Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty

4/05/2017 09:57:00 PM

Ostatni pilot myśliwca - Jerzy Główczewski

Ostatni pilot myśliwca - Jerzy Główczewski
Jerzy Główczewski, rocznik 1922, potomek spolonizowanych rodów niemieckich i francuskich, ostatni polski pilot myśliwski, który walczył w czasie II Wojny Światowej jest postacią nietuzinkową.
I bynajmniej nie z tego powodu, że jako 17- latek, po wybuchu II Wojny Światowej chciał wstąpić do Wojska Polskiego, aby walczyć z Niemcami. W ten sposób postępowali praktycznie wszyscy młodzi ludzie wychowani w tradycji patriotycznej, a takich była większość w okresie XX – lecia międzywojennego.
Dzięki splotowi różnych okoliczności zamiast dotrzeć do punktu koncentracji w wschodniej Polsce znalazł się w Rumunii, później wstąpił do Brygady Karpackiej w Afryce, stamtąd trafił do szkoły pilotów, a po jej ukończeniu do Dywizjonu 308.
Pan Jerzy jest niezmiernie rzadkim przypadkiem polskiego pozytywisty. Mając świadomość, że wraca do innej Polski, niż ta, którą opuścił, zdecydował się na powrót do Warszawy. Miało to nie tylko związek z tęsknotą za rodziną i ukochanym miastem, ale również z atmosferą, jaka panowała w Wielkiej Brytanii oraz we Francji, gdzie ze względu na liczną rodzinę mógł się osiedlić.

Anglikom, nawet podpisanie Traktatu Jałtańskiego, nie przeszkadzało w korzystaniu z ofiarności polskich pilotów. Zaczęli im oni przeszkadzać po wojnie, bo mieli odbierać pracę powracającym z frontu Brytyjczykom.
We Francji, duma z „pokonania Boszów” (slangowe, obraźliwe określenie Niemców) i włączenie do grona mocarstw biorących udział w ustalaniu nowego światowego porządku, przyćmiły faktyczne  "dokonania" Francuzów w II Wojnie Światowej, w czasie której jednym z „heroicznych czynów” francuskiej Marynarki Wojennej było.... zatopienie znacznej części własnej floty, „żeby nie wpadła w ręce III Rzeszy”.
Tu, „ nieco” złośliwie, Autor zadał pytanie, czy nikt z owych „herosów” nie pomyślał o udaniu się np. do Wielkiej Brytanii i podjęciu walki z Niemcami za pomocą niezatopionych okrętów.

Po powrocie do Polski  Główczewski rozpoczyna studia na wymarzonej architekturze i bierze czynny udział w odbudowie Stolicy. Jest między innymi, jednym z głównych architektów Stadionu X-lecia, zbiera liczne nagrody za projekty przemysłowe. Jego kolegami są między innymi Jan Rodowicz -sławny porucznik AK „Anoda” i Jan Suzin, którego Ojciec jest znanym i cenionym profesorem.
Jerzy Główczewski przestrzega współczesnych młodych Polaków, żeby nie dali się omamiać patriotycznymi hasłami i bohaterstwem za które sami zapłacą krwią w imię nie zawsze jasnych interesów. „Anoda” nie został zamordowany przez bezpiekę za działalność wojenną, ale za zaangażowanie w zbroje podziemie antykomunistyczne już po wojnie. Wtedy to Zachód bardzo chciał pomagać Polakom w obalaniu komunizmu. Szkoda tylko, że nie zrobił tego w Teheranie i Jałcie. Nie byłoby wtedy konieczności obalania czegokolwiek. I nie była to tylko wina Churchilla.  Franklin Delano Roosevelt, już po sprzedaniu Polski Stalinowi w Jałcie, prosił o głosy Polonii amerykańskiej w wyborach prezydenckich, obiecując „walkę o zachowanie polskiej racji stanu i granic”.
Osoby, które są oburzone takim podejściem, które chciałby zarzucić panu Jerzemu np. brak odwagi informuję że podczas II Wojny Światowej Jerzy Główczewski był odznaczony Krzyżem Walecznych. I to trzykrotnie.
Jako uznany architekt bierze udział w rozlicznych projektach, a dzięki ciężkiej pracy, nawet jego pochodzenie i kariera wojskowa na Zachodzie nie przeszkadza w wyjazdach na stypendia zagraniczne – w tym do Francji i USA. Jednak utrudnienia, które zaczęły się pojawiać przy kolejnych projektach, między innymi w Egipcie i propozycja polskiej bezpieki, żeby tam, na miejscu „współpracował z radzieckimi towarzyszami” skłoniły naszego bohatera do emigracji do Stanów.

Część wspomnień dotyczących okresu wojennego jest dość krótka, znacznie więcej przeczytacie o przygodach pana Jerzego jako architekta, pracującego przy bardzo interesujących i prestiżowych projektach na całym świecie. Warto przeczytać, jak z perspektywy człowieka już mocno dojrzałego (pan Jerzy w tym roku kończy 95 lat) wyglądał świat i Polska przez ostanie kilkadziesiąt lat.
Według Autora w dalszym ciągu ani Polacy, ani Amerykanie, ani Brytyjczycy nie zmienili swoich charakterów narodowych i niczego się nie nauczyli  na własnych błędach. Anglicy – kiedy potrzebują Polaków,  są uroczymi gospodarzami, jednak kiedy Polacy przestają być potrzebni – to won. Tak było zaraz po wojnie i tak jest teraz, podczas Brexitu.
Amerykanie nie wynieśli żadnej wiedzy z Wietnamu i z podobnym maniackim uporem działali i działają na Bliskim Wschodzie i w Afganistanie.
A my? My tylko w przypadkach narodowych klęsk, zagrożeni fizyczną eksterminacją zaczynamy współpracować. Bo przecież „gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania”.


Tytuł: Ostatni pilot myśliwca

Autorzy: Jerzy Główczewski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN
Data wydania polskiego: marzec  2017
Liczba stron: 792

2/19/2017 11:09:00 AM

Niech żyje Nam. Historia mistrza - Julia Hamera

Niech żyje Nam. Historia mistrza - Julia Hamera

Pochodzący z Wietnamu Nam, a właściwie Hai Bui Ngoc, mistrz wu shu, przyjaciel i znajomy wielu ludzi związanych z opozycją w czasach PRL za pośrednictwem Julii Hamery opowiada historię swojego życia.
I o ile to, dlaczego w Polsce przyjął imię Nam jest bardzo zabawne, to większość jego opowieści już tak zabawna nie jest.
Nam został Namem, bo Polacy wymawiali jego prawdziwe imię jak „khai” co po wietnamsku oznacza fetor lub śmierdzący zapach moczu, a imię Nam jest w Wietnamie popularne.
Na dodatek Polacy uwielbiają jakiegoś bliżej nie określonego Nama. Jaki jest na to dowód? Nie ma polskiej ważnej imprezy, takiej jak urodziny czy imieniny, gdzie nie śpiewa się „Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam” :-D

Historia, którą poznacie jest szczera do bólu.
Recenzuję drugą biografię Azjaty z Azji Południowo-Wschodniej i drugi raz stykam się z takim ekshibicjonizmem intelektualnym.
Nam nie stara się upiększać własnych losów oraz udawać, kogoś kim nie był.
To historia chłopaka, który jest nieślubnym dzieckiem i to w kraju, w którym posiadanie takiego potomka kończyło się dla rodziców poważnymi konsekwencjami i całkowicie potrafiło utrącić karierę w partii.
A niemożność bycia członkiem partii spychała człowieka do roli całkowicie podrzędnej i zamykała wszelkie drogi awansu społecznego.
Urodzony w 1957 roku Nam jest wychowywany przez pojawiającego się od czasu do czasu ojca poprzez brutalne bicie.
I nie uważa tego za coś wyjątkowego – tak traktowane są wszystkie dzieci, które sprawiają kłopoty wychowawcze.
To również czas wojny amerykańsko-wietnamskiej, więc kilkukrotnie doświadcza losu uciekiniera.
Ojciec, który nie darzył Nama ojcowskimi uczuciami, uważał, że sprawiający kłopoty najstarszy syn wymaga jeszcze większej surowości w wychowaniu. Dlatego postanowił wysłać krnąbrnego 9-latka to Chińskiej Republiki Ludowej do szkoły wu shu.
A było to miejsce zupełnie inne niż lukrowany obraz szkół sztuk walki. Nie było tam miłego staruszka pokroju pan Kesuke Miyagi z serii „Karate Kid”.
Tam nikt nie zwracał uwagi na psychikę młodych chłopców, zmuszano ich do treningów ponad siły i możliwości, a każda najdrobniejsza przewina była karana pozbawieniem posiłku.
Wu shu miało stać się dyscypliną olimpijską, wyeliminować różnorodność szkół starych mistrzów i wprowadzić, nawet do tej dziedziny życia, ulubioną przez komunistów „urawniłowkę”
Kilka lat czteromiesięcznych turnusów wu shu zmieniło Nama, a dzięki ogromnemu wysiłkowi i samozaparciu osiągnął on poziom mistrzowski.
Uczył się słabo, bo musiał zastępować rodzinie wiecznie nieobecnego ojca i opiekować się pozostałym rodzeństwem.
Jednak to nauka i wiedza stała się dla niego przepustką do innego życia.
Dzięki ogromnej pracy oraz poparciu rodziny udało mu się uzyskać stypendium zagraniczne.
Los rzucił go na Politechnikę Gdańską.
To także opowieść o biednym Wietnamczyku z prowincji i prześladującym go ciągłym strachu przed  odesłaniem do domu, za naruszenie wytycznych, które partia stawiała studentom.
Skończyłoby się to  nie tylko niesławą i wstydem dla rodziny, ale przekreśliłoby szanse na karierę, a marny los byłby poprzedzony pobytem w obozie reedukacyjnym.
Jednak losy Nama potoczyły się tak, że nie dość, iż łamał reguły, to przypadkowo związał się z trójmiejskim półświatkiem. Występował na pokazach sztuk walki, prowadził treningi, dzięki czemu poznał różnych ludzi – i tych dobrych i tych nie bardzo :-)
Taka działalność ściągnęła na Nama czujne oko wietnamskiej bezpieki.
Podczas próby zatrzymania podjął decyzję, która wpłynęła na jego dalsze życie.
Agenci nie byli przygotowani na spotkanie z mistrzem wu shu.
Dzięki polskim przyjaciołom udało mu się uciec.
Więcej nie zdradzę, ale zachęcam do przeczytania tej pozycji z kilku powodów.
Po pierwsze – życie to Nam miał ciekawe.
Po drugie – dowiecie się czegoś więcej o tym, jak nas widzą obcokrajowcy, popatrzycie innymi oczyma na działalność władzy  i opozycji w latach 80 a także na to, jak wyglądało życie emigranta politycznego we Francji.

Tytuł: Niech żyje Nam. Historia mistrza
Autor: Julia Hamera
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: styczeń 2016
Liczba stron: 432











2/06/2017 10:52:00 AM

Pani Einstein - Marie Benedict

Pani Einstein - Marie Benedict
Jak to było w „Seksmisji” ?
Aha, „Einstein też była kobietą” :-)

W książce Marie Benedict, również pojawia się podobna wizja.
Otóż, według Autorki twórcą teorii względności nie był bynajmniej Albert, tylko jego żona – Mileva Marić z Serbii.
Poznajemy Milevę w 1896 roku, kiedy przyjeżdża na studia na Szwajcarskiej Politechnice Federalne w Zurichu.
Jest wybitnie uzdolnioną matematyczką i fizyczką. Karierę naukową rozpoczęła dzięki ojcu, który bardzo obawiał się o losy swojej niepełnosprawnej córeczki. Mileva lub jak nazywają ją w domu „Mitza” (przyjaciele jej tak nie nazywają z tej prostej przyczyny, że ich... nie ma) ma uszkodzone okołoporodowo biodro, przez co kuleje. Pod koniec XIX w prowincjonalnej prowincji Austro-Węgier, jaką jest Serbia tego typu defekt praktycznie uniemożliwia znalezienie zarówno przyjaciół jak i w dalszej perspektywie męża.
Dlatego pan Marić, zauważając, że już w wieku lat siedmiu „Mitza” wykazuje wielkie zainteresowanie nauką i eksperymentami fizycznymi z całych sił wspiera córkę w dążeniu do wiedzy. Austro-Węgry to nie jest kraj przyjazny edukacji dziewcząt i kobiet, to raczej miejsce gdzie „tradycyjne wartości” jak „Kinder, Küche, Kirche” Kaisera Wilhelma II Hohenzollerna mają się świetnie, mimo tego, że kraj niby inny, a i Serbia prawosławna .
Z tego powodu ojciec Milevy podejmuje pracę w takich miejscach, gdzie są szkoły dla dziewcząt, w których córka może się kształcić. Jednak już wykształcenie wyższe jest tam dla kobiet niedostępne i Mileva musi wyjechać do zdecydowanie bardziej otwartej Szwajcarii. Mieszkając na stancji u rodziny Engelbrechtów poznaje inne trzy studentki uczelni w Zurichu. To Helena, Milana i Rużica, które tak jak ona sama chcą skończyć studia i mieć w życiu wybór inny, niż ten przypisany kobietom w tamtych czasach.
Choć i tutaj, z racji płci jest traktowana jak dziwoląg przez kolegów ze studiów i profesorów.
Jedynym, który traktuje ją normalnie jest jej kolega z grupy niejaki Albert Einstein, świecki Żyd z Wirtembergii na południu Niemiec.
Mileva nie chce poddać się urokowi Alberta, bo nie przyjechała zawierać tu znajomości i przyjaźni (o szukaniu męża nawet nie myśli) tylko chłonąć wiedzę, aby zostać uczoną i móc pracować na którejś z politechnik.
Jednak spotkanie z dziewczętami ze stancji oraz upór Alberta krok po kroku przełamują niechęć i obawy „Mitzy”.
Dziewczęta muzykują, więc i młody Einstein, jako nie najgorszy skrzypek wprasza się na takie domowe koncerty. Mileva zaczyna powoli, acz skutecznie zakochiwać się w swoim adoratorze, który sam zakochany jest w jej intelekcie oraz w tym, że jest lepszym matematykiem niż on sam.’
Pracują wspólnie na uczelni i starają się ukrywać swój związek. Jednak pod koniec studiów Mileva ulega namowom Alberta i jeszcze przed planowanym ślubem udają się w podróż „przedślubną” do włoskiego Como. I jak to w takich przypadkach bywa, zachodzi w nieplanowaną ciążę.
To trudny czas dla nich obojga. Albert, mimo ukończonych studiów i niekłamanego geniuszu z racji swojego charakteru, polemik z wykładowcami i częstego kwestionowania ich opinii, a także dość swobodnego stosunku do obowiązku uczestniczenia w zajęciach nie ma promotora, który zaproponowałby mu asystenturę na uczelni bądź choćby rekomendował na jakąś posadę.
Mileva bardzo trudno znosi ciążę i to powoduje, że nie zdaje egzaminów końcowych. Tym samym marzenia o doktoracie się kończą. Albert w końcu dzięki protekcji ojca przyjaciela dostaje ofertę pracy w Urzędzie Patentowym w Bernie. Jednak pruderyjni Szwajcarzy mogliby pozbyć się osobnika, który posiada nieślubne dziecko. Dlatego Mitza ukrywa się w domu rodziców. Dodatkowym problemem jest stosunek matki Alberta do „osoby o podejrzanej reputacji” w dodatku nie-Żydówki.
Mileva przyjeżdża do Szwajcarii bez córeczki i po jakimś czasie zostaje żoną Alberta.
Mimo trudnych początków i niechęci do sprowadzenia z Serbii córki małżeństwo Einsteinów funkcjonuje poprawnie. W wersji przyjętej prze Autorkę Liserl (bo tak nazywają dziewczynkę Mileva i jej rodzina) choruje na szkarlatynę i umiera.
Mileva zachodzi w kolejne ciąże, Albert robi karierę naukową. Jednak według Marie Benedict to Mileva jest twórczynią „teorii względności” a Albert przypisał sobie jaj zasługi.
Prawdą jest na pewno to, że pisali prace naukowe wspólnie czego dowodami są zarówno korespondencja pomiędzy małżonkami jak i wypowiedzi Alberta, że „w tej rodzinie to żona jest matematyczką”.
Kariera Einsteina odbija się na ich małżeństwie.
Wyjazdy,  najpierw do Zurichu, potem do Pragi oddalą ich o siebie. Po urodzeniu kolejnej dwójki dzieci – synów Hansa Alberta i Eduarda, Mileva podupada na zdrowiu. Dowiaduje się również o romansie Alberta.
Jak toczyły się ich dalsze losy – przeczytajcie sami.

Jest jednak pewien zgrzyt w tej całej opowieści. A właściwie nie tyle w niej, co w wywiadzie z Autorką na końcu książki.
Otóż, Marie Benedict twierdzi, że „rozumie Milevę i jej kłopoty w męskim świecie, bo sama miała podobnie”, gdy „weszła w świat zdominowany przez mężczyzn oraz łączyła rolę prawnika z rolą matki” .
Wypowiedziała te słowa Amerykanka, która ukończyła Boston University School of Law i weszła na rynek pracy w zawodzie prawniczym w latach.... 90– tych XX w.
Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie historia Milevy przestała być wiarygodna i zacząłem ją traktować jako kolejny etap prowadzący do Ligi, która "rządzi, która radzi, która nigdy Cię nie zdradzi".
Do tej oceny dochodzi jeszcze jeden, dyskretnie przemilczany fakt.
Kiedy poznajemy Milevę ma ona lat 21. Spotykają się z Albertem na studiach, więc możemy domniemywać, że są równolatkami.
Nie, Albert ma wtedy 17 lat., co w moich oczach nieco inaczej ustawia całą historię tego związku. Taka różnica wieku w latach późniejszych nie ma już praktycznie znaczenia, ale różnica pomiędzy 17- latkiem a 21- letnią kobietą już nieco inaczej pozwala patrzeć na fakty.

 Tytuł: Pani Einstein


Autorzy:
Wydawnictwo: Znak Horyzont  
Data wydania: styczeń 2017
Liczba stron:366





1/21/2017 04:09:00 PM

Audrey w domu. Wspomnienia o mojej mamie - Luca Dotti

Audrey w domu. Wspomnienia o mojej mamie - Luca Dotti
Wydawnictwo Literackie ma niesamowity talent do wprowadzania na polski rynek tytułów, które z jednej strony są przepięknymi opowieściami o codziennym życiu, z drugiej zaś doskonałymi książkami kucharskimi. Po fascynujących  "W mojej francuskiej kuchni. Opowieść o tradycji i miłości do domowych posiłków" autorstwa Susan Herrmann Loomis i "Kuchni na plebanii" Łukasza Modelskiego przyszedł czas na pełną rodzinnego ciepła opowieść o Audrey Hepburn, aktorce i ambasadorce dobrej woli UNICEF, ale przede wszystkim o żonie i matce dwóch synów. To właśnie młodszy z nich - Luca Dotti jest autorem książki "Audrey w domu. Wspomnienia o mojej mamie". Postać Audrey Hepburn, którą poznajemy z kart książki, w niczym nie przypomina jej filmowych wcieleń z „Rzymskich wakacji” czy  „Śniadania u Tiffany’ego”. We wspomnieniach syna, jest przede wszystkim wspaniałą matką, przedkładającą czas spędzony z dziećmi nad brylowanie na salonach i błysk fleszy.
Zapraszając nas do wnętrza swojego rodzinnego domu Luca Dotti, pozwala dostrzec w ikonie światowego kina, zwyczajną kobietę, której życie nie oszczędzało. Osobę, która nigdy nie zapomniała swego dzieciństwa w okupowanej Holandii i głodu, który wtedy cierpiała. Która miała za sobą dwa rozwody, a pomimo tego potrafiła zachować pogodę ducha i otwartość na otaczający ją świat. Dowiadujemy się co lubiła i co stanowiło dla niej najwyższą wartość. Obserwujemy Audrey w ogrodzie i w kuchni, w szwajcarskiej posiadłości La Paisible, w czasie misji w Etiopii, Somalii i Wietnamie.
Ogromna ilość nigdy wcześniej nie publikowanych zdjęć Audrey (także z czasów dzieciństwa i okresu działalności humanitarnej), jej najbliższej rodziny i przyjaciół oraz mnóstwo fascynujących opowieści i bardzo osobistych wspomnień czynią z tej książki doskonałe uzupełnienie oficjalnych biografii gwiazdy.
Jednak jak mogliście przeczytać na wstępie,  "Audrey w domu. Wspomnienia o mojej mamie", to nie tylko napisana z ogromnym szacunkiem, uznaniem i pełna synowskiej miłości biografia aktorki. To również świetna książka kucharska, pełna prostych, domowych przepisów. Znajdziecie w niej  m.in. receptury na spécialité de la maison czyli ciasto czekoladowe z bitą śmietaną oraz spaghetti al pomodoro i wiele, wiele innych niewyszukanych dań, które aktorka przygotowywała dla swoich najbliższych.
Całość zamyka kalendarium życia aktorki, Audrey zasnęła na zawsze 20 stycznia 1992 roku.

Tytuł: Audrey w domu. Wspomnienia o mojej mamie
Tytuł oryginału: Audrey at Home: Memories of My Mother’s Kitchen
Autor: Luca Dotti
Tłumaczenie: Dorota Dziewońska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: marzec 2016
Liczba stron: 264

9/21/2016 09:16:00 AM

Al Capone. Gangster wszech czasów - Jonathan Eig

Al Capone. Gangster wszech czasów - Jonathan Eig
Alphonse Capone zwany Alem - największy gangster wśród celebrytów i największy celebryta wśród gangsterów. Cała jego przestępcza kariera jak w soczewce skupia czasy prohibicji w USA oraz pokazuje, jak działały wtedy amerykańskie służby do zwalczania przestępczości zorganizowanej, sądy, politycy oraz nowoczesny świat przestępczy, którego Capone był jednym z prominentnych współtwórców.
Początki działalności Ala Capone były bardzo skromne, ale i tak dzięki niemu jego liczna rodzina (miał ośmioro rodzeństwa) żyła o niebo lepiej, niż mnóstwo innych imigranckich familii z Włoch. Zaczął jako naganiacz oraz wykidajło w „Czterech Dwójkach” - lokalu o dość kiepskiej reputacji, oferującym damy do towarzystwa oraz inne, jakże pożądane, atrakcje takie jak hazard i alkohol.
Zawsze elegancki, uśmiechnięty i zadbany mimo tego, że wtedy jeszcze dochody miał marne.
Pod patronatem Johnnego Torrio uczył się nie tylko gangsterskiego fachu, ale także jak robić to w miarę bezpiecznie.
Na pierwszej jego wizytówce pojawiła się informacja:„Alphonse Capone – Handel Używanymi Meblami Aleja South Wabash 2220” gdzie posiadał faktycznie mały składzik używanych mebli oraz zepsute pianino. Gorąca krew Ala nieco utrudniała mu pozowanie na spokojnego i praworządnego obywatela, ale dzięki naukom swojego „patrone” rozwijał karierę przestępczą w sposób w miarę bezpieczny. Nie bez wpływu na spokój chicagowskich gangsterów było „sponsorowanie” wszelkich osób z instytucji, które takowy proceder mogłyby utrudnić, a nawet uniemożliwić.
Prohibicja była niezasłużonym prezentem dla wszelkiego gatunku i maści „biznesmenów
Jak doskonale wiecie, w przypadku większości fortun amerykańskich „korzenie jej tkwią w zbrodni”.
Nie musicie daleko szukać przykładu – sławetna familia Kennedych. Według opowieści Meyera Lansky'ego i Franka Costello, którzy robili w biznesie „wódczanym” na gigantyczną skalę, 
Joseph Patrick "Joe" Kennedy Sr.- ojciec prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy'ego, a także senatorów Roberta Francisa Kennedy'ego i Edwarda Kennedy'ego też trudnił się przemytem i nielegalnym handlem alkoholem w czasach prohibicji. Jednak w oficjalnej biografii Joseph Patrick "Joe" Kennedy Sr. zajmował się produkcją i dystrybucją alkoholu w czasach…  przed i po odwołaniu prohibicji. Ani chybi - w okresie obowiązywania tego kretyńskiego prawa zajmował się hodowlą jedwabników i nabożnymi rozmyślaniami :-D
Prohibicja mogła zaistnieć dzięki nawiedzonym kaznodziejom i domorosłym prorokom, jak np. ewangelista Billy Sunday.
Oto próbka jego radosnej, antyalkoholowej krucjaty:
„…Byłeś najgorszym wrogiem Boga. Stałeś się najlepszym przyjacielem piekła. Nienawidzę cię nienawiścią idealną[…] Slumsy wkrótce odejdą w zapomnienie. Więzienia zamienimy w fabryki, a w aresztach urządzimy magazyny i spichlerze. Mężczyźni będą chodzić z podniesionymi czołami , a kobiety i dzieci zaczną się uśmiechać. Piekło na zawsze opustoszeje…”
I jak zwykle taki nawiedzony bełkot znajduje chętnych słuchaczy (często wśród decydentów, co niestety funkcjonuje do dzisiaj) i jak zawsze skutki są odwrotne do prognozowanych :-D
Dla zwykłych Amerykanów, którzy odreagowywali traumę Wielkiej Wojny taki zakaz dodawał jedynie smaczku i dreszczyku emocji. Napić się lubił każdy – z policjantami i inspektorami prohibicyjnymi włącznie, więc biznes kręcił się należycie, a jego nielegalność tylko zwiększała zyski.
I w ten sposób z małego rzezimieszka Al Capone mógł stać się Wielkim Alem – królem chicagowskiego podziemia.
W książce znajdziecie dużo różnych informacji i zdjęć Ala Capone i jego rodziny, domów w których mieszkał. Dowiecie się jaka była jego matka i żona, przyjaciele oraz poznacie kulisy potęgi i upadku tego nietuzinkowego gangstera.
Poznacie też szczegóły działań Eliota Nessa, który stał się Nemezis Ala Capone.
O tym, jak na polecenie prezydenta Herberta Clarka Hoovera rozpoczął akcję walki z przestępczością zorganizowaną w jaki sposób powstał oddział ”Nietykalnych”, jakich środków technicznych i operacyjnych używał żeby dopaść swego wroga.
Owszem, Al Capone został skazany na 11 lat więzienia, głownie dzięki zaangażowaniu Nessa.
Jednak dowody przeciwko Alowi były marnej jakości i tylko dzięki politycznemu zapotrzebowaniu na skazanie wielkiego gangstera doszło do zakończenia błyskotliwej przestępczej kariery.
Słuszne były słowa obrońcy Capone wypowiedziane do ławy przysięgłych –
„ …Jesteście jedyną barierą między oskarżonym, a instytucją państwa, które szuka na nim zemsty. Władze domniemywają winy tego człowieka, ale zebrane przeciwko niemu dowody trudno nawet nazwać poszlakowymi. Dlaczego z taką zawziętością próbuje się go skazać na podstawie tak nikłych dowodów? Przecież to jest Alphonse Capone! Mityczny Robin Hood, o którym tyle czytaliście w gazetach. Prawda jest taka, że nie mają dowodów…”
Jednak ta płomienna przemowa nie przekonała ławy. Odrzuciła ona większość zarzutów, utrzymała w mocy pięć. Dowodem na mściwość nieudolnego państwa, nie potrafiącego znaleźć dowodów na dużo poważniejsze zbrodnie, niż unikanie płacenia podatków był właśnie wyrok.
Za tego typu przestępstwa sentencje dla innych oskarżonych oscylowały w okolicach… 5 lat pozbawienia wolności.
Sam Eliot Ness też nie skończył dobrze. Trzy małżeństwa, zdrady oraz pogłębiający się alkoholizm (dziwna doprawdy przypadłość dla pogromcy handlarzy nielegalną wódą) doprowadziła go do upadku. Skończył jako sprzedawca mrożonych kotletów do hamburgerów na potrzeby restauracji.
Dla miłośników tamtych czasów – lektura naprawdę interesująca.

Na koniec – coś osobistego :-)
Do ślubu szedłem w garniturze, butach i kapeluszu wzorowanym na tych noszonych przez Ala Capone. Na wejściu grali motyw z „Ojca chrzestnego” - to jak mogłem nie przeczytać tej książki? :-D

Tytuł: Al Capone. Gangster wszech czasów
Tytuł oryginału: Get Capone: The Secret Plot that Captured America's Most Wanted Gangster
Autor:
Tłumaczenie: Andrzej Wiśniewski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania polskiego: kwiecień 2014
Liczba stron: 424

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2016 To czytają Saudyjskie Wielbłądy , Blogger