Poruszająca historia dwóch kobiet – praprababki i żyjącej 100 lat po niej (czyli w roku 2007) 13-latki.
Szekiba – urodzona pod koniec XIX w. żyje w normalnej,
wielodzietnej rodzinie, ma kochającego ojca - Isamila, który jako dobry
gospodarz jest solą w oku swoich braci. Ismail odziedziczył po swoim ojcu spłachetek
ziemi, z którego jest wstanie wyżywić rodzinę. Ma dwóch dorodnych synów, którzy dla każdego Afgańczyka stanowią powód do dumy i gwarancję dobrobytu rodu.
Szekiba była bardzo ładnym dzieckiem, jednak w wieku 2
lat, przez nieuwagę, wylała sobie na połowę twarzy wrzący olej. Wszelkiego typu
oszpecenia, bądź kalectwo są uznawane za karę Allaha dla rodziny i prestiż
takiej familii mocno podupada. To niestety,
nie koniec nieszczęść. W roku 1903 przychodzi epidemia cholery. Umierają
bracia, siostry i matka Szekiby. Ona sama, z podupadającym na zdrowiu ojcem, prowadzi
gospodarstwo.
Niebawem umiera też ojciec Szekiby. Mając na względzie to, że jako dziewczyna, w dodatku
oszpecona będzie nikim w lokalnej społeczności ukrywa fakt śmierci Ismaila i
sama uprawia swoje poletko.
W ich domu pojawiają się jednak stryjowie, którzy „w obronie honoru rodu” zabierają Szekibę do swojego obejścia. Oczywiście przywłaszczają sobie schedę po Ismailu, Szekiba
zaczyna być traktowana jak służąca, a następnie oddana za długi
do nowego właściciela – tak staje się niewolnicą.
Jako że jest „krnąbrna”
oraz może stać się doskonałym prezentem dla przejeżdżającego przez wioskę
władcy Afganistanu zostaje podarowana jako kandydatka na strażniczkę haremu.
Brzydkie i silne kobiety mają tam zastąpić tradycyjnych męskich strażników (z
dość oczywistych powodów – a eunuchów w tej kulturze chyba nie ma, bo nic na
ten temat w żadnej publikacji nie znalazłem.
Druga z bohaterek to
Rahima. Żyje w tej samej wiosce 100 lat później, również w licznej rodzinie.
Dramatem jest brak choćby jednego syna – Rahima ma 4 siostry. Jej ojciec – Arif prowadzi niewielki zakład. W młodości był mudżahedinem walczącym z Rosjanami pod dowództwem
lokalnego watażki – Abdula Chaliqa który, rzekomo w celu uodpornienia na
okropieństwa wojny, zaczął „częstować” swoich bojowników opium.
Arif uzależniony od tego narkotyku, stał się bardzo agresywny w
stosunku do swoich najbliższych. Dziewczynki chodziły do szkoły, ale gdy jako
dorastające panienki zaczęły być adorowane przez swoich rówieśników, ojciec zabronił im uczęszczania na zajęcia, bo "może
zostać narażony na szwank honor rodu”. Na polecenie ojca dziewczynki dostały zakaz
opuszczania domu. Wtedy siostra Raisy (matki Rahimy), ciotka Szaima, wpadła na pomysł w jaki sposób ułatwić życie
rodzinie. Ponieważ Raisa sama nie jest w stanie zajmować się wszystkim, co wymaga
wychodzenia z domu, Rahima zostaje „bacza posz” – czyli dziewczynką
przebraną za chłopca.
Tradycja „bacza posz” wywodzi się (według legendy) od decyzji
dobrotliwego mułły, który po narodzinach kolejnej dziewczynki w rodzinie uznał
ją za… chłopca. To uratowało „honor rodu”, oraz prawdopodobnie ocaliło życie kobiecie, która nie była w stanie
wywiązać się z „obowiązku” urodzenia syna.
Nikogo więc nie zdziwiło, że
pojawił się „Rahim” .
Wystarczyło obciąć
dziewczynce włosy, ubrać w męski strój i gotowe. Syn jak malowanie.
Powrót do żeńskiej
postaci w przypadku „bacza posz” następuje z reguły po pojawieniu się
drugorzędnych cech płciowych. Jednak w tym przypadku obwiązywanie drobnego
biustu „Rahima” trwało dość długo. Pewnego razu zobaczył jego/ją Abdul Chaliq. Dodatkowo
naćpany Arif poskarżył się swojemu „dobroczyńcy” że ma problem, bo....
urodziło mu się 5 córek.
W takim przypadku
„gubernator wojskowy” podjął decyzję aby „pomóc” swojemu poddanemu.
Zaproponował małżeństwa 3 córek – 13 –letnią Rahimę miał poślubić on sam , a 14
i 15 latkę - jego kuzyni. Oczywiście wszystko w celu „obrony honoru rodu”
Arifa.
Geny praprababki były
dość silne w Rahimie, która dodatkowo poznała inny świat, jako chłopiec i wcale
nie myślała o tym, jak wielkie
spotyka ją szczęście, że zostanie 4 żoną „wielkiego człowieka”. Rahima nie zamierzała pogodzić się z
rolą typowej afgańskiej kobiety.
Ta kolejna w naszej kolekcji, lektura dotycząca
Afganistanu, napisana przez urodzoną Stanach Zjednoczonych w rodzinie afgańskich imigrantów Nadię Hashimi doprowadziła mnie do poniższej konstatacji.
Otóż wbrew
temu co twierdzą moje ulubione „-lożki”, a także
zwolennicy multi-kulti i podobnych „ubogacających kulturowo Europę" idei - ksenofobia może wynikać z innych powodów niż niewiedza i lęk przed
nieznanym.
Tę ksenofobię, o której
ci „uczeni w piśmie” mówią roboczo nazwałem „wrodzoną” .
I tej nie miałem.
Traktowałem ludzi jako ludzi i nie miało dla mnie znaczenia, kto się gdzie urodził
czy wychował.
Pojawiła się inna –
„nabyta” . Ta akurat bierze się z tego, że nie patrzę przez różowe okulary na
różnice w systemie wartości, jaki mają ludzie z innych kręgów kulturowych.
Pojęcie „honoru” oraz
„tradycji” w wersji w występującej w Afganistanie jest mi skrajnie obce. Traktowanie
kobiet jak przedmiotów, pozbawienie możliwości rozwoju i edukacji oraz wymyślanie
najdziwniejszych zasad, których naruszenie w ten „honor” może godzić - to nie jest moja bajka.
W książce pojawia
fragment, w którym Szekiba udaje się potajemnie do „malika” czyli urzędnika
państwowego z aktem własności ziemi, którą powinna odziedziczyć po swoim ojcu.
Urzędnik podarł dokument ze słowami:
”… Dziewczyno nie masz bladego pojęcia o
tradycji…”.
Następny akapit dotyczy
już czasów współczesnych
„… Mimo, że od czasów Szekiby minął niemal wiek,
tradycja wcale nie straciła na znaczeniu…”
Nie chciałbym
mieszkać pomiędzy tymi ludźmi w Polsce lub w jakimkolwiek kraju cywilizacji
Zachodu ponieważ, ani chybi, musiałbym „uszanować odmienność kulturową
mniejszości”. Tym bardziej, nie chciałbym mieszkać w Afganistanie - tam musiałbym zaakceptować
prawo większości.
Odnośnie „honoru”
Afgańczyków i jego, w moim pojęciu, wynaturzonej interpretacji posłużę się
następującym przykładem.
Polacy w latach 80 wspierali afgańskich mudżahedinów w walce przeciw wojskom ZSRR. Podobno było ich tam ok. 60, ale znane mi są losy
pięciorga - nie licząc naszego byłego
Ministra Spraw Zagranicznych, który był tam tylko” korespondentem
wojennym” uzbrojonym w „kałasza", bo „mężczyźnie nie wypada w Afganistanie chodzić bez broni” :-D.
I cóż tam znajdziemy o honorowych Afgańczykach?
Ano to:
„…Joanna Strzelczyk pisze, że poza Sikorskim w Afganistanie przebywało co najmniej pięcioro innych Polaków: Andy (Andrzej) Skrzypkowiak, Lech Zondek, Jacek Winkler, Stasia Zedziełko i Marek Śliwiński. Dwie osoby z tego grona zginęły, ale nie z ręki sowieckiej. Byli to Andy Skrzypkowiak i Lech Zondek.
Andy Skrzypkowiak (1951-1987) był brytyjskim operatorem filmowym (stacja CBS), ale był synem Polaka-żołnierza spod Monte Cassino. Matka, Nina, z domu Michałowska, była córką oficera polskiego zamordowanego przez NKWD w Katyniu w 1940 roku. Przedtem Skrzypkowiak był komandosem w jednostce SAS (British Spacial Air Service). Do Afganistanu przybył po raz pierwszy w 1983 roku i powracał tu jeszcze dziesięć razy (przebywał w Afganistanie od 6 tygodni do 4 miesięcy) i kręcił rewelacyjne filmy z samej linii frontu. Afganowie podziwiali go za odwagę, nawet sam [Ahmad Szach - przypis mój] Masud. Zaprzyjaźnił się z Radkiem Sikorskim podczas jego pobytów w Afganistanie. Został 9 listopada 1987 roku zamordowany przez partyzantów z fanatycznej partii Hezb-e-Islami w Nuristanie, we wschodnim Afganistanie.
Natomiast Lech Zondek (ur. 1952), emigrant – Polskę opuścił w grudniu 1980 roku i w maju 1981 roku osiadł w Australii, gdzie uczestniczył w działalności niepodległościowej i solidarnościowej. Zapewne w 1983 roku podjął decyzję walki z sowieckimi wojskami okupacyjnymi w Afganistanie, aby walczyć o wolność dla tego kraju, a pośrednio dla Polski. Razem z Jackiem Winklerem pojechał do Afganistanu po to, by walczyć z bronią w ręku. W czerwcu 1984 udał się do Pakistanu, a stamtąd do Afganistanu. Walczył w szeregach powstańczych głównie w prowincji Paktika. Nosił czapkę z orzełkiem w koronie..
Zondek nie zginął w walce. Okoliczności jego śmierci opisuje Sikorski: w osadzie w Nuristanie usiłował nauczyć mieszkańców walki wręcz. Gdy chwytem dżudo rozbroił pozorującego atak Afgańczyka, ten - publicznie upokorzony - zranił go nożem w rękę.
To doprowadziło do katastrofy. W czasie wspinaczki przez góry (w rejonie wsi Nikmuk) Zondek nie zdołał utrzymać się na chorej ręce i odpadł od skały. Zginął na miejscu. Koledzy znaleźli jego ciało 5 lipca 1985 roku. Na grobie postawili krzyż z napisem „Lech Zondek, 1.02.52 – 4.07.85 a Polish Soldier” (polski żołnierz). Krzyż później wieśniacy zużyli na opał…”
Nie dziwcie się więc, że jakoś niespecjalnie
pałam miłością do tej (a właściwie tych) nacji.
Nie ma kogoś takiego jak „Afgańczyk” . to jedynie nazwa geograficzna, ponieważ ważniejszym dla
mieszkańców tego kraju jest przynależność do jednego z ponad 20 narodów lub, co
jeszcze ważniejsze – klanów.
„..Pasztunowie, zw. też Afganami (42% ogółu
ludności — 2000), Tadżycy (27%), Hazarowie (9%), Beludżowie, Nuristańczycy i
in. oraz ludy tur. z rodziny ałtajskiej: Uzbecy (ok. 9%), Turkmeni i Kirgizi…” [źródło]
To skrajna odmienność
jest dla mnie nie do zaakceptowania – nie mieści się w moim systemie wartości.
I za cholerę nie chcę być
w ten sposób „ubogacony kulturowo”.
Czy jest jakaś szansa dla
Afganistanu i dla kobiet z tego kraju?
Pewnie jest, bo raz już
się to udało. Był taki okres w historii Afganistanu, kiedy płeć piękna miała
prawa. Kobiety mogły chodzić ubrane po europejsku, samodzielnie, bez asysty męskich
opiekunów. Mogły zdobywać wykształcenie. I do tej pory są to niemal jedyne
wykształcone Afganki mieszkające w tym kraju.
Kiedy to było?
Od lat
siedemdziesiątych ubiegłego stulecia aż do 1989 roku. Tak, to za niesłusznych
lat afgańskiego komunizmu i radzieckiej okupacji, które bohatersko zwalczało
CIA przy wsparciu służb specjalnych Pakistanu i ludzi niejakiego szejka Osamy
bin Ladena.
Myślę, ze afgańskie
kobiety są im dozgonnie wdzięczne za to zwycięstwo nad „bezbożnym komunizmem”
Nie, nie jestem
miłośnikiem tego systemu, co ktoś mógłby z tego tekstu wywnioskować.
Tytuł: Afgańska Perła
Tytuł oryginału: The Pearl That Broke Its Shell
Autor: Nadia Hashimi
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Data wydania polskiego: październik 2015
Tłumaczenie: Monika Pianowska
Liczba stron: 480