Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bliski Wschód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bliski Wschód. Pokaż wszystkie posty

9/02/2017 09:54:00 AM

Wojna Ashley. Nieznana historia wojskowej jednostki specjalnej złożonej z kobiet - Gayle Tzemach Lemmon

Wojna Ashley. Nieznana historia wojskowej jednostki specjalnej złożonej z kobiet - Gayle Tzemach Lemmon
Wojna w Afganistanie, którą prowadzą siły koalicji niczym się nie różni, od wcześniejszych (pierwsza wojna afgańska wybuchła w pierwszej połowie XIX w.) toczonych na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci, na tym terenie przez Europejczyków.
Szanse na wygrane są, tradycyjnie już, marne, bo Afganistan zamieszkują ludy nawykłe jedynie do wojowania (na zajmowanie się czymś innym nie mają ani czasu, ani ochoty), a pieniądze pochodzą albo od hojnych sponsorów, albo z jedynej gałęzi gospodarki, jaka tam kiedykolwiek (a na pewno w czasach nowożytnych) prężnie funkcjonowała czyli produkcji i eksportu narkotyków.
Sposobem na zmianę tego stanu rzeczy była inicjatywa najwyższego rangą amerykańskiego „specjalsa” czterogwiazdkowego admirała Erica Thora Olsona.
Młotem tego amerykańskiego Thora, który miał skruszyć afgańską rebelię były oddziały kobiece.
Przez Talibów traktowane jako”trzecia płeć”, ale przez Afgańczyków nie wojujących akceptowane, jako osoby mające kontakt z Afgankami i nie naruszające jednocześnie ich „poczucia honoru” czymkolwiek miałoby ono być.
Autorka skoncentrowała się na postaci Ashley White, jednej z pierwszych wojowniczek należących do Cultural Support Teams czyli Zespołów Wsparcia Kulturowego.
Nie były to jednak oddziały zajmujące się kursami kroju i szycia, poznawaniem afgańskiej kultury czy prowadzeniem pogadanek dla świeżo przybyłych rekrutów o zasadach panujących w tym kraju.
One pracowały razem z elitarnymi oddziałami U.S. Army podczas akcji bojowych jako wsparcie.
To one nie budząc dodatkowej wrogości „lokalsów” przeszukiwały pomieszczenia dla kobiet w celu wykrycia Talibów i potwierdzały płeć „wędrownych namiotów” (bo tak mniej więcej wygląda strój kobiecy w Afganistanie), sprawdzając czy jakiś „honorowy bojownik” nie przebrał się za kobietę.

To książka o trudnej służbie, ale również o amerykańskiej wojskowej biurokracji, która stała na drodze do stworzenia oddziałów CST. Okazuje się bowiem, że w kraju, którego „demokracja” jest „najlepsza na świecie”, a prawa kobiet do równouprawnienia są niemalże religią,  kobiety w mundurach.... nie mogły służyć w jednostkach bojowych na linii frontu, ani nawet znajdować się na okrętach czy w samolotach podczas misji.
Oczywiście powiewanie „stars and stripes” ma miejsce na co drugiej stronie książki w formie dość nachalnej,  nie mniej jednak "Wojna Ashley" to kawał solidnej literatury wojennej dotyczącej  nieznanej strony konfliktu na lini Afganistan- NATO,  który toczy się już, bagatela, 16 rok.
Ale jak to mawiają Afgańczycy od czasu wojen z Brytyjczykami w połowie XIX wieku - „wy macie zegarki, a my mamy czas".

Tytuł: Wojna Ashley. Nieznana historia wojskowej jednostki specjalnej złożonej z kobiet
Autor: 

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: kwiecień 2017

Książka jest aktualnie dostępna w księgarni internetowej platon24.pl




5/26/2017 11:17:00 AM

Szpiedzy Mossadu i tajne wojny Izraela - Yossi Melman, Dan Raviv

Szpiedzy Mossadu i tajne wojny Izraela -  Yossi Melman, Dan Raviv
Kolejna książka tego pisarskiego duetu, który dzięki swoim znakomitym kontaktom w środowisku wywiadowczym Izraela przybliża nam zarówno jego historię, jak i największe sukcesy i wpadki.
Dziennikarzom udaje się namówić na snucie wspomnień byłych szefów Mossadu, Amanu i Szin Bet. Mówią oni oczywiście jedynie to co mogą i chcą, jednak rzadko kiedy dochodzi do takich relacji  pomiędzy ludźmi mediów, którzy chcą, aby wszystko było jawne, a ludźmi służb, których celem jest utajnianie swoich działań. Oczywiście, znaczną cześć opisywanych tu historii zna każdy, kto interesuje się tajnymi służbami Państwa Żydowskiego, ale pojawiają się również informacje, z którymi zetkniecie się po raz pierwszy. Na przykład o współpracy wywiadów polskiego i izraelskiego, o tym, że Izraelczycy bardzo niechętnie dzielą się wiedzą nawet ze swoimi najbliższymi sojusznikami takimi jak np. CIA. To nie jest tajemnicą, ale po raz pierwszy ktoś o tym napisał wprost.
To również historia tego jak zmienia się samo państwo Izrael. Z miejsca, które miało stać się bezpiecznym schronieniem Żydów z całego świata, gdzie wszystko jest podporządkowane jednemu celowi – przetrwać, Izrael zmienia się, na swoje szczęście lub nieszczęście, we w miarę normalne państwo demokratyczne. Piszę – w miarę, bo w niewielu dojrzałych demokracjach obowiązkowa służba wojskowa (na okres 3 lat dla mężczyzn i 2 dla kobiet) obejmuje praktycznie wszystkich obywateli o niearabskim pochodzeniu. Wyjątkiem wśród Żydów są studenci uczący się w jesziwach – co dziwniejsze, bardzo chętnie korzystają oni z praw, jakie daje im państwo, jednocześnie, ze względów religijnych nie uznając go, bo jest świeckie.  Podobnie jest z wojskową cenzurą prewencyjną, będącą obecnie już tylko fikcją i przeżytkiem, nieocenzurowane informacje można znaleźć w tym samym kiosku, tylko w gazetach brytyjskich czy amerykańskich.
Zmiany dotyczą przede wszystkim rozwarstwiania społecznego, niechęci do pracy w kibucach i nawet emigracji młodych Izraelczyków np. do Niemiec, co jeszcze kilkadziesiąt lat temu byłoby całkowicie nie do pomyślenia.
Czy nadchodzi zmierzch prymatu Mossadu? Tak twierdzą Autorzy. Wymiera pokolenie, które wiedziało po co powstaje Izrael i było skłonne do wszelakich poświęceń w jego obronie. Dla młodych mieszkańców tego państwa widoczne są jego niedoskonałości oraz przeważa chęć robienia karier indywidualnych, bez oglądania się na tak zwane dobro wspólne i wyższe ideały. To z jednej strony dobrze, że trauma powoli mija, ale i niebezpieczne, bo Izrael bez wsparcia USA, któremu może płacić informacjami szanse na przetrwanie może mieć iluzoryczne.
Pytanie tylko czy to prawda, bo w świecie wywiadów dezinformacja to potężna broń.

Tytuł: Szpiedzy Mossadu i tajne wojny Izraela


Autor:
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania drugiego: maj 2017
Liczba stron: 184

2/14/2017 10:18:00 AM

Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy - Marcin Mamoń

Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy - Marcin Mamoń
"Wojna braci" to arcyciekawy reportaż jednego z dwóch Polaków porwanych przez Al.-Kaidę w Syrii. To także wnikliwa analiza, dzięki której Autor próbuje przybliżyć czytelnikom świat bojowników muzułmańskich walczących w różnych,  nie tylko muzułmańskich krajach (istnieją m.in. oddziały, które walczą po stronie ukraińskiej w Donbasie).
Znajomość ludzi, zasad jakimi się kierują oraz krajów, po których Marcin Mamoń podróżuje nie zapobiegła jego porwaniu, ale umożliwiła jego uwolnienie bez płacenia okupu (przynajmniej według oficjalnej wersji).
Na wiele spraw, a szczególnie na wojnę w Syrii patrzę zupełnie inaczej niż Autor.
Podczas pobytu w Arabii Saudyjskiej poznałem różnych Syryjczyków,  jednego z nich uważam za swojego przyjaciela, podobnie zresztą jak i on mnie.
Wiele faktów, o których pisze pan Marcin znam z relacji ludzi, z których część to zwolennicy prezydenta  Baszszara Hafiza al-Asada, inni to sympatycy Wolnej Armii Syryjskiej (brat jednego z moich znajomych jest jej pułkownikiem). Wysłuchałem też opinii zwyczajnych Syryjczyków, którzy żyją i pracują w Saudi jeszcze od czasów przedwojennych i nie są uchodźcami.
To wyznawcy różnych odłamów islamu - od ismailitów po sunnitów.
Moim zdaniem najtrudniej rozmawia się z sunnitami. Uważają, że jeżeli są większością, to powinni sprawować władzę, bo to demokracja. Tylko jak chcą z tej demokracji skorzystać, to już osobna kwestia.
Pojawiają się koncepcje od podziału Syrii pod względem religijnym na niezależne państewka, aż do wypędzenia chrześcijan do Libanu” bo przecież stamtąd przyszli”, a zwolenników obecnego prezydenta i resztę alawitów – do morza.
I, żeby było ciekawiej, te wersje potrafią się pojawić podczas jednej rozmowy, a wszystkie one padają ze strony zwolennika Wolnej Armii Syryjskiej i bynajmniej nie niedouczonego, zaczadzonego religijnie wieśniaka, tylko władającego trzema językami obcymi inżyniera.
Z innych książek, które czytałem ostatnio, jak na przykład „Ze Świętej Góry” Williama Dalrymple wyłania się zupełnie inna Syria przedwojenna, niż ta o której piszą przeciwnicy „reżimu”.
Jak się nie zajmowałeś polityką, to nikt nie zajmował się tobą - w relacji Dalrymple tak była opinia jednej z głów kościoła prawosławnego w Syrii.
Do tego – skutki „arabskiej wiosny” widać już w prawie wszystkich krajach, które ją sobie zafundowały.
Demokratycznie wybrany prezydent Egiptu, tak się przejął „demokratyzacją” państwa, że po niecałych dwóch latach gen. Abd al-Fattah Sa’id Husajn Chalil as-Sisi musiał go „zdymisjonować”,  bo już nawet armia nie miała cierpliwości do „demokracji” w wydaniu Bractwa Muzułmańskiego.
 Obalenie krwawego dyktatora Libii też doprowadziło do „demokratyzacji” i „umiłowania wolności” w tym kraju. Jedynymi islamistami, którzy demokratycznie zdobyli władzę i ją oddali z własnej nieprzymuszonej woli ze względu na nieumiejętność zarządzania krajem, do czego się sami przyznali byli członkowie Hizb an-Nahda w Tunezji. Żeby było zabawniej – władzę przejęli ludzie z otoczenia obalonego prezydenta.
A „powszechnie znienawidzonego” Baszszara Hafiza al-Asada  obalić  się nie dało przez tyle lat, mimo, że Rosjanie zaczęli go wspierać na szerszą skalę dopiero niedawno.
Jakoś międzynarodowa koalicja „miłośników demokracji” wspólnie z Wolną Armią Syryjską, „dobrą"  Al.-Kaidą, złą Al.-Kaidą oraz całkiem niedobrym Państwem Islamskim nie jest w stanie go usunąć.
A alawitów jest tylko 12-13% populacji.
Tak jak pisałem – jestem pełen podziwu dla odwagi, mądrości operacyjnej oraz znakomitego pióra Marcina Mamonia, jednak z jego poglądami fundamentalnie się nie zgadzam.
Ciekaw jestem Waszej opinii na temat tej niezwykle interesującej relacji.

Tytuł: Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy

Autor: Marcin Mamoń
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: marzec 2017

2/09/2017 02:17:00 PM

Dzieci Abrahama - Robert Littell

Dzieci Abrahama - Robert Littell
"Dzieci Abrahama" to lektura z gatunku political-fiction, a jej akcja rozgrywa się, jak to określa Autor, „w niedalekiej przyszłości”.
Patrząc na obecne realia polityczne ta przyszłość raczej nie jest najbliższa, bo póki co prezydentem USA nie jest kobieta, a i priorytety Donalda Trumpa są dość odległe od priorytetów polityki amerykańskiej wynikającej z treści książki.  W „Dzieciach Abrahama” bowiem celem administracji nie wymienionej z nazwiska pani prezydent jest doprowadzenie do osiągnięcia pokoju pomiędzy Izraelem i Palestyną.
Wspólnie z głównymi partnerami USA – Wielką Brytanią i Francją poprzez długotrwałe negocjacje, wzmocnione sankcjami nałożonymi zarówno na Izrael, jak i na część państw arabskich, przy wydatnym wsparciu Arabii Saudyjskiej udaje się zmusić obie zwaśnione strony nie tylko do zajęcia miejsc przy stole rokowań pokojowych (bo to już było m.in. w Camp David i Oslo, jednak nigdy nic z tego na dłuższą metę nie wynikało), ale i do osiągnięcia porozumienia.
Taki kompromis, choć nie satysfakcjonował w pełni żadnej ze stron, to był akceptowalny zarówno dla Izraela, jak i Palestyny. Za kilka dni ma zostać podpisany traktat pokojowy i powstać Państwo Palestyńskie. Jednak w obu krajach są siły, dla których jakikolwiek układ pokojowy jest nie możliwy do przyjęcia z powodów religijnych. Ze strony izraelskiej przedstawicielem najbardziej twardogłowych przeciwników powstania Palestyny jest rabin Izaak Apfulbaum, duchowy przywódca żydowskiego podziemia zbrojnego „Keszet Jonatan” którema swoim koncie zabójstwa palestyńskich polityków oraz nieudaną próbę zamachu na Kopułę na Skale.
Po drugiej stronie jest przywódca palestyńskich bojowników (nazwanie ich terrorystami, a użycie innego określenia wobec „Keszet Jonatan” byłoby niesprawiedliwe) ugrupowania o nazwie Islamska Brygada Abu Bakra. Ismail al.- Szaat.
Brygada dokonuje udanego porwania rabina, czym chce wpłynąć na wstrzymanie procesu pokojowego, żądając oczywiście uwolnienia ponad 100 swoich towarzyszy walki z więzień na całym Bliskim Wschodzie.
Jest to oczywiście niezgodne z izraelską polityką nienegocjowania z porywaczami. Do akcji wkraczają więc izraelskie służby specjalne.
Sama fabuła jest dość marnej jakości, bo przewidzenie zakończenia oraz to, kto jest kim również nie nastręczy wątpliwości po kilkudziesięciu kartkach powieści.
Jednak jest kilka elementów, które skłaniają do przeczytania tej ksiązki.
Okazuje się bowiem, co również dla ludzi o pewnym poziomie zrozumienia świata zaskakujące nie jest, że tak naprawdę i Żydzi i Palestyńczycy to ten sam wektor, tylko zwroty przeciwne.
Opierają się w znacznej części na tych samych teksach i w przeciwieństwie do znakomitej większości chrześcijan dowolnej proweniencji, to co czytają odnoszą do swojej własnej historii, ziemi i tradycji.
Nie muszą się zastanawiać o co właściwie chodzi z tym dobrym Samarytaninem, bo spora część Palestyńczyków pochodzi z Samarii :-D
Fanatycy po obu stronach też niczym się od siebie nie różnią, tylko powołują się na inne fragmenty wspólnych świętych ksiąg.
A do tego wisienka – Żydowi w przypadku zagrożenia życia wolno przejść na islam, ale nie na chrześcijaństwo. Bo dla ortodoksyjnych Żydów chrześcijanie to politeiści :-D

 Tytuł: Dzieci Abrahama
Tytuł oryginału: Vicious Circle
Autor:
Jan Kraśko
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Data wydania polskiego: marzec 2016
Liczba stron: 260

1/20/2017 02:39:00 PM

Cztery pory roku w afgańskiej wiosce. Reportaże o wyplataniu dywanów - Anna Badkhen

Cztery pory roku w afgańskiej wiosce. Reportaże o wyplataniu dywanów - Anna Badkhen
Anna Badkhen, urodzona w Leningradzie, a mieszkająca obecnie w Filadelfii dziennikarka w swojej książce opisuje życie Uzbeków mieszkających w Afganistanie. Jednak nie są to „młodzi, wykształceni, z wielkich miast” takich jak Kabul , Herat, Kandahar czy stolicy wilajatu Balch Mazar-i Szarif. Owszem, czasami udają się do stolicy prowincji po niezbędne zakupy, ale jest to wielkie wydarzenie dla lokalnej społeczności, a wspomnienia z podróży urozmaicają ich życie przez wiele kolejnych dni. To mieszkańcy wioski Oka w wilajacie Balch o istnieniu której niewiele lub zgoła nic nie wiedzą afgańscy urzędnicy. Tak biednej, że nawet talibowie nie są zainteresowani pobieraniem „zakatu” na swoją działalność a i mułła się pojawia tylko z okazji ślubów (ostatni miał miejsce 10 lat temu) bo mieszkańcy nie są w stanie niczym go ugościć.

Jedynym źródłem dochodu są przepięknie, ręcznie tkane dywany, których wartość rynkowa w krajach Zatoki Perskiej czy USA sięgają od 5.000 do 25.000 $. Wykonane w tej samej technologii, w jakiej wykonany był dywan, który wysłał swojej matce jako prezent Aleksander Wielki. Jednak to nie ci niepiśmienni wieśniacy (a nie przepraszam - jedna osoba umie czytać i pisać) czerpią krociowe zyski z tej produkcji. Za rok ciężkiej, żmudnej, codziennej pracy tkaczki otrzymają zawrotną kwotę sięgającą …400$ za gotowy dywan. To miejsce, w którym opium jest tańsze od ryżu, a ma tą zaletę, że nie tylko oszukuje głód, ale również usuwa bóle stawów i mięśni, jakie są efektem tkania.

Gdzie cywilizacja w postaci generatora prądu razem z liniami przesyłowymi do każdego domu jest darem równie szlachetnym co bezsensownym, bo nikogo we wsi nie stać na wydatek rzędu.... 60 centów na ropę do generatora na rodzinę dziennie. Mężczyźni głównie marzą o tym, cóż też zrobią ze swoim życiem, ale na marzeniach, postanowieniach i określaniu kolejnych terminów wstąpienia do wojska, policji lub podjęcia innej pracy w mieście się kończy.

Postępujące pustynnienie zamieszkiwanego przez nich obszaru corocznie zmniejsza ilość zwierząt, które można upolować, a najbliższe drzewa, które rosły w Oce jeszcze całkiem niedawno (oczywiście stosując afgańską miarę czasu) są już tylko wspomnieniem. Jednak nawet ta sytuacja nie jest w stanie zmobilizować mieszkańców do podjęcia jakichkolwiek działań, które mogłyby wpłynąć na poprawę ich losu. Są ludźmi gościnnymi i dzielą się z Anną wszystkim co mają, a mają naprawdę niewiele.

Marazm, życie toczące się ustalonym od wieków rytmem, gdzie zamiast kalendarza a nawet zmian pór roku stosowana jest inna metoda odmierzania czasu- wykonanie dywanu. To jest podstawą ich egzystencji i sensu życia.
Jest to próba odpowiedzi na odwieczne pytanie „być czy mieć”, ale w formie absolutnie radykalnej.

Śmiertelność dzieci do lat 5 jest zastraszająca, a znakomita większość z nich jest uzależniona od opium od fazy prenatalnej. Mleczko makowe jest stosowane już u dzieci kilkudniowych jako środek uspakajający.
Skuteczność czasami przechodzi oczekiwania, po podawaniu go dziecku mającemu kilka dni jest ono bardzo spokojne, spokojne do tego stopnia, że nie zakłóca spokoju nawet oddychaniem.
Dostępność darmowej pomocy medycznej jest praktycznie żadna, ale kiedy już podjęta zostanie decyzja o wyjeździe do państwowej kliniki, wyglądającej jak z horrorów, to pierwszą czynnością, jaką podejmuje pediatra przez podjęciem leczenia jest ..detoks dziecka a czasami, jak wystarcza leków również marki.

Szczerze podziwiam fascynacje Anny Badkhen tą społecznością, ale jednocześnie jakoś dziwnie nie odczuwam potrzeby aby „ubogacali mnie kulturowo" w Polsce lub. Europie.


 Tytuł: Cztery pory roku w afgańskiej wiosce. Reportaże o wyplataniu dywanów
Tytuł oryginału: The World is a Carpet: Four Seasons in an Afghan Village
Autor: Anna Badkhen
Tłumaczenie: Maria Białek
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Data wydania: styczeń 2017
Liczba stron: 352 
 






9/15/2016 09:46:00 AM

Sekrety księżniczki - Jean Sasson

Sekrety księżniczki - Jean Sasson
Mimo, że nie czytałem innych recenzji, przed napisaniem swojej, mam pewne wyobrażenie, których aspektów mogły dotyczyć w odniesieniu do tej książki. Nie robię tego z dwóch powodów.
Po pierwsze – nie chcę się sugerować czyimiś spostrzeżeniami. Po drugie chcę uniknąć, płynącej z normalnego, ludzko-wielbłądziego lenistwa, pokusy podkradnięcia co bardziej smakowitych sformułowań :-D
Wracając do meritum – odniosę się do kwestii poczucia bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie oraz tego, jak to wygląda oczyma osób które do Jego Wysokości Króla Salmana ibn Abd al-Aziz Al Su’uda zawracają się per „stryjku”.
W czasach, kiedy mieszkałem w Królestwie Arabii Saudyjskiej o bezpieczeństwie się nie mówiło.
Zasada podobna do tej,  że "dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, bo dżentelmeni pieniądze mają" :)
Oczywiście, że można było wyczuć kiedy „coś” wisiało w powietrzu. Zwiększała się ilość patroli policyjnych, nad głowami latało więcej myśliwców niż za zwyczaj, pojawiały się dodatkowe check-pointy obsadzone przez wojsko i generalnie sporo pojazdów, których przeznaczenia nie trzeba było się długo domyślać, bo np. umocowany na pick-upie ciężki karabin maszynowy mówił sam za siebie.
O tym, co się działo gazety informowały, wtedy kiedy było już po fakcie i można było ogłosić sukces albo … w ogóle nie informowały :-D
A w „Sekretach księżniczki” informacji o zabezpieczeniach na wypadek godziny „W” jest nadzwyczaj dużo.
Nie jestem człowiekiem, aż tak naiwnym, żeby uważać, że księżniczka Sułtana (lub jak się Ona naprawdę nazywa) popełniła tego typu niedyskrecje - po pierwsze bezwiednie -  tak sama z siebie bez głębszej refleksji, a po drugie, że pierwotnej wersji książki nie czytał nikt ze służb saudyjskich.
Co do kwestii pierwszej – księżniczka Sułtana jest kobietą dojrzałą i odpowiedzialną, wychowaną w rodzinie królewskiej, gdzie bez wątpienia od dziecka były jej wpajane zasady bezpieczeństwa.
Po drugie - służby saudyjskie, to nie są amatorzy i nie dopuściłyby do publikacji jakichkolwiek wrażliwych informacji mogących choćby o promil obniżyć bezpieczeństwo rodziny królewskiej..
Po co więc  informacje o ukrytych, sekretnych komnatach w pałacach Rodziny Saudów, czy tak jak w przypadku księżniczki Mehy – dokumenty, w tym paszport, ukrywające jej prawdziwą tożsamość?
Tudzież informacje o lękach najmłodszej córki Sułtany – księżniczki Amani dotyczących zagrożeń płynących ze strony Daesh?
Wydaje mi się, że powody mogą być dwa.
Pierwszy - to chęć pokazania, że rodzina królewska nie jest oderwana od rzeczywistości i zadaje sobie takie same pytanie, jak zwykli Saudyjczycy.
A odpowiedź jest taka jak powinna : „Si vis pacem, para bellum” czyli w wolnym wielbłądzim tłumaczeniu „jak chcesz mieć spokój, miej pod ręką Parabellum (kal. 9 mm)
Kolejny przekaz, moim skromnym zdaniem, brzmi, że Jego Wysokość Król też zna te zagrożenia i tak kieruje państwem, aby ryzyka ograniczyć do absolutnego minimum.
Powód drugi to pokazanie światu, jakie konsekwencje dla samej rodziny królewskiej mają podjęte decyzje o walkach z Daesh i jemeńskimi rebeliantami.
Co przez to rozumiem?
Przekaz jest dla mnie jasny i mówi
Zobaczcie, nasze córki i żony też się obawiają, tak jak wasze. Jednak musieliśmy podjąć takie decyzje, znając ich przykre implikacje, ażeby przez zaniechanie działań konsekwencje nie były jeszcze gorsze.”
Tytuł: Sekrety księżniczki
Tytuł oryginału: Princess: Secrets to Share
Autor: Jean Sasson
Tłumaczenie: Grzegorz Łuczkiewicz
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania polskiego: wrzesień 2016
Liczba stron: 400






8/17/2016 10:48:00 AM

Afgańska perła - Nadia Hashimi

Afgańska perła - Nadia Hashimi
Poruszająca historia dwóch kobiet – praprababki i żyjącej 100 lat po niej (czyli w roku 2007) 13-latki.
Szekiba – urodzona pod koniec XIX w. żyje w normalnej, wielodzietnej rodzinie, ma kochającego ojca - Isamila, który jako dobry gospodarz jest solą w oku swoich braci. Ismail odziedziczył po swoim ojcu spłachetek ziemi, z którego jest wstanie wyżywić rodzinę. Ma dwóch dorodnych synów, którzy dla każdego Afgańczyka stanowią powód do dumy i gwarancję dobrobytu rodu. 
Szekiba  była bardzo ładnym dzieckiem, jednak w wieku 2 lat, przez nieuwagę, wylała sobie na połowę twarzy wrzący olej. Wszelkiego typu oszpecenia, bądź kalectwo są uznawane za karę Allaha dla rodziny i prestiż takiej familii mocno podupada. To niestety, nie koniec nieszczęść. W roku 1903 przychodzi epidemia cholery. Umierają bracia, siostry i matka Szekiby. Ona sama, z podupadającym na zdrowiu ojcem, prowadzi gospodarstwo.
Niebawem umiera też ojciec Szekiby.  Mając na względzie to, że jako dziewczyna, w dodatku oszpecona będzie nikim w lokalnej społeczności ukrywa fakt śmierci Ismaila i sama uprawia swoje poletko.
W ich domu pojawiają się jednak stryjowie, którzy „w obronie honoru rodu” zabierają Szekibę do swojego obejścia. Oczywiście przywłaszczają sobie schedę po Ismailu,  Szekiba zaczyna być traktowana jak służąca, a następnie oddana za długi do nowego właściciela – tak staje się niewolnicą.
Jako że jest „krnąbrna” oraz może stać się doskonałym prezentem dla przejeżdżającego przez wioskę władcy Afganistanu zostaje podarowana jako kandydatka na strażniczkę haremu. Brzydkie i silne kobiety mają tam zastąpić tradycyjnych męskich strażników (z dość oczywistych powodów – a eunuchów w tej kulturze chyba nie ma, bo nic na ten temat w żadnej publikacji nie znalazłem. 
 
Druga z bohaterek to Rahima. Żyje w tej samej wiosce 100 lat później, również w licznej rodzinie. Dramatem jest brak choćby jednego syna – Rahima ma 4 siostry. Jej ojciec – Arif prowadzi niewielki zakład. W młodości był mudżahedinem walczącym z Rosjanami pod dowództwem lokalnego watażki – Abdula Chaliqa który, rzekomo w celu uodpornienia na okropieństwa wojny, zaczął „częstować” swoich bojowników opium. Arif uzależniony od tego narkotyku, stał się bardzo agresywny w stosunku do swoich najbliższych. Dziewczynki chodziły do szkoły, ale gdy jako dorastające panienki zaczęły być adorowane przez swoich rówieśników,  ojciec zabronił im uczęszczania na zajęcia, bo "może zostać narażony na szwank honor rodu”. Na polecenie ojca dziewczynki dostały zakaz opuszczania domu. Wtedy siostra Raisy (matki Rahimy), ciotka Szaima,  wpadła na pomysł w jaki sposób ułatwić życie rodzinie. Ponieważ Raisa sama nie jest w stanie zajmować się wszystkim, co wymaga wychodzenia z domu, Rahima zostaje „bacza posz” – czyli dziewczynką przebraną za chłopca.
Tradycja „bacza posz”  wywodzi się (według legendy) od decyzji dobrotliwego mułły, który po narodzinach kolejnej dziewczynki w rodzinie uznał ją za… chłopca. To uratowało „honor rodu”,  oraz prawdopodobnie ocaliło życie kobiecie, która nie była w stanie wywiązać się z „obowiązku” urodzenia syna. 
Nikogo więc nie zdziwiło, że pojawił się  „Rahim” .
Wystarczyło obciąć dziewczynce włosy, ubrać w męski strój i gotowe. Syn jak malowanie.
Powrót do żeńskiej postaci w przypadku „bacza posz” następuje z reguły po pojawieniu się drugorzędnych cech płciowych. Jednak w tym przypadku obwiązywanie drobnego biustu „Rahima” trwało dość długo. Pewnego razu zobaczył jego/ją Abdul Chaliq. Dodatkowo naćpany Arif poskarżył się swojemu „dobroczyńcy” że ma problem, bo....  urodziło mu się 5 córek.
W takim przypadku „gubernator wojskowy” podjął decyzję aby „pomóc” swojemu poddanemu. Zaproponował małżeństwa 3 córek – 13 –letnią Rahimę miał poślubić on sam , a 14 i 15 latkę - jego kuzyni. Oczywiście wszystko w celu „obrony honoru rodu” Arifa.
Geny praprababki były dość silne w Rahimie, która dodatkowo poznała inny świat, jako chłopiec i wcale nie myślała  o tym, jak wielkie spotyka ją szczęście, że zostanie 4 żoną „wielkiego człowieka”. Rahima nie zamierzała pogodzić się z rolą typowej afgańskiej kobiety.

Ta kolejna  w naszej kolekcji, lektura dotycząca Afganistanu, napisana przez urodzoną Stanach Zjednoczonych w rodzinie afgańskich imigrantów Nadię Hashimi  doprowadziła mnie do poniższej konstatacji.
Otóż wbrew temu co twierdzą moje ulubione „-lożki”,  a także zwolennicy multi-kulti i podobnych „ubogacających kulturowo Europę" idei - ksenofobia może wynikać z innych powodów niż niewiedza i lęk przed nieznanym.
Tę ksenofobię, o której ci „uczeni w piśmie” mówią roboczo nazwałem „wrodzoną” .
I tej nie miałem. Traktowałem ludzi jako ludzi i nie miało dla mnie znaczenia, kto się gdzie urodził czy wychował.
Pojawiła się inna – „nabyta” . Ta akurat bierze się z tego, że nie patrzę przez różowe okulary na różnice w systemie wartości, jaki mają ludzie z innych kręgów kulturowych.
Pojęcie „honoru” oraz „tradycji” w wersji w występującej w Afganistanie jest mi skrajnie obce. Traktowanie kobiet jak przedmiotów, pozbawienie możliwości rozwoju i edukacji oraz wymyślanie najdziwniejszych zasad, których naruszenie w ten „honor” może godzić - to nie jest moja bajka.
W książce pojawia fragment, w którym Szekiba udaje się potajemnie do „malika” czyli urzędnika państwowego z aktem własności ziemi, którą powinna odziedziczyć po swoim ojcu. Urzędnik podarł dokument ze słowami:
 ”… Dziewczyno nie masz bladego pojęcia o tradycji…”.
Następny akapit dotyczy już czasów współczesnych
„… Mimo, że od czasów Szekiby minął niemal wiek, tradycja wcale nie straciła na znaczeniu…”
Nie chciałbym mieszkać pomiędzy tymi ludźmi w Polsce lub w jakimkolwiek kraju cywilizacji Zachodu ponieważ, ani chybi, musiałbym „uszanować odmienność kulturową mniejszości”. Tym bardziej, nie chciałbym mieszkać w Afganistanie - tam musiałbym zaakceptować prawo większości.
Odnośnie „honoru” Afgańczyków i jego, w moim pojęciu, wynaturzonej interpretacji posłużę się  następującym przykładem.
Polacy w latach 80 wspierali afgańskich mudżahedinów w walce przeciw wojskom ZSRR. Podobno było ich tam ok. 60, ale znane mi są losy pięciorga   - nie licząc naszego byłego Ministra Spraw Zagranicznych, który był tam tylko” korespondentem wojennym  uzbrojonym w „kałasza",  bo „mężczyźnie nie wypada w Afganistanie chodzić bez broni” :-D. 
Będę się posiłkował artykułem "Polacy w Afganistanie
I cóż tam znajdziemy o honorowych Afgańczykach?
Ano to:
„…Joanna Strzelczyk pisze, że poza Sikorskim w Afganistanie przebywało co najmniej pięcioro innych Polaków: Andy (Andrzej) Skrzypkowiak, Lech Zondek, Jacek Winkler, Stasia Zedziełko i Marek Śliwiński. Dwie osoby z tego grona zginęły, ale nie z ręki sowieckiej. Byli to Andy Skrzypkowiak i Lech Zondek.
Andy Skrzypkowiak (1951-1987) był brytyjskim operatorem filmowym (stacja CBS), ale był synem Polaka-żołnierza spod Monte Cassino. Matka, Nina, z domu Michałowska, była córką oficera polskiego zamordowanego przez NKWD w Katyniu w 1940 roku. Przedtem  Skrzypkowiak był komandosem w jednostce SAS (British Spacial Air Service). Do Afganistanu przybył po raz pierwszy w 1983 roku i powracał tu jeszcze dziesięć razy (przebywał w Afganistanie od 6 tygodni do 4 miesięcy) i kręcił rewelacyjne filmy z samej linii frontu. Afganowie podziwiali go za odwagę, nawet sam [Ahmad Szach - przypis mój] Masud. Zaprzyjaźnił się z Radkiem Sikorskim podczas jego pobytów w Afganistanie. Został 9 listopada 1987 roku zamordowany przez partyzantów z fanatycznej partii Hezb-e-Islami w Nuristanie, we wschodnim Afganistanie.
Natomiast Lech Zondek (ur. 1952), emigrant – Polskę opuścił w grudniu 1980 roku i w maju 1981 roku osiadł w Australii, gdzie uczestniczył w działalności niepodległościowej i solidarnościowej. Zapewne w 1983 roku podjął decyzję walki z sowieckimi wojskami okupacyjnymi w Afganistanie, aby walczyć o wolność dla tego kraju, a pośrednio dla Polski. Razem z Jackiem Winklerem pojechał do Afganistanu po to, by walczyć z bronią w ręku. W czerwcu 1984 udał się do Pakistanu, a stamtąd do Afganistanu. Walczył w szeregach powstańczych głównie w prowincji Paktika. Nosił czapkę z orzełkiem w koronie..
Zondek nie zginął w walce. Okoliczności jego śmierci opisuje Sikorski: w osadzie w Nuristanie usiłował nauczyć mieszkańców walki wręcz. Gdy chwytem dżudo rozbroił pozorującego atak Afgańczyka, ten - publicznie upokorzony - zranił go nożem w rękę.
To doprowadziło do katastrofy. W czasie wspinaczki przez góry (w rejonie wsi Nikmuk) Zondek nie zdołał utrzymać się na chorej ręce i odpadł od skały. Zginął na miejscu. Koledzy znaleźli jego ciało 5 lipca 1985 roku. Na grobie postawili krzyż z napisem „Lech Zondek, 1.02.52 – 4.07.85 a Polish Soldier” (polski żołnierz). Krzyż później wieśniacy zużyli na opał…”
Nie dziwcie się więc, że jakoś niespecjalnie pałam miłością do tej (a właściwie tych) nacji. 
Nie ma kogoś takiego jak „Afgańczyk” . to jedynie nazwa geograficzna, ponieważ ważniejszym dla mieszkańców tego kraju jest przynależność do jednego z ponad 20 narodów lub, co jeszcze ważniejsze – klanów.
 „..Pasztunowie, zw. też Afganami (42% ogółu ludności — 2000), Tadżycy (27%), Hazarowie (9%), Beludżowie, Nuristańczycy i in. oraz ludy tur. z rodziny ałtajskiej: Uzbecy (ok. 9%), Turkmeni i Kirgizi…” [źródło]
To skrajna odmienność jest dla mnie nie do zaakceptowania – nie mieści się w moim systemie wartości.
I za cholerę nie chcę być w ten sposób „ubogacony kulturowo”.
Czy jest jakaś szansa dla Afganistanu i dla kobiet z tego kraju?
Pewnie jest, bo raz już się to udało. Był taki okres w historii Afganistanu, kiedy płeć piękna miała prawa. Kobiety mogły chodzić ubrane po europejsku, samodzielnie, bez asysty męskich opiekunów. Mogły zdobywać wykształcenie. I do tej pory są to niemal jedyne wykształcone Afganki mieszkające w tym kraju. 
Kiedy to było? 
Od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia aż do 1989 roku. Tak, to za niesłusznych lat afgańskiego komunizmu i radzieckiej okupacji, które bohatersko zwalczało CIA przy wsparciu służb specjalnych Pakistanu i ludzi niejakiego szejka Osamy bin Ladena.
Myślę, ze afgańskie kobiety są im dozgonnie wdzięczne za to zwycięstwo nad „bezbożnym komunizmem
Nie, nie jestem miłośnikiem tego systemu, co ktoś mógłby z tego tekstu wywnioskować.
Stwierdzam tylko fakty.

Powiązane recenzje:
Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie - Jenny Nordberg

Poniższe zdjęcia (z pierwszego ostatniego)wykonał w latach 70-tych  Mohammad Humayon Qayoumi - aktualnie jeden z doradców prezydenta Afganistanu.
Źródło 

źródło









Tytuł: Afgańska Perła
Tytuł oryginału: The Pearl That Broke Its Shell
Autor: Nadia Hashimi
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Kobiece
Data wydania polskiego: październik 2015 
Tłumaczenie: Monika Pianowska
Liczba stron: 480

 

8/12/2016 11:01:00 AM

Śmiejąc się w drodze do meczetu. Przygody muzułmanki w zachodnim społeczeństwie - Zarqa Nawaz

Śmiejąc się w drodze do meczetu. Przygody muzułmanki w zachodnim społeczeństwie - Zarqa Nawaz
Świat islamu jest dla nas nieco tajemniczy i zagadkowy.
To samo mogą powiedzieć muzułmanie o świecie „białych ludzi”.
Urodzona w Wielkiej Brytanii, a dorastająca i mieszkająca w Kanadzie - Zarqa Nawaz - córka pakistańskich imigrantów próbuje to pokazać w swojej  pełnej humoru i autoironii opowieści.
Autorka, wychowywana przez konserwatywnych rodziców, wykorzystuje hadisy do....  usprawiedliwienia buntu nastolatki i wykazania rodzicom, że jest bardziej prawowierną muzułmanką niż oni.
Z tej opowieści wnika jedna ważna kwestia – dość duża część konserwatywnych muzułmanów ma spore problemy z….. własną religią.
Wyznają coś, co jest bardziej obrządkowe i wynikające z wpływu innych kultur,  a dopiero później uzasadniane jako wymóg religijny. I mają poważne problemy z wskazaniem konkretnej hadisy czy sury, na które się powołują.
Z prostej przyczyny - takowe nie istnieją.
Nieco przypomina mi to naszych, swojskich „obrządkowców”, którzy coś tam mechanicznie mamroczą, nie specjalnie rozumiejąc treść mamrotanego tekstu.
O sensie tekstu nie wspomniawszy.
Kiedy w meczecie, do którego pilnie uczęszcza Autorka, pojawia się saudyjski imam, a w ślad za nim zasłona (którą niezrównana Zarqa od razu porównuje do…  gigantycznej zasłony prysznicowej) Zarqa zadaje imamowi proste pytanie „dlaczego” ?
Bo w ani w Koranie, ani w żadnych innych zapisach z czasów Proroka Mahometa takich restrykcji nie było. Imam oburzony  oraz ugodzony w swej powadze i znaczeniu…   bohatersko umyka mówiąc coś o „Źle wychowanych kobietach, którym na za dużo mąż pozwala”.
Skutkuje to powstaniem… filmu o tym, czy zasłony i wszelkie formy segregacji mężczyzn i kobiet w domach modlitwy są tylko tradycją czy mają uzasadnienie religijne.
I Zarqa znajduje autorytet, który mówi te znamienne słowa:
”…To problem kulturowy, a nie religijny. Nie ma żadnych wskazań do stawiania barier. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy islam, zataczając szersze kręgi, zaczął wchłaniać kultury, w których segregacja płciowa była normą. Współcześnie zarówno mężczyźni jak i kobiety muszą na nowo dojrzeć do wspólnego oddawania czci Bogu. Do tego czasu jedynymi miejscami pozbawionymi barier będą te meczety, w którym imam ma silną pozycję, względnie gdzie wierni nalegają na równouprawnienie…”.
Decyzje takie jak wybór imienia, obrzezanie czy kwestie obrzędów pogrzebowych w islamie Zarqa Nawaz pokazuje w sposób przystępny i zrozumiały dla ludzi z innego kręgu kulturowego.
Przykład ?
A proszę bardzo:
„…Stare muzułmańskie zasady są dość rygorystyczne, gdy idzie o śmierć: kto umarł w Vegas, zostanie pochowany w Vegas (aczkolwiek będzie może musiał się tłumaczyć z tego, co w ogóle robił w Vegas, swoim konserwatywnym krewnym)…”
Zarqa przybliża nam kulturę muzułmańską, opisując np. własny hadż. Poza wzniosłymi przeżyciami duchowymi ma również obserwacje, na które w życiu byście nie wpadli. Bo co można powiedzieć o osobie, która podczas jednej z najważniejszych powinności prawowiernego muzułmanina potrafi zauważyć, że część pielgrzymów z zachwytem porównywalnym z zobaczeniem Kaaby podziwia… windę w supermarkecie. Bo też ją widzą pierwszy raz w życiu.
Mimo aranżowanego małżeństwa Zarqa miała wpływ na wybór kandydata - nie zgodziła się wyjść za jednookiego księgowego, będącego zapalonym wędkarzem.
Choć, według Jej matki kandydat był świetny, bo miał dobrą i stałą pracę umożliwiającą zapewnienie godnego bytu rodzinie.
Reporterka, autorka scenariusza do serialu „Meczecik na prerii”, matka czwórki dzieci panicznie bojąca się dżinnów.
Oto Zarqa Nawaz w całej krasie i okazałości :-D

Tytuł: Śmiejąc się w drodze do meczetu. Przygody muzułmanki w zachodnim społeczeństwie
Tytuł oryginału: Laughing All the Way to the Mosque. The Misadventures of a Muslim Woman
Autor: Zarqa Nawaz
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Kobiece
Data wydania polskiego: maj 2016   
Tłumaczenie: Urszula Gardner
Liczba stron: 264


Zarqa Nawaz

8/11/2016 12:01:00 PM

Państwo Islamskie - Patrick Cockburn

Państwo Islamskie -  Patrick Cockburn
Ostatnio pojawiło się sporo ciekawych pozycji dotyczących ISIS, Daesh lub ISIL – jak kto woli.
Tym razem o ocenę sytuacji pokusił się Patrick Cockburn - korespondent poważnych periodyków m.in. „The Independent”, „Financial Times” i „The London Review of Books”.
Są to artykuły pisane do roku 2014, ale Autor ma ewidentnie zdolności prekognicyjne, ponieważ opisując pewne fakty przewiduje ich konsekwencje w najbliższym czasie.
I często, niestety, ma rację.
Obserwacje tego doświadczonego korespondenta z krajów Bliskiego Wschodu pokrywają się z wnioskami, do jakich dochodzi każdy, kto ma IQ powyżej rozmiaru własnego buta. Otóż winnym obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie jest „wybitny polityk” amerykański Lewis Paul Bremer III - były amerykański administrator cywilny Iraku.
Wielokrotnie już w swoich publikacjach wskazywałem na tego „geniusza Mezopotamii”, który jedną  decyzją doprowadził do całkowitego rozpadu Iraku. Mowa oczywiście o „debaasyfikacji” administracji, wojska, służb specjalnych i policji. Problem polegał na tym, że  podobnie jak w krajach demokracji ludowej, także w Iraku, legitymacja partyjna dawała szansę na rozwój i awans.
Jakby popatrzeć na obecną sytuację w Polsce…   hmm, ale nie to nie jest temat naszych rozważań :-D
Tak się zastanawiam – jeżeli w USA może trafić do więzienia np. niezamężna kobieta skacząca ze spadochronem w niedzielę na terytorium stanu Floryda to dlaczego nie można postawić w USA przed sądem faceta, który swoją decyzją doprowadził do rozpadu państwa albo i państw (biorąc pod uwagę konsekwencję jego czynu dla Syrii) i do śmierci dziesiątek, jeśli nie setek tysięcy ludzi???
Usunięcie wszystkich członków partii Baas z urzędów, administracji i resortów siłowych doprowadziło do pojawienia się na „rynku” dużej ilości fachowców w wielu niezbędnych branżach (łącznie z byłym irackim ministrem odpowiedzialnym za sprzedaż ropy naftowej, który skutecznie omijał restrykcje nałożone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ,  zgadnijcie dla kogo on teraz pracuje).
Dalsze ruchy amerykańskie pogłębiły problem. Wspieranie rządu szyickiego doprowadziło do radykalizacji irackich sunnitów. Ataki na Syrię w celu obalenia Prezydenta Asada oraz dostarczanie broni każdemu, kto jest antyasadowski kończy się tym:
„…Są zdeterminowane (Arabia Saudyjska, Turcja, ZEA), by odsunąć Asada od władzy za pomocą wojny zastępczej pomiędzy szyitami i sunnitami. Jak to robią? Oferując miliony dolarów i tony broni każdemu, kto chce walczyć z Asadem. Problem w tym, że większa część wsparcia trafia do bojowników Frontu Al.- Nusra, terrorystów z Al.- Kaidy i dżihadystów przyjeżdżających ze wszystkich stron świata”
Zgadniecie, kto to powiedział ? Podejrzewacie Władimira Władimirowicza Putina?
Nie, to powiedział, ni mniej ni więcej, tylko …– wiceprezydent USA Joe Biden podczas konferencji zorganizowanej przez Instytut Polityki Uniwersytetu Harwardzkiego  (2 października 2014).
Tak, to przedstawiciel tej samej administracji, która na uzbrajanie „umiarkowanych rebeliantów” w Syrii wydała okrągły miliard USD.
Przedstawiciel rządu irackiego, w odpowiedzi na skargę biznesmena z Turcji, który prowadził inwestycję na terenach, na które docierali bojownicy ISIS i żądali „opłat za ochronę” stwierdził … „To powinieneś to przewidzieć i dopisać do kosztorysu” 
Dodatkowo Patrick Cockburn zwraca uwagę na to, dlaczego sunnici godzą się na życie pod rządami ISIS.
To proste – obowiązuje jakieś prawo. Okrutne, brutalne, bezwzględne, ale prawo. Egzekwowane na dodatek. Zamiast bombardowania ich domów, administracja ISIS doprowadza do nich elektryczność i wodę.
A drugi cytat potraktowałem jako podsumowanie :
„ … To Stany Zjednoczone, Europa i ich sojusznicy w regionie – Turcja, Arabia Saudyjska, Katar, Kuwejt i ZEA – doprowadziły do powstania Państwa Islamskiego. To oni wspierali sunnickie powstanie w Syrii, które rozprzestrzeniło się również na Irak. To oni prowadzili wojnę w Syrii, choć już w 2012 r. jasne było, że rząd Asada utrzyma się u władzy. W jego rękach znajdowało się trzynaście z czternastu regionalnych stolic, mógł również liczyć na wsparcie Rosji, Iranu i Hezbollahu. Mimo to jedynym warunkiem, jaki postawiono Asadowi podczas drugiej tury rozmów pokojowych w Genewie, która odbyła się w styczniu 2014 roku było całkowite zrzeczenie się władzy…”

Tytuł: Państwo Islamskie
Tytuł oryginału: The jihadis return
Autor: Patrick Cockburn
Tłumaczenie: Martyna Bielik
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy PWN
Data wydania polskiego: marzec 2015
Liczba stron: 205


8/09/2016 12:14:00 PM

Dżihad! Tajna wojna w Afganistanie - Tom Carew

Dżihad! Tajna wojna w Afganistanie - Tom Carew
Tom Carew - żołnierz SAS - elitarnej jednostki komandosów Wojsk Jej Królewskiej Mości opisuje swoje przygody od wstąpienia do Armii jako nastolatek.
Bierze udział m.in. w walkach z IRA, z partyzantką komunistyczną w Omanie oraz jak „kontraktor” podczas walk armii rządowej z Tamilskimi Tygrysami.
Jednak w swych wspomnieniach koncentruje się na ściśle tajnej operacji, jaką rozpoczął w na początku lat 80 w Afganistanie, jako instruktor antyradzieckiej partyzantki – afgańskich mudżahedinów.
Książka świetnie napisana, z dużą dynamiką i barwnym językiem.
Tylko…  czy nie jest całkowitą fikcją?
A tu już opinie są różne :-D
Okazuje się że Philip Sessarego alias Tom Carew alias Philip Stevenson…nigdy nie służył w SAS.
Nie dostał się do tej jednostki, ponieważ w wyniku kontuzji kolana odpadł podczas marszu testowego na 40 mil w czasie 24 godzin po walijskich górach w okolicy Brecon Beacons.
Skąd aż 3 nazwiska?
Bo raz „zginął” i „zmartwychwstał
Upozorował własną śmierć w 1991 roku,  w lokalnych gazetach w Hereford pojawiła się informacja,  że Sessarego zginął w wybuchu bomby w Chorwacji.
Zmartwychwstał” jako... Philip Stevenson.
W artykule Daily Mail  pojawia się kilka interesujących stwierdzeń.m.in. takie:
 „facet miał więcej wrogów niż Osama bin Laden
oraz
75% książki to prawda, nie wiadomo tylko które 75%
To, że takie operacje miały miejsce to „oczywista oczywistość”. Brali w nich udział Brytyjczycy – a o tym może świadczyć obecność niejakiego… Radka Sikorskiego - ówcześnie świeżego obywatela brytyjskiego, który jak bardzo młody człowiek został „fotoreporterem wojennym”.  Jest to o tyle ciekawe, że wcześniej jakoś nie słychać było o jego spektakularnych zdjęciach. Talent rozbłysnął dopiero w Afganistanie i w 1987 roku zdjęcie zostało nagrodzone World Press Photo
Czy brał w nich udział Tom Carew (jako żołnierz brytyjski, „kontraktor”) czy może wcale Go tam nie było – nigdy się nie dowiemy.  Jego (kolejne) zwłoki znaleziono w garażu w Antwerpii. Problem polega jednak na tym, że były one w stanie całkowitego rozkładu.
Może to kolejna metamorfoza?
Książkę czyta się genialnie i niezależnie które 25% tej historii to fikcja na pewno warto poznać korzenie Al.-Kaidy :-D

PS.
Z ciekawostek - Dżihad! Tajna wojna w Afganistaniejedyna książka Toma Carewa ukazała się 10 września 2001, w przeddzień zamachu na World Trade Center.

Tytuł: Dżihad! Tajna wojna w Afganistanie
Tytuł oryginału: Jihad! The secret war in Afghanistan
Autor: Tom Carew
Tłumaczenie: Anna Bernaczyk
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania polskiego: 2003
Liczna stron: 248

8/05/2016 01:00:00 PM

Twierdza Izrael - Patrick Tyler

Twierdza Izrael -  Patrick Tyler
Wszelkie rozważania na temat Bliskiego Wschodu byłyby mocno niepełne bez uwzględnienia jedynego niearabskiego kraju w regionie czyli Izraela.
Państwo powstało oficjalnie w 1948, jednak Żydzi na tereny Palestyny napływali już od roku 1841 i odbyło się w sześciu falach zwanych ”Alija”. Miały one miejsce w latach:
- 1881–1903 - pierwsza alija
- 1904–1913 - druga alija
- 1919–1923 - trzecia alija
- 1924–1931 - czwarta alija
- 1931–1940 - piąta alija
- 1941–1947 - Alija bet
Nie oznacza to jednak, że Żydów na terenie Palestyny nie było wcześniej.
Według „Encyclopaedia Britannica  z 1884 czy też „Kalendarza Palestyńskiego” z 1896 roku liczba Żydów w Jerozolimie była wyższa niż Arabów (np.  w 1876 żyło tam 12,000 Żydów i  7560 muzułmanów).
Od roku 1917 Palestyna została brytyjskim protektoratem.
Niechęć Arabów do osadnictwa żydowskiego przejawiała się w różnych formach – od działań politycznych przez pogromy ludności żydowskiej  np. w 1921 roku w Jaffie, w Judei i Samarii czy późniejsze w latach 1925 i 1929.
W tym czasie powstają żydowskie organizacje samoobrony taki jak Hagana czy Irgun Cwai Leumi.
Hagana stanie się już po utworzeniu państwa Izrael zaczątkiem armii – Sił Obronnych Izraela.
To dość przydługie wprowadzenie ma na celu pokazanie, jak kształtował się Izrael od strony militarnej.
Ponieważ Patrick Tyler przedstawia historię tego państwa właśnie przez pryzmat elit wojskowych wywodzących się z okresu przed powstaniem państwa jako takiego.
Każda elitarna jednostka SOI ma swoje mity założycielskie i stanowi podstawę pewnej klanowości, mającej niebagatelny wpływ na całościową politykę Izraela.
Niewielu z premierów Izraela było politykami bez korzeni wojskowych. Cywilny nadzór nad armią izraelską brzmi dobrze, tylko, że ci „cywilni zwierzchnicy” to w większości..… emerytowani generałowie :-)
Od Ben Guriona, żołnierza 38 Batalion Fizylierów Królewskich Legionu Żydowskiego Armii Brytyjskiej, przez Icchaka Szamira – bojownika (obecnie nazwalibyśmy Go  terrorystą z „Bandy Sterna”, która miała na koncie mi.in. zabójstwo w 1948 szwedzkiego dyplomaty - hrabiego Folke Bernadotte, przedstawiciela ONZ ds. Bliskiego Wschodu.) po Binjamina Netanjahu  oficera elitarnej jednostki Sayeret Matkal, którego kariera wojskowa do tej pory nosi klauzulę „ściśle tajne
Dodatkowo - brata Jonatana Joniego Netanjahu, który dowodził Operacją”  Entebbe” (uwolnienia zakładników z porwanego  francuskiego samolotu w Ugandzie) i który był jedyną śmiertelną ofiarą wśród żołnierzy izraelskich.
Służba wojskowa w armii izraelskiej jest przez Autora porównywana do…  studiów dla młodzieży amerykańskiej. I tu i tu wybór miejsca ( Yale czy może  Harward lub  Princeton a w Izraelu - Sayeret Matkal czy może Shayetet 13 lub Brygada Kfir czy Golani) ma kolosalny wpływ na dalszą karierę.
Dlatego ta świetnie napisana książka opowiada historię Izraela przez ten właśnie pryzmat.
Współczesny Izrael mocno przypomina fryderycjańskie Prusy – tam też armia miała państwo, a nie odwrotnie :-)
Może się Wam to wydać dziwne, ale dostrzegłem pewne podobieństwa pomiędzy początkami Izraela a początkami…  II Rzeczpospolitej. Również posiadaliśmy charyzmatycznych liderów takich jak Józef Piłsudski, którego bardzo przypomina mi Ben Gurion. Też miał swój Sulejówek, fanatyczne wiernych podwładnych, ale nic nie wiem o Kasztance Ben Guriona.:-D .
Też byliśmy otoczeni wrogami, o niepewnych granicach, które na różne sposoby próbowaliśmy zmieniać na swoją korzyść.
Jednak brakuje nam izraelskiego pragmatyzmu i „real politik”.
Dla osiągnięcia długofalowych celów nie ma ani stałych wrogów ani przyjaciół.
Bo jak inaczej określić współpracę z….  Marokańczykami  przy wysłaniu do „lepszego świata” Ben Barki?
Co do przyjaciół – jednym z takich „przyjacielskich działań” było uprowadzenie z portu w Cherbourgu zbudowanych dla floty izraelskiej kutrów rakietowych (żeby nie było – za które wcześniej zapłacili Niemcy w ramach odszkodowania za II Wojnę Światową :-D) z Francji.  Francja była głównym dostawcą broni do Izraela. W 1967 roku prezydent Francji Charles de Gaulle potępił działania Izraela po wojnie sześciodniowej i nałożył embargo na sprzedaż broni do Izraela. Te okręty były niezbędne, a jak coś jest niezbędne to się wysyła Mossad :-D
Dla każdego, kto interesuje się Bliskim Wschodem ogólnie lub Izraelem jako szczególnym przypadkiem państwa powstałego z niczego po osiemnastu wiekach – lektura obowiązkowa.
W dodatku – świetnie napisana, obiektywna (na tyle, na ile to możliwe :-D) i zawierająca mnóstwo szczegółów, dzięki którym łatwiej będzie zrozumieć nie tylko sytuację w Izraelu czy na Bliskim Wschodzie ale również politykę światową, ponieważ pewne zasady obowiązujące w tym światku są niezmienne jak prawa fizyki :-D

Powiązane recenzje:
Sekretne wojny Mossadu - Yvonnick Denoel
Tytuł: Twierdza Izrael
Tytuł oryginału: Fortress Israel: The Inside Story of the Military Elite Who
Autor: Patrick Tyler
Tłumaczenie: Norbert Radomski
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania polskiego: wrzesień 2014
Liczna stron: 568

http://platon24.pl/ksiazki/twierdza-izrael-zakulisowa-historia-elit-wojskowych-ktore-uparcie-bronia-sie-przed-pokojem-75815/

http://platon24.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2016 To czytają Saudyjskie Wielbłądy , Blogger