszystkich Beduinów ?
    • Arabia Saudyjska zwróciła się do Polski z prośbą o udostępnienie pamiętników jednego z Polaków. Kto jest autorem tych pamiętników ?
    • Arabia Saudyjska posiada bogate złoża żelaza, jak wysokie jest wydobycie ?
    • Jaki kolor mają środki publicznej komunikacji miejskiej w Arabii Saudyjskiej?

Odpowiedzi wraz z nickiem lub imieniem autora prosimy przesyłać do dnia 7 sierpnia na adres lzyksiezniczki@gmail.com
Wśród Autorów prawidłowych odpowiedzi  rozlosujemy łącznie 5 książek, które Wydawnictwo „ZNAK” prześle na wskazane przez Nich adresy.

Pytania konkursowe zostały opracowane przez Lulu, za co Jej bardzo serdecznie dziękujemy :)
Konkurs jest ogłoszony jednocześnie na trzech naszych blogach oraz na Facebooku.


niedziela, 26 lipca 2015

„Łzy księżniczki” Jean Sasson – książka inna, niż myślisz

Kilka dni temu Wydawnictwo „ Znak” zwróciło się do nas z prośbą o recenzję książki.
Duma mnie zaczęła rozpierać, że tak szacowne wydawnictwo, prosi nic nie znaczącego bloggera o opinię. Mina mi jednak zrzedła, gdy usłyszałem tytuł - „Łzy księżniczki” z leadem „Moje życie w najbogatszym i najbardziej opresyjnym królestwie świata”.
Pomyślałem sobie złośliwie, że gdyby się szacowna księżniczka wybrała do Afganistanu, Mali czy kraju chyba dla żartu nazwanego Demokratyczną Republiką Konga, to może by zmieniła zdanie na temat opresyjności państwa.
Jednak po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że może mieć rację, bo wyżej wymienione kraje to nie są monarchie tylko (znowu żarcik) - „republiki”, a na tle pozostałych monarchii, Arabia Saudyjska faktycznie jest dość restrykcyjna w stosunku do swoich obywateli.
Okładka w połączeniu z tytułem wskazywać może na kolejną łzawą historyjkę pokroju „jestem bogata, ale pieniądze szczęścia nie dają”. W tym miejscu moja wrodzona złośliwość nakazuje mi dodać „– dopiero zakupy" – jak to swego czasu genialnie spuentowała Merlin Monroe.
Nie pasowało mi tylko jedno - mianowicie to, kto tę książkę wydał.
Tak jak napisałem powyżej, "Znak" jest zbyt znamienitym wydawnictwem, żeby zdecydować się na firmowanie trzeciorzędnej literatury
I dlatego „z pewną nieśmiałością” sięgnąłem po lekturę.
Pierwsze zaskoczenie - jest to czwarty tom opowieści o Arabii Saudyjskiej widzianej oczyma wnuczki saudyjskiego króla i żony wpływowego księcia krwi z niejakimi widokami (aczkolwiek mocno iluzorycznymi) na objęcie saudyjskiego tronu.
Księżniczka Sułtana nie jest rozkapryszoną, zbuntowaną nastolatką, tylko kobietą w kwiecie wieku.
Ma syna, dwie córki oraz troje wnucząt. Wnuki niech Was nie zmylą -  Sułtana wcześnie wyszła za mąż, a podobnie postąpił jej syn i jedna z córek, więc wszystko wskazuje  na to, że jesteśmy z księżniczką  równolatkami :-D
Opowieść, a właściwie kilka opowieści nie dotyczy smakowitych ploteczek z królewskiego dworu, choć i takie tam znajdziecie, ale kwestii znacznie poważniejszy m.in. przemian społecznych, dotyczących szczególnie sytuacji kobiet w Królestwie Saudów.
Podczas pobytu w Arabii Saudyjskiej miałem przyjemność spotkać kilku przedstawicieli rodów książęcych, ale z osobą tak wysoko urodzoną nie miałem okazji rozmawiać.
Dlatego byłem niezmiernie ciekaw, czy tematyka poruszana w książce to tylko przejaw rozkapryszenia i egzaltacji pani pokroju Izabelli Łęckiej z „Lalki” Prusa, czy jest w tym coś więcej.
Jest w tym coś duuużo większego.
Swoimi działaniami księżniczka Sułtana wielokrotnie wywoływała niezadowolenie konserwatystów. Ponosiła osobiste ryzyko, ale narażała też dobre imię swojego męża - księcia Karima oraz syna i córek. W obyczajowości arabskiej członkowie rodziny ponoszą współodpowiedzialność za niestosowne zachowanie innych członków rodziny.
Lektura ukaże Wam znaczące różnice w mentalności  Euro-amerykanów i Arabów, a w szczególności Saudyjczyków z rodziny panującej.
Księżniczka nie szczędzi złośliwości „ tym, którzy uważają, że Allach mówi tylko do nich” będąc jednocześnie bardzo pobożną i prawowierną sunnitką.
Jej dwie ukochane córki mają diametralnie różne charaktery, wywołując u rodziców, a szczególnie u księcia Karima chęć ucieczki z domu jak najdalej od swoich pociech bez podawania nowego adresu oraz numerów telefonów.
Poznacie świat, który ja widziałem na własne oczy, ale pewne rzeczy zrozumiałem dopiero po przeczytaniu tej powieści.
Pozycja ta przypadnie do gustu zarówno miłośnikom Arabii Saudyjskiej jak i – paradoksalnie – jej przeciwnikom.
Księżniczka Sułtana kocha swój kraj, ale nie robi tego bezkrytycznie.
Widzi jego wady i bardzo odważnie i często bardzo kategorycznie je ocenia.
Jednocześnie macie szansę lepiej poznać i zrozumieć sposób myślenia Saudyjczyków.
Pozwolę sobie opisać jedną ze scen.
Otóż w pałacu Sułtany odbywa się spotkanie kobiet - przyjaciółek księżniczki zajmujących się „feminizacją” stosunków w Arabii Saudyjskiej.
Z racji swoich poglądów i obserwacji poczynionych w Europie Maha - starsza córka księżniczki Sułtany ma być cennym uczestnikiem wspomnianego spotkania. Przychodzi jednak ubrana jak Europejka - w krótkich szortach i luźnej bluzce.
I co ? Ano Sułtanę, kochającą bezwarunkową miłością wszystkie swoje dzieci i będącą zarazem kwintesencją liberalizmu trafia jasny szlag przez mocno niestosowny strój Mahy.
„No tak, to możesz chodzić w Europie, ale jak przyjeżdżasz do domu to szanuj nasze zasady” - mówi Sułtana do swojej córki
Dlatego uważam, że jeżeli chcecie lepiej zrozumieć Arabię Saudyjską, szybkość zmian jakie w niej zachodzą, a także poznać ciemną stronę kraju gdzie nawet prominentny członek rodziny królewskiej nie może bezpośrednio pomóc osobie oskarżonej o…..   czary powinniście „Łzy księżniczki” koniecznie przeczytać.

Książka będzie dostępna w sprzedaży od 12 sierpnia,
a już pojutrze..... zapraszamy na konkurs w którym, nagrodami będą egzemplarze rewelacyjnej książki - „Łzy księżniczki”

sobota, 25 lipca 2015

Zróbmy kawał EMPiK-owi i znawcom literatury


Na stronie EMPiK-u jest ankieta /lista „100 książek które trzeba przeczytać”. Mój znajomy przysłał mi propozycję, aby zrobić im kawał i zagłosować w szerszym gronie na książkę, której oni nie mają fizycznie u siebie, a ściągają ją wtedy gdy ktoś ją zamówi – mowa oczywiście o przygodach szer. Leńczyka. czyli o trylogii "Misjonarze z Dywanowa"
Książki o Leńczyku mieszczą się w drugiej setce rankingu.
Dlatego proponuję zróbmy im kawał i zagłosujmy na "Misjonarzy z Dywanowa".

Klikamy na http://www.empik.com/100ksiazek Pojawia się wówczas strona listy. Nie szukamy w niej ‘Misjonarzy z Dywanowa” bo pojawiają się wyłącznie propozycje celebrytów oraz tzw „ekspertów”, ale w niebieskiej ramce z lupką na napisie „szukaj książki” wpisujemy nazwisko: Zdanowicz.
Wtedy poniżej pojawią się trzy książki o przygodach szer. Leńczyka w Iraku i możemy na każdą z nią zagłosować, klikając „głosuj”.
A później czekamy i patrzymy czy uda nam się wprawić w konsternację znawców literatury nieznaną książką.
Pozdrawiam i zapraszam do zabawy: zróbmy kawał EMPiK-owi…



piątek, 24 lipca 2015

Bractwo Bang Bang. Migawki z ukrytej wojny

Zainteresowanym fotografią polecam książkę:  "Bractwo Bang Bang.  Migawki z ukrytej wojny" autorstwa reporterów wojennych Grega Marinovicha i Joao Silvy. 
Fascynująca lektura, nie tylko dla miłośników fotografii, opowiadająca autentyczną historię czwórki przyjaciół - fotoreporterów z Republiki Południowej Afryki (Ken Oosterbrock, Kevin Carter, Greg Marinovich i Joao Silva), którzy będąc świadkami historii, pokazali światu jak wyglądał upadek apartheidu w Republice Południowej Afryki.
To także książka o przyjaźni i cenie jaką zapłacili za swoje zdjęcia. 
Kevin Carter, zdobywca nagrody Pulitzera (1994) za zrobione w Sudanie zdjęcie umierającej z głodu małej dziewczynki i czekającego na Jej śmierć sępa, popełnił samobójstwo.  
Ken Oosterbrock zginął prawopodobnie od zabłąkanej kuli wystrzelonej przez żołnierza sił pokojowych w RPA.
Resztę przeczytajcie sami ...

Na koniec ciekawostka z polskiego podwórka - pan Radosław Sikorski, czyli nasz były Minister Spraw Zagranicznych w 1987 roku otrzymał pierwszą nagrodę World Press Photo w kategorii zdjęć reporterskich.




Scena z filmu nakręconego na podstawie książki "Bractwo Bang Bang"

"Wanting a Meal" - zdjęcie za które Kevin Carter  w 1994 roku otrzymał nagrodę Pulitzera


Taylor Kitschw jako Kevin Carter (scena z filmu nakręconego na podstawie książki "Bractwo Bang Bang")






Misjonarze z Dywanowa czyli genialne książki i fenomenalny Autor

Jak już wiecie, porzuciliśmy „wielkomiejskie” Ząbki i wyjechaliśmy na” prowincję” :-D
Zaletą naszego nowego domu jest to, że wszędzie mamy w miarę blisko i jest zdecydowanie bardziej zielono (chociaż Ola wolałaby, żeby było bardziej „beżowo”- ale jak wiadomo Kobiecie nie dogodzisz :P)
Jedynym utrudnieniem jest mocno ograniczona podaż wołowiny, co nieco komplikuje nam sporządzanie menu do którego przyzwyczailiśmy się w Arabii Saudyjskiej, niemniej jednak jakoś dajemy radę :D
Oczywiście, zaczęliśmy intensywnie eksplorować okolicę, trafiliśmy m.in. do gotyckiego zamku, gdzie w katedrze św. Jana Ewangelisty znajduje krypta ze szczątkami trzech Wielkich Mistrzów Orden der Brüder vom Deutschen Haus Sankt Mariens in Jerusalem (bardziej znanych jako Krzyżacy) - Wernera von Orselna, Ludolfa Koeniga von Wattzau oraz Henryka von Plauen.
Jak głosi wieść gminna, a właściwie powiatowa, nie byli to na tyle wybitni mężowie stanu, aby być godnymi pochowania w stołecznym Malborku.
Tylko, że jest pewna istotna różnica w dniu dzisiejszym – krypty malborskiego zamku są puste :-D
Trafiliśmy do Pana Przewodnika po krypcie, prowadzącego sklep z pamiątkami z Marienwerder.
Są koszulki, kubeczki, proporczyki, figurki rycerzy zakonnych i tym podobne suweniry.
Jednak Szacowna Małżonka Ma Aleksandra wypatrzyła coś jeszcze – książki
Z okładek wynikało, że część z nich to bynajmniej nie są przewodniki po okolicy czy jakieś monografie dotycząca historii miasta. To znaczy, takowe też były, ale ta którą zobaczyła Ola była mocno inna. - na okładce znajdował się rysunek dwóch HMMWV oraz polskiego żołnierza.
Autorem jest Władysław Zdanowicz.
Oczywiście Ola zadała (jak zwykle z wrodzoną subtelnością radzieckiej dywizji pancernej) pytanie co to ma wspólnego z miastem, jeżeli tytuł brzmi „Misjonarze z Dywanowa czyli polski Szwejk na misji w Iraku” ?
Okazuje się, że bardzo wiele, bo Autor jest autochtonem :-)
Zapytaliśmy Pana Przewodnika, czy jest ciekawa i fajnie napisana, czy znajduje się tu tylko dlatego, że zaważył na tym lokalny patriotyzm.
Pan Przewodnik stanowczo stwierdził, że nie, nie jest to tylko przejaw lokalnego patriotyzmu, a Autor wie o czym pisze, albowiem na misji w Iraku był osobą własną.
Z pewną nieśmiałością poprosiliśmy o tom pierwszy ”Pinky, czyli nowicjusz”
Umówiliśmy się z Panem Przewodnikiem na zwiedzanie krypty nazajutrz.
Ale nie udało mi się dotrzymać słowa :-(
Wpadłem w książkę Pana Władysława Zdanowicza jak przysłowiowa śliwka w kompot.
Jedna rada - nie czytajcie jej w miejscach publicznych, bo możecie trafić na obserwację do psychiatryka.
Ola o pierwszej w nocy zaczęła mnie uciszać, bo sąsiedzi chcą spać, a ja ryczę ze śmiechu jak zarzynane prosię. Dałem się zagonić spać po głośnych protestach dopiero po godzinie trzeciej.
Napisana wartkim, jędrnym językiem, przy którym przygody poczciwego Józefa Szwejka są nudne jak ‘Nad Niemnem”.
Czytalność, jeżeli stworzymy językowy nowotwór oparty na „grywalności” gier – powalająca.
Przerwanie czytania można porównać do mąk Tantala.
Znaleźliśmy wpis Pana Władysława Zdanowicza na Facebooku i zapytaliśmy, czy zgodzi się z nami spotkać.
Szczęśliwie się okazało, że ma czas w niedzielę po południu.
Umówiliśmy się pod zamkiem, a ja już byłem na głodzie, bo pierwszy tom trylogii skończyłem zaraz po wczesnej pobudce.
Pierwszy rzut oka na przechodzącego, uśmiechniętego, skromnego pana w średnim wieku i już wiem że to On.
Pan Władysław dość szybko został zarzucony przeze mnie setkami pytań dotyczących fabuły książki.
Odpowiadał ze swadą, jakiej już doświadczyłem czytając Jego książkę.
Po chwili zabrał nas do swojego samochodu i wybraliśmy się na zwiedzanie miasta i okolic. Nie ma chyba w okolicy osoby, która by Go nie znała. Ale nie tylko jako pisarza, ale również miłośnika jeździectwa, który miłość do koni przekazał swoim dzieciom.
Pasja Ojca udzieliła się córce Dominice i synowi Grzegorzowi, do tego stopnia, że jeździectwo w przypadku Dominiki stało się sposobem na życie. Była w reprezentacji Polski w ujeżdżeniu co chyba jest wystarczającym dowodem na Jej profesjonalizm. O ilości pucharów i dyplomów wypełniających dom Państwa Zdanowiczów nie wspomnę.
Tak, dobrze kombinujecie, zostaliśmy zaproszeni na kawę do Pana Władysława, gdzie jakoś zupełnie bezwiednie słowo ”pan” przed Władysław zostało już zupełnie pominięte :-D
Obie nasze połowice były zaskoczone, że takie dwie gaduły jak my potrafią się nawzajem słuchać, bo ja opowiadałem o naszych przygodach w Saudi i nie tylko.
Gdyby nie to, że jeszcze musiałem pojechać na chwilę do firmy, musieliby mnie od Zdanowiczów siłą wganiać :-D
Oczywiście, Władysław, jako człowiek przewidujący przygotował dla mnie fantastyczną niespodziankę – pozostałe dwa tomy przygód dzielnego szeregowego Leńczyka i spółki oraz kolejną powieść (w wersji nieocenzurowanej, przez to grubszej o jakieś 40 %) „Afganistan - Relacja BORowika” z autografami.
Niestety, książki Władysława są trudno dostępne.
Dlaczego ? - bo Władysław ma zasady, co jest już rzadką cechą w naszych czasach.
Uznał, ze cena ok. 50 pln za tom jest zbyt wygórowana, żeby przyjąć ją za obowiązującą w księgarniach, a tak była propozycja,, gdy szukał dla nich wydawców.
Dlatego wydał ją … własnym sumptem i cena jest zdecydowanie bardziej przyjazną kieszeni czytelników.
Dodatkowo, z zupełnie nieznanych przyczyn wysocy oficjele MON najchętniej zrobili by z niej „półkownika” , bo chwały to tej instytucji obserwacje naocznego świadka wydarzeń nie przynoszą.
Przykład ? Proszę bardzo - pierwsza zmiana misji „stabilizacyjnej” polskiej Armii w Iraku wylądowała… bez broni, a jeżeli już z bronią, to..... bez amunicji do niej.
Broń miała przybyć, zgodnie z teoriami dzielnych liczyportków w tym samym czasie co żołnierze, ale….. nie dotarła.
Dlatego cały liczący ponad dwa tysiące ludzi kontyngent wędrował po Iraku….. z kijami od szczotek pomalowanymi na metaliczny kolor. Pomysł wykonania dział bezodrzutowych z..… rur PCV nie przeszedł, ale część oddziałów i takie wyposażenie przygotowała.
To byłoby, qrva śmieszne, gdyby nie chodziło o życie tych ludzi.
O tym, co sądzili na temat tej sytuacji nasi sojusznicy to już chyba lepiej nie wspominać.
Główny bohater – szeregowy Piotr Leńczyk trafił na misję wskutek niesamowitego zbiegu wypadków, kompletnie do niej nie przygotowany.
Żeby dowódca pododdziału nie dostał po dupie, ponieważ szeregowy Leńczyk strzelał z zamkniętymi oczyma – a to mogłoby się odbić na ocenie jego przełożonego, w zamian za służbę w kuchni i sprzątanie rejonów – na strzelnicy leżał pomiędzy dwoma najlepszymi strzelcami plutonu i…… dzięki temu zaliczał ten element wojskowego rzemiosła.
Na szczęście dla otaczającej nas rzeczywistości - szeregowy Leńczyk nie jest postacią do końca autentyczną. Jest raczej takim synem Frankensteina – przygody Jemu przypisywane zdarzyły się naprawdę, ale nie jednej tylko osobie. Istnienie takiej postaci byłoby zagrożeniem dla życia na Ziemi :-D
Wszystkie opisane w książkach sytuacje są prawdziwe. Zdarzyły się albo przy osobistym udziale Autora, lub zostały opowiedziane przez inne osoby, które miały na to bądź jeszcze dodatkowych świadków bądź dokumenty potwierdzające daną historię.
Historie zostały tak zmodyfikowane, aby nie można było ustalić, kto i gdzie je opowiedział, bo część ludzi pozostaje jeszcze w czynnej służbie.
Nie jest to ot, kolejna historyja arcyucieszna, ku uciesze gawiedzi napisana. Bo jak tylko przestajecie się śmiać, to dociera do Was to, że jest to może komiczne, jak się siedzi w wygodnym fotelu we własnym ,bezpiecznym domu.
Tam nie było tak zabawnie, głownie dzięki „profesjonalnym inaczej” wyższym oficerom.
Dlatego Władysław Zdanowicz nie jest ulubionym pisarzem „fobbitów, nadpułkowników i kapelonków”.
Kim są wymienione przeze mnie postacie – dowiecie się z trylogii o szeregowym Leńczyku.
Książki są dostępne także w wersji e-book. Kilka rozdziałów pierwszego tomu (około połowy pierwszego tomu, podzielone na dwie części) można też znaleźć w wersji angielskiej na Amazonie.
Zaplanujcie jakiś wolny weekend i spędźcie go w towarzystwie Zdanka, Rovera, Drwala, Gecco, chorążego Ludojada z Formozy, „nadpułkownika” Dąbrowskiego i spółki z plutonu rotacyjno - dyspozycyjnego.
Nie zabraknie tam również pięknych kobiet – dwóch uroczych Pań Porucznik i ślicznej Pani Chorąży z amerykańskiej MP.
Ja na przeczytanie opisu obrad sądu wojskowego, przed którym stanął nieoceniony szeregowy Leńczyk musiałem poświęcić ponad pół godziny, bo jak się ma załzawione ze śmiechu oczy, to trudno jest czytać. Paragraf 22 wysiada.
Nie miejcie innych pomysłów na ten czas - ta ekipa tak Was do siebie przywiąże, że zapomnicie, o tym, iż istnieją jakiekolwiek inne miejsca niż okolice Dywanowa w Iraku.

PS. Władku – zapowiedź na końcu tomu trzeciego „ciąg dalszy nastąpi” nakłada na Ciebie dość konkretne zobowiązanie wobec Twoich fanów :-D

Trylogię Misjonarze z Dywanowa możecie kupić tutaj

Zdjęcie - Władysław Zdanowicz
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...