Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

7/05/2019 03:51:00 PM

Nigdzie indziej - Tommy Orange

Nigdzie indziej - Tommy Orange
Życie Indian, „pierwszych Amerykanów”, rdzennych mieszkańców Ameryki znamy głównie z literatury. W tym tej, niezmiernie romantycznej, jaką zaserwował czytelnikom pewien Niemiec, który na kontynencie amerykańskim nigdy nie postawił nogi, a swoich bohaterów takich jak Winnetou, Old Surehand i innych wymyślił siedząc więzieniu za długi.

Realne problemy współczesnych Indian są znane w Polsce słabo lub wcale. Tommy Orange przedstawił w swojej książce dwanaście życiorysów, często splątanych ze sobą, przedstawicieli różnych indiańskich plemion. I nie są to życiorysy budujące - alkoholizm, narkomania, przemoc domowa, problemy z pracą i wędrówki w poszukiwaniu lepszego życia. A tak właściwie jakiegokolwiek życia dającego minimum bezpieczeństwa i stabilizacji.
Lektura dość przygnębiająca i budząca pewną niechęć do osób, które w „najlepszej demokracji świata”, mimo funkcjonowania programów afiliacyjnych, Biura do Spraw Indian nie potrafią lub nie chcą skorzystać z „dobrodziejstw” USA. Owszem, stracili ziemie, zajęte przez białych, byli mordowani, oszukiwani, wypędzani, ale to się skończyło prawie 150 lat temu. Przybywający do Stanów Zjednoczonych  Irlandczycy, Polacy czy Żydzi też nie należeli do elit finansowych w swoich krajach, a dzięki „krajowi nieograniczonych możliwości” doszli do majątków. Biedni Chińczycy również.

Co jest z tymi Indianami nie tak? Może ma rację anonimowy autor wpisu do księgi gości w muzeum Indian w Waszyngtonie: „Indianie, przestańcie robić z siebie ofiary!”. (za Domosławski A. „ Indianie, wyrzut sumienia” , „Polityka 2018) Tylko jak wyjdziecie ze swojej strefy komfortu i poszukacie informacji na temat relacji pomiędzy władzami USA a Indianami to okaże się, że sprawa nie zakończyła się „polubownym” rozwiązaniem po ukonstytuowaniu się Stanów Zjednoczonych jako państwa. Podeprę się kolejnym cytatem z Artura Domosławskiego:
 „... W całych Stanach żyje dziś dwa i pół miliona Indian, należą do 500 plemion. Milion z nich mieszka w 326 rezerwatach. Statystyki mówiące o życiu w rezerwacie Pine Ridge w Dakocie Południowej, który odwiedził Jarkowiec, deprymują. To drugi co do wielkości rezerwat indiański, liczący 30 tys. mieszkańców. Pars pro toto. Na pięciu dorosłych czterech nie ma pracy, roczny dochód na głowę mieszkańca – 4 tys. dol. (13 razy mniej niż w całym kraju), śmiertelność noworodków – trzy razy większa niż średnia USA; odsetek samobójstw wśród młodych – cztery razy większy. Narkomania i narkobiznes, alkoholizm, depresja, zła opieka medyczna. Ludzie żyją tu krócej o 10 lat niż w ubogiej Afryce: średnio 50 lat. Trzeci Świat – tzn. świat pokolonialny – wewnątrz najbogatszego mocarstwa….”.

Dalej też jest ciekawie, ale lekturę książki i artykułu pozostawiam już Wam do samodzielnego przeczytania i wyrobienia opinii.

5/07/2019 12:59:00 AM

Birobidżan. Ziemia, na której mieliśmy być szczęśliwi - Agata Maksimowska

Birobidżan. Ziemia, na której mieliśmy być szczęśliwi - Agata Maksimowska
Z ziemi egipskiej, z domu niewoli (czyli licząc od Kairu) do Ziemi Obiecanej (zakładając nie samo dotarcie do krainy Kanaan, ale do Jerozolimy) Żydzi mieli do przejścia jakieś 735 km. Jak wiemy „z pewnego źródła” zajęło im to czterdzieści lat, czyli  przemieszali się dziennie niecałe ... 50,5 metra.

Idąc w tym tempie z Odessy, gdzie mieszkało za czasów wczesnego ZSRR najwięcej Żydów do nowej „Ziemi Obiecanej” (tym razem przez władzę radziecką, a nie Boga) doszliby po jakiś 480 latach. I wcale nie byłby to zły wybór, żeby dotarli tam dopiero za kilkaset lat, bo gdyby zachowali ostrożność i niespieszne tempo swoich przodków może życie tam byłoby dla nich łatwiejsze. Niestety, docierali tam w kilka tygodni, najwyżej miesięcy. Większość z przybyłych, zachęcona obfitością ryb, które same miały wskakiwać do sieci, dobrej gleby, gdzie „chłop miał siać, a jemu samo rosło” oraz nieprzebrane stada dzikiej zwierzyny w tajdze, o których opowiadali komunistyczni agitatorzy, a także ucieczką przed niechęcią ludów słowiańskich (z pamięcią pogromów w niedalekiej przeszłości) uznawali przybicie na Syberię za całkiem rozsądne rozwiązanie. Na miejscu jednak okazało się, że ryby ze zdjęć pokazywanych przez „rekruterów” pochodziły ze ...sklepu, a lokalną zwierzyną występującą nawet w nadmiarze są... meszki i komary. Żeby zapolować w tajdze, potrzebne były znaczne kwalifikacje, bo wejść tam może każdy, ale mało kto wraca.
Wszystko miało być... w planach pięcioletnich. Rzeczywistość okazała się niesamowicie trudna. Latem upały i powodzie, zimą typowe syberyjskie mrozy. Jednak część przetrwała i żyje tam po dziś dzień.

To bardzo ciekawa historia, mało znana nawet historykom zajmującym się dziejami ZSRR. A może to jednak była Ziemia Obiecana, bo ci, którzy tam dotarli i przeżyli nie trafili do Treblinki, Sobiboru czy Oświęcimia, bo armie Hitlera nigdy nie dotarły tak daleko? Ale co ich trzyma tam do dnia dzisiejszego, kiedy Związku Radzieckiego już nie ma, a państwo Izrael przyjęłoby ich z otwartymi ramionami?  Dla mnie to pewna odmiana „syndromu sztokholmskiego” , bo mając alternatywę nie spędziłbym ani minuty ponad czas niezbędny do spakowania się i pośpiesznego udania się na najbliższą stację kolejową z Żydowskiego Okręgu Autonomicznego na dalekiej, nieprzyjaznej człowiekowi części Syberii.

5/07/2019 12:50:00 AM

Granica. Na krawędzi Europy - Kapka Kassabova

Granica. Na krawędzi Europy -  Kapka Kassabova
Jeżeli nachodzą Was myśli typu „ a może pier.. to wszystko i wyjechać w Bieszczady” mam znacznie lepszą ofertę – Strandża na pograniczu Unii Europejskiej i Turcji.

Po rozpadzie Imperium Osmańskiego nastąpiła wędrówka ludów, przemieszczali się Bułgarzy, Grecy i Turcy lub muzułmanie na obce im tereny, ale obecnie jedyne „słuszne” do zamieszkania. Powiedzieć, że to zadupie Europy, to nic nie powiedzieć. Autorka, która ze Szkocji wróciła do stron rodzinnych zauważyła, że zmieniło się niewiele, a jak już to na gorsze.
To opowieść o beznadziei, ale i wytrwałości, o pomieszaniu starych wierzeń z prawosławiem oraz o tym, że Bułgaria za czasów towarzysza Todora Żiwkowa była zdecydowanie mniej przyjaznym miejscem niż PRL.
Czy jest szansa, że region przypominający klimatem „Wilcze echa” z Brunem O’Ya w roli głównej -  powróci do czasów może nie świetności, bo takich nie było, ale stanie się urokliwym miejscem, gdzie pojawią się turyści, lub nowi osadnicy urzeczeni pięknem surowej przyrody?
Miejsce, gdzie praktycznie nic się nie dzieje, perspektywy są marne a dodatkowo nikt nie ma pomysłu co dalej powinno być wyjątkowo depresyjne i budzić w ludziach najgorsze instynkty. W Standży jest inaczej- może i nie rodzą się dzieci, młodzi powyjeżdżali w poszukiwaniu lepszego życia, ale ci, co zostali nie mają pretensji do całego świata, że został on na przestrzeni nieco ponad 100 lat postawiony na głowie i to dwukrotnie. Żyją, ciesząc się tym co mają.


5/07/2019 12:39:00 AM

Allah Akbar. Wojna i pokój w Iraku - Witold Reptowicz

Allah Akbar. Wojna i pokój w Iraku - Witold Reptowicz
O tym, że Polacy jak nikt inny na świecie znają się na medycynie wykazał już nadworny błazen czterech polskich władców ( Jana Olbrachta, Aleksandra Jagiellończyka, Zygmunta Starego i Zygmunta II Augusta). Podobnie, w czasach współczesnych wszyscy znają się na :skokach narciarskich, piłce nożnej oraz polityce. No i oczywiście domorośli eksperci znakomicie znają  i rozumieją politykę bliskowschodnią, bo „panie somsiad był na łikend w Dubaju to wiem”.

Na szczęście są również ludzie, którzy swoje opinie i wypowiedzi opierają nie o „fakty medialne” tylko o rzetelną pracę w terenie, popartą kontaktami w krajach, o których piszą i wielokrotnym, lub długotrwałym pobycie na obszarach na temat których zabierają głos. Do takich osób należy właśnie Witold Repetowicz- doświadczony podróżnik, dziennikarz i pisarz w jednym. Znajomość Iraku, związana z docieraniem w miejsca, gdzie o Jego bezpieczeństwo modli się cały personel dyplomatyczny Ambasady Republiki Iraku w Warszawie świadczy o osobistej odwadze, ale i rozsądku gdyż..wielokrotnie wracał z miejsc, z których teoretycznie wrócić nie powinien.
Dla mnie osobiście reportaże pana Witolda są bardzo interesujące, moja znajomość realiów tego niezmiernie fascynującego kraju opiera się na relacjach naszych żołnierzy z czasów inwazji oraz  mało wiarygodnych źródłach zachodnich.
Pierwsze z wymienionych są już mocno przestarzałe, a drugie-wątpliwe merytorycznie. Dlatego, jeżeli faktycznie chcecie poszerzyć swoją wiedzę o Iraku, a jednocześnie uniknąć potencjalnych niebezpieczeństw - skorzystajcie z tej bardzo aktualnej, bo wydanej już po konferencji bliskowschodniej w Warszawie książce. Takiej ilości zaskakujących informacji jak np. podejścia Irakijczyków do kwestii tolerancji dla przybyszów „ubogacających ich kulturowo” lub fakt, że Muktata as Sadr, uznawany od czasów Saddama Husajna za wioskowego głupka i fanatyka jest obecnie jednym z najbardziej rozsądnych polityków irackich. A także to, że do wyborów poszedł z komunistami. Jak widać sojusz religijnych fanatyków i komunistów to nie tylko polska specjalność.



3/31/2019 12:40:00 PM

Wnuki Jozuego - Paweł Smoleński

Wnuki Jozuego - Paweł Smoleński
Nie ukrywam, że Paweł Smoleński i jego reportaże mają w moim czytelniczym sercu specjalne miejsce. Rzadko się bowiem zdarza, żeby autor, nawet uznany i znany, nie „popełnił” jakiegoś niestrawnego dla mnie „dzieła”. Pawłowi Smoleńskiemu (jak do tej pory) takiej pozycji przypisać się nie da - wszystkie książki, które do tej pory przeczytałem są prawdziwymi majstersztykami reportażu.

Kiedy odbył kolejną wyprawę do Izraela, zacząłem się zastanawiać, czy da się jeszcze napisać o tym kraju coś, co byłoby całkowicie nowe, świeże i miało walor poznawczy. A jednak da się, choć wszyscy razem i każdy z osobna posiadamy wiedzę, (choćby całkowicie powierzchowną) na temat Tory, Starego Testamentu oraz innych tekstów uznawanych przez Żydów za święte.
Pomimo tego, że nauka znakomitą cześć zapisów owych starożytnych mądrości wysłała na śmietnik, to jeden z aspektów jest nadal aktualny i ma się znakomicie ku rozpaczy Palestyńczyków. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest Żydem religijnym, ultra ortodoksyjnym czy mocno lewicującym mieszkańcem kibucu -  łączy ich jeden argument – prawo do powrotu do Ziemi Obiecanej. Mogą się spierać, czy ta lub inna część „dana od Boga” powinna wchodzić w skład Wielkiego Izraela czy nie,  sam fakt,że jest to ziemia należąca do Narodu Wybranego jest bezsprzeczny. Argument, że minęło zaledwie 3000 lat od tamtych wydarzeń jest w ich pojęciu sprawą całkowicie pomijalną.

„Bóg dał Torę Żydom, a nie innym narodom” jest prostym wytłumaczeniem obecnych działań współczesnego Izraela, które przedstawi każdy religijny Żyd. Ten mniej lub całkowicie nie religijny podeprze się nauką czyli wynikami badań archeologicznych. Jeśli to połączyć z nowoczesnością i innowacyjnością Izraela, przy osiągnięciu którego sukcesy Krzemowej Doliny budzą uśmiech politowania, bo dystans w zaawansowaniu badań przypomina różnicę pomiędzy np. w pełni zautomatyzowaną fabryką Toyoty a przydomową komórka panów Williama Sylvestra Harley”a i Arthura Davidsona.

Taka to jest ta współczesna żydowska schizofrenia, gdzie 3000 lat to mgnienie oka przy jednoczesnym gigantycznym poziomie rozwoju technologicznego. Dlatego właśnie taki tytuł – od czasów wkroczenia do Ziemi Obiecanej przez następcę Mojżesza, Jozuego do współczesnego Izraela w pojęciu Izraelczyków minęły raptem dwa pokolenia. Żadna inna nacja na świecie nie ma takiego argumentu jak Żydzi. Nie istnieją bowiem żadne święte księgi np. Ariów, w oparciu o które współcześni Persowie mogliby wejść do Indii czy Pakistanu i powiedzieć zdziwionym mieszkańcom Dekanu - „wypad, to nasze ziemie, tu macie dowody, a wy przez 3000 lat czy powiedzmy - 5000 lat byliście tu tylko na prawach gości. A teraz dowiedzenia się z państwem”.
Jak widać, wierność tradycji i religii procentuje. Gdyby np. tacy Włosi byli równie przywiązani do swoich bogów, to z dużym spokojem, w oparciu o bogatą literaturę z epoki (w tym „ Commentarii de bello Gallico” czyli „ O wojnie galijskiej” boskiego Juliusza Cezara) mogliby zażądać od Francji zwrotu Galii. I pewnie ocalałaby tylko wioska zamieszkiwana przez potomków Asterixa i Obelixa dzięki magicznemu napojowi druida Pamoramixa.
Ze wszech miar polecam, podobnie jak wszystkie książki Pawła Smoleńskiego


1/28/2019 11:33:00 AM

Koh-I-Noor William Dalrymple Anita Anand

Koh-I-Noor William Dalrymple Anita Anand
Koh-I-Noor - nazwę tego diamentu zna każdy. Znaczna część zna nawet jego historię. Tylko ta, którą znamy jest oparta na „bazarowych plotkach” spisanych przez „miłośnika psów, koni i przyjęć” nie będącego jednocześnie „najsumienniejszym, ani też najlepiej wykształconym pracownikiem Kompanii Wschodnioindyjskiej” - Theo Metcalfe.

„Arcyucieszne historyje” Theo Matcalfe, będące połączeniem fantazji XIX-wiecznych Hindusów z autorskimi dodatkami Sir Theophilusa Johna Metcalfe, Piątego Baroneta, z prawdą historyczną mają niewiele wspólnego. Miłośnicy twórczości Williama Dalrymple doskonale wiedzą, że ten uparty Szkot i wielki miłośnik kultury Indii nie może przejść obok takiego tematu obojętnie. I z całą swoją pasją i skłonnością do ujawniania prawdy historycznej stara się odnaleźć rzeczywiste losy "Góry światła" w źródłach pochodzących z Dekanu, Persji czyli miejsc w których przez wieki przemieszał się, wraz z nowymi właścicielami, ten fascynujący kawałem krystalicznego węgla.

Okazuje się, że tak naprawdę o Koh-I-Noor wiemy bardzo niewiele. Na pewno został wydobyty w Indiach, w tamtych czasach były tylko dwa źródła pozyskiwania diamentów – Indie skąd do początku XVIII wieku pochodziła większość tych kamieni oraz Brazylia (jak chce „Ciotka Wiki”) lub jak twierdzi autor z - góry Borneo, gdzie wydobywano czarne diamenty. Próba ustalenia czy „Góra Światła” to ten sam kamień co Diament Babura (założyciela Państwa Wielkiego Mogoła) nie daje ostatecznego rozstrzygnięcia.

Podróżując przez wieki śladami tytułowego bohatera książki poznajemy burzliwą historię Dekanu. Inwazje, najazdy, wielkich wodzów i władców ale i tych całkiem słabej jakości,o których historia mogłaby spokojnie zapomnieć. Dzięki tej analizie zrozumiecie dlaczego zwrotu Koh-I-Noora z rąk Brytyjczyków żądają Hindusi, Pakistańczycy, a nawet...talibowie.
Drugą cześć tej wciągającej opowieści napisała Anita Anand, która skoncentrowała się na losach diamentu już po dotarciu do stolicy Imperium. Dzięki wspólnej pracy autorów „Góra Światła” stanie się Wam bliższa, ale i tak diament nie odsłonił wszystkich swoich tajemnic. Fascynacja tym kamieniem wcale nie wynika z tego, że jest największy (przed przeszlifowaniem większy był „Orłow”) a po obróbce, jakiej Koh-I-Noor został poddany już w Wielkiej Brytanii, aż 89 diamentów jest od niego większych.. Jednak nazwa „Koh-I-Noor” budziła i budzi ogromne emocje i zainteresowanie.

Tytuł: Koh-i-Noor Historia najsłynniejszego diamentu świata
Tytuł oryginału: Koh-i-Noor. The History of the World's Most Infamous Diamond
Autor: William Dalrymple, Anita Anand
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Data wydania polskiego: styczeń 2019
Liczba stron:288


1/27/2019 12:56:00 PM

Buran. Kirgiz wraca na koń - Wojciech Górecki

Buran. Kirgiz wraca na koń - Wojciech Górecki
Mówisz „Kaukaz i Azja Centralna – myślisz – Górecki” że tak sobie sparafrazuje jedną ze złotych myśli czasów ZSRR. Bez twórczości Wojciecha Góreckiego nasza wiedza na temat tamtego regionu byłaby bardzo uboga, bo niewielu jest Autorów, którzy tak ciekawie opowiadają o specyfice zarówno Kaukazu jak i krajów środkowoazjatyckich.

Odniesienie w tytule do książki  „Kirgiz zsiada z konia” autorstwa „cesarza reportażu”, czyli Ryszarda Kapuścińskiego jest hołdem dla wybitnego reportażysty ale i pokazuje, że od 1968 roku, kiedy książka Kapuścińskiego ukazała się w Polsce po raz pierwszy, niewiele osób kontynuowało eksplorację tych terenów.
W moim odbiorze Wojciech Górecki pokazuje jak łatwo zastąpić politykę prorozwojową polityką historyczną. I nie wiedzieć zupełnie czemu-największy nacisk na ową filozofię postrzegania państwa i jego celów kładą kraje bądź wchodzące w skład ZSRR albo do tej pory uznawane w Moskwie za „bliską zagranicę”. Jaki bowiem  sens mają „sny o potędze” i chwale, która dawno minęła, albo w niektórych przypadkach jej „historyczność” jest mocno dyskusyjna? Oczywiście, można odnosić się do osiągnięć Aleksandra Wielkiego, perskich imperiów czy dowolnej innej, zależnej od lokalizacji przewagi kulturowo-militarnej nad sąsiadami, jeżeli pomiędzy tymi okresami jest tysiącletnia dziura, a ludy zamieszkujące te tereny nie posiadały czegoś takiego jak świadomość narodowa, bo podstawą był klan lub rodzina? Paradoksalnie „winnym” rozbudzenia owej narodowej świadomości nielicznych (w sensie osób czujących się członkami danej nacji i posługującej się w życiu codziennym językiem swojego Narodu, obowiązkowo pisanego dużą literą) jest ...Związek Radziecki. Albo jaki ma sens rozpamiętywanie rzezi Ormian i wydatkowanie znaczących sum na ich celebracje, kiedy na terenie Armenii liczba ludzi żyjących poniżej poziomu ubóstwa jest większa niż najbardziej skrajne liczby osób, które w wyniku budzenia się narodowości tureckiej zostało zamordowane, lub zginęło z wycieńczenia.

Pewnie pojawi się grupa oburzonych na moje słowa, ale jeszcze raz zapytam – w jaki sposób obrzędy upamiętniające tamte wydarzenia wpływa pozytywnie na aktualną rzeczywistość? Czy takie obchody zmuszą władze tureckie do czegokolwiek? Czy dzięki temu ormiańska diaspora ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii czy innych krajów świata wróci z wiedzą, doświadczeniem i pieniędzmi do Armenii i zacznie budować nowoczesną i zamożną Armenię? Czy tylko przyjadą, zrobią kilka „selfie” i umieszczą ja na Instagramie lub Facebooku, a potem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wrócą do swoich domów?
Do tego Autor pokazując kraje mające gigantyczne złoża surowców naturalnych i te, które owych dóbr nie posiadają, przedstawia jaki ma to wpływ na przeciętnego zjadacza chleba. I okazuje się, że pozytywnego wpływu nie ma żadnego, ale za to lokalni władcy, z krajów bogatych, mają dostęp do bardziej wyrafinowanych narzędzi mających ułatwiać inwigilację obywateli, a służby specjalne owych „Ojców Narodu” są szkolone w krajach „demokratycznych”.

Gorąco polecam

 Tytuł: Buran. Kirgiz wraca na koń

Autor:
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: październik 2018
Liczba stron: 256

10/18/2018 09:42:00 AM

Karamoja ostatni wojownicy - Robert Ziółkowski

Karamoja ostatni wojownicy - Robert Ziółkowski
Autor to postać nietuzinkowa, zarówno jako pisarz, jak i podróżnik. Były policjant, który przez 16 lat służył Ojczyźnie od prostego „krawężnika” po członka elitarnego Zespołu Poszukiwań Celowych, zajmującego się sprawcami najcięższych przestępstw, którzy wymykają się wymiarowi sprawiedliwości.
Praca ta jest jednak obciążona gigantycznym stresem, który w większości przypadków ma niszczący wpływ nie tylko na psychikę „łowcy głów”, ale również na relacje rodzinne. Często ucieczką przed wspomnieniami z czasu służby jest alkohol, a nałogowe palenie to pewnie norma. I takich problemów z samym sobą Robert Ziółkowski nie ukrywa – między wierszami sygnalizując problemy z wódą i całkiem otwarcie uzależnienie od fajek. Stosunki rodzinne też przechodziły lub przechodzą znaczne perturbacje, będące konsekwencją wybranego życia zawodowego.
Aby ratować samego siebie przez demonami przeszłości autor poszukuje innych źródeł adrenaliny – jednym z nich jest wyprawa do jednego z ostatnich na Ziemi plemion, żyjących poza oficjalnym systemem, podległym filozofii czy religii białego człowieka. Ich diametralnie inny system wartości, opierający się na dumie z bycia wojownikiem, odporności na ból, a za „sport narodowy” uważający najazdy na sąsiadów w celu rabunków jedynego,co ma dla nich jakąś realną wartość czyli stad bydła musi przyciągać faceta, którego kodeks wojownika również wymyka się ogólnie przyjętym standardom. Lojalność wobec członków klanu, braterstwo oraz wyalienowanie wobec innych członków społeczności jest niczym światło dla ćmy. Pozory całkowitego pójścia „na żywioł” podczas wypraw nieco kłócą mi się z wyszkoleniem, doświadczeniem oraz typem mentalności, który umożliwił autorowi przeżycie w tak skrajnych warunkach służby są pewną kanwą opowieści o przeżyciach „muzungu” (czyli białego człowieka, ale takiego lekkiego pierdoły) wśród afrykańskich „ostatnich Mohikanów”.
Walka ze swoimi słabościami, oraz całkowity brak uprzedzeń wobec ludzi, których postanowił uznać za przyjaciół, bez moralizowania, mądrzenia się czy wydziwiania, że robią wszystko inaczej niż reszta to świetnie napisana i wyglądająca na całkowicie szczerą historia.

Polecam, bo i książka i sam Autor są niesamowici.  To jeden z tych ludzi, którego większość z nas z dumą nazwałaby przyjacielem, pomimo wad, których nawet specjalnie nie ukrywa. Bo Mu się po prostu nie chce...

Tytuł: Karamoja ostatni wojownicy
Autor: Robert Ziółkowski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: wrzesień 2018
Ilość stron: 460

9/19/2018 07:26:00 AM

W syberyjskich lasach - Sylvain Tesson

W syberyjskich lasach -  Sylvain Tesson
Chyba każdy zna dowcip o wykładowcy, który egzaminował z aktualnej sytuacji politycznej w Polsce studentkę, nie mającą pojęcia, o co ją pytają. Zapytana, skąd pochodzi, odpowiedziała, że z Bieszczad. Wtedy wykładowca „z offu” myśli niczym SS-Standartenführer Stirlitz z kultowego serialu „Siedemnaście mgnień wiosny” - „ A może ...rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?”

Widocznie istnieje francuska wersja tego dowcipu, a niektórzy ludzie bardziej niż inni wzięli sobie jego puentę do serca :-) A że Bieszczady dla Francuza były zbyt mało hardcorowe – to zdecydował się na wyprawę na Syberię. Zabierając słuszne zapasy żywności, lekarstw, lektury oraz spirytusu Sylvain Tesson na pół roku odcina się od całego cywilizowanego świata, aby w ciszy i spokoju wreszcie poczytać i podziwiać przyrodę zamiast poddawać się presji wielkomiejskiej w wysokorozwiniętym kraju.
Sąsiedzi nieuciążliwi, a jeśli nawet takowi by się trafili, to w 30 stopniowym mrozie nie przyjdą po szklankę cukru ponad 100 km.
No żyć nie umierać. Ale jeszcze lepiej- nie chorować, nie skaleczyć się paskudnie, ani nie wyrządzić sobie żadnej innej szkody fizycznej, bo pogotowie ma swoją siedzibę jeszcze dalej niż najbliższy sąsiad i mocno zmrożone zwłoki nieszczęśnika ratownicy medyczni mogliby odnaleźć dopiero na wiosnę. Do tego dochodzą umiejętności, które są niezbędne do samodzielnego funkcjonowania, a całkowicie zapomniane przez mieszczuchów. Bo to i drewno trzeba porąbać, wodę spod lodu wyciągać, a i kawy jak się zapomniało kupić, albo źle skalkulowało spożycie może brakować przez kilka miesięcy.
Ciekawa relacja osoby, która na własną prośbę przeszła zaawansowany kurs technik realnego survivalu. Serdecznie polecam.

Tytuł: W syberyjskich lasach
Autor: Sylvain Tesson
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Data wydania: 2013
Ilość stron: 180

9/15/2018 02:19:00 AM

Hawana. Podzwrotnikowe delirium - Mark Kurlansky

Hawana. Podzwrotnikowe delirium - Mark Kurlansky
"Hawana" to fascynująca opowieść o przecudownym mieście, gdzie historyczne wpływy mieszają się w różnych proporcjach z teraźniejszością. Mieszanka ras ludzkich, gdzie nie ma ulubionych w USA i Europie seksizmu i rasizmu – bo seksizm jest „maschimo” i chyba aż tak bardzo kobietom nie przeszkadza, gdy podszyty jest specyficznym humorem, a  komplementy – często wysublimowane i nie stronią od polityki, jakakolwiek ona by nie była.

„Rasizm” Hawany dotyka solidarnie każdego koloru skóry, a naśmiewanie się z każdego jej odcienia nie wywołuje histerycznych spazmów „politycznie poprawnych” przybyszów. Najważniejsza jest dobra muzyka, piękne kobiety, znakomite koktajle z daiquiri i mohito na czele. Jeżeli nie przesadzasz w dręczeniu lokalnych mieszkańców, to patrzą przez palce na twoje wybryki – jak przesadzisz potrafią zrobić powstanie i rewolucję, czasami nawet skutecznie.
Swoboda obyczajów nie jest tu niczym nadzwyczajnym (wspominałem już o pięknych kobietach?) , a krajobraz i temperatury sprzyjają nawiązywaniu bliższych znajomości. Miasto, które na początku swojej kariery budowane było trzykrotnie, a mury miejskie mające zapobiegać wizytom nieproszonych gości w tym „Piratów z Karaibów” (tylko nie tak sympatycznych jak Jack Sparrow) budowano tyle czasu, ile je... rozbierano, kiedy już nie były potrzebne.
„Habaneros” to ludzie pogodni i nawet huragany nie są w stanie zakłócić w znaczącym stopniu ich stanu ducha. I mam tu na myśli nie tylko zjawiska atmosferyczne, ale te polityczne również. Bo gdzie indziej byłoby możliwe, aby w kraju rewolucji funkcjonowała sobie od stulecia bez żadnych przerw i przeszkód (powstała w 1903 roku) baza – Marynarki Wojennej USA – zbrojnego ramienia największego wroga socjalizmu?

Dowiecie się również z tej książki dlaczego mohito w innych zakątkach świata nie smakuje tak dobrze, jak wyglądały czasy wpływów amerykańskiej mafii oraz dlaczego rewolucja znalazła wiernych popleczników i nie miało na to żadnego wpływu to, jakie były jej hasła.
A, będzie również o pięknych kobietach, jeśli pominąłem ten wątek....


Tytuł: Hawana. Podzwrotnikowe delirium
Autor: Mark Kurlansky
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: luty 2018
Ilość stron: 182

6/25/2018 08:24:00 PM

Dzisiaj narysujemy śmierć - Wojciech Tochman

Dzisiaj narysujemy śmierć - Wojciech Tochman
Wiele powstało książek o rzezi Tutsi dokonanej przez Hutu w 1994 roku w Rwandzie. Pisząc książkę Dzisiaj narysujemy śmierć Wojciech Tochman również podjął wysiłek zmierzenia się ze wspomnieniami ofiar. To, co tam się stało nie jest prosto  zracjonalizować. 100 dni i milion ofiar nawet przy zastosowaniu nowoczesnej technologii zabijania na masową skalę (poza użyciem bomb atomowych oczywiście) byłoby trudne.

Książka napisana świetnie, bardzo plastycznie, znalazłem w niej informacje, których poszukiwałem wcześniej m.in. po jaką cholerę mieszali się tam po stronie Hutu Francuzi, skoro była to kolonia belgijska. Jednak razi mnie jeden fakt. Otóż Autor przyjął założenie, dość niestety częste, że za całe zło Afryki odpowiadają biali i ich obowiązkowy rasizm. I oczywiście niezbędna jest ekspiacja za kolonializm, handel niewolnikami itd. Ja się z takim podejściem fundamentalnie nie zgadzam. Największymi handlarzami niewolników w historii byli Omańczycy i to oni dostarczali na rynki europejskie i amerykańskie złapanych w dżungli Murzynów. Biali nie ganiali po Afryce w pogoni za niewolnikami, kupowali ich od Arabów głównie na Zanzibarze. Oczywiście, nie próbuję udawać, że znam Afrykę równie dobrze, jak pan Wojciech, ale byłem kilkukrotnie w krajach afrykańskich (po obu stronach tego kontynentu) oraz umiem czytać i samodzielnie wyciągać wnioski, często zupełnie niezgodne z linią promowaną przez poszczególnych twórców.
Jedna z tez głosi, że rasizm dotarł z Europejczykami, a Rwandyjczycy są nawet w stanie wskazać osobę odpowiedzialną za rasizm w ich kraju. Był to niemiecki hrabia Gustav Adolf von Götzen (rodem ze Ścinawki Górnej) - badacz Afryki Wschodniej i gubernator Niemieckiej Afryki Wschodniej. Zauważył on, że Tutsi nie przypominają „klasycznych” Murzynów, a raczej  lud faraonów o jasnej skórze i indoeuropejskich rysach. Tylko, że w Afryce to spostrzeżenie funkcjonowało już wcześniej. Ot, po prostu dostało ono nową nazwę. Wygląda to raczej na :„U licha! już przeszło 40 lat mówię prozą, nic o tym nie wiedząc” cytując pana Jourdaina z molierowskiego „Mieszczanina szlachcicem”.
Dlaczego tak twierdzę? Bo nie podejrzewam ani Zulusa Czaki o zdolność prekognicji, żył bowiem w latach ok 1787 do 1828, ani Mzilikaziego, pierwszego wodza plemienia Matabele (uciekinierów zuluskich przed szaleństwem Czaki na tereny późniejszej Rodezji) o znajomość opinii von Götzena bo... urodził się w 1866, a ekspedycje do Afryki odbył w latach1892–1894. Co absolutnie nie przeszkadzało ani Zulusom, ani później Matabelom w ujarzmianiu podbitych ludów rolniczych (są pasterzami jak Tutsi, wyglądają podobnie, są wysocy i nie mają typowych płaskich nosów) i  nazywaniu podbitych plemion (np. ludu Maszona) „zjadaczami brudu” oraz traktowaniu ich jak niewolników.
W Afryce zjawisko „czerwonych oczu” też nie pojawiło się w czasach kolonialnych – wojny afrykańskie wyglądały przez wielki podobnie jak wojna domowa w Rwandzie. Dodatkowo w Rwandzie podział na Tutsi, Hutu i Twa od dawna jest umowny, bo plemiona te mieszają się od dawna. Dlatego nie uważam, że winę na tę rzeź ponoszą biali – żyjący lub nie.
Chrześcijaństwo afrykańskie też „nieco” się różni od „klasycznego” a wzajemne animozje wynikają w znacznym stopniu z mikrego terytorium i dużej liczby ludności ( 26,4 tys km² i prawie 12 mln. obywateli) .
Europejczycy, głównie Francuzi, jak robili interesy z prezydentem Juvénalem Habyarimaną tak robią teraz z Paulem Kagame. To, że „oczy są teraz białe” jest sytuacją w mojej opinii chwilową i powtórna wojna domowa w tym kraju jest tylko kwestią czasu bo „ ….są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt….” jak to napisał Władysław Broniewski.


Tytuł: Dzisiaj narysujemy śmierć
Autor: Wojciech Tochman 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: maj 2018
Ilość stron: 208

5/28/2018 08:47:00 AM

Królowe Mogadiszu - Paweł Smoleński

Królowe Mogadiszu - Paweł Smoleński
Zawsze, kiedy przychodzi mi recenzować książki o Somalii, mam ambiwalentne odczucia.
Z jednej strony bowiem, tak po ludzku, współczuję ponad 10–milionowej populacji, która urodziła się w złym czasie i złym miejscu. Susza, fanatyczni islamiści, gwałty, morderstwa, żucie narkotycznego khatu i beznadzieja. Z drugiej strony - tymi gwałcicielami, mordercami i religijnymi fanatykami są sami Somalijczycy.

Przywoływany przez redaktora Smoleńskiego reportaż Bena Rawlence’a „Miasto cierni”, w którym opisany został największy obóz dla uchodźców Dadaab, ukazuje, że przez ostatnich kilka lat nic się w Somalii nie zmienia. To, że kraj „awansuje” w rankingach na najgorsze na świecie miejsce do życia nie wynika przecież z faktu, że coś uległo poprawie. To efekt powstania Państwa Islamskiego i wojny w Jemenie, z którego do Somalii przybywają uciekinierzy. Jednak w opinii Somalijczyków, napływ jemeńskich uchodźców, świadczy o tym, że są jeszcze kraje, gdzie żyje się gorzej. Przywiązanie do klanowej, dziedziczonej przez wieki rodowej zemsty, religijny fanatyzm podsycany przez ledwo piśmiennych mułłów, wrogość wobec sąsiadów (bo przecież trzeba „odbudować Wielką Somalię”) nie rokują najlepiej dla przyszłości Rogu Afryki.

Jednak Pawłowi Smoleńskiemu udało się dotrzeć do ludzi, którzy mogą stanowić promyk nadziei na poprawę sytuacji. To Somalijki - piękne, zaradne, silne macierzyńskim obowiązkiem, które, w przeciwieństwie do Somalijczyków, jeszcze walczą o odrobinę normalności. Nie jest to łatwa i przyjemna lektura, bowiem tym, co udało się „osiągnąć” Somalijczykom od 1991 roku jest całkowite zniszczenie nieźle funkcjonującego (do 1960 roku pod rządami „podłych włoskich kolonialistów”) kraju.
Ci o „lewicowej wrażliwości” pewnie uznają mnie za „białego supremacjonistę”, ale aktualna sytuacja w Somalii, byłej Rodezji czy innych częściach Afryki, w żaden sposób nie wskazuje na to, że odejście białych kolonizatorów w jakiś super pozytywny sposób wpłynęło na poziom życia Afrykanów. To, że Somalijczycy jakoś jeszcze egzystują, zawdzięczają pomocy humanitarnej Europejczyków i Amerykanów. Jedyni wykształceni ludzie w Mogadiszu, którzy mogą stanowić szansę na jakiekolwiek zmiany zdobyli wykształcenie w Kanadzie, USA, Norwegii czy Szwecji, a zamordowany kandydat na prezydenta miał, poza somalijskim, także... polski paszport.

Szczerze mówiąc – nie mam pojęcia w jaki sposób można pomóc Somalijczykom, bo sama pomoc humanitarna niczego nie zmienia. Żyjąc przez dziesięciolecia na koszt społeczności międzynarodowej, nie wykazują żadnej własnej inicjatywy, aby np. wykorzystać klanowe powiązania i wykopać studnie lub zająć się irygacją terenów, gdzie jest szansa na odbudowę rolnictwa. Wolą, w sposób rabunkowy, wycinać lasy na węgiel drzewny.  Brak w nich empatii wobec swoich ziomków.
Dlaczego to Europejczycy czy Amerykanie mają, po prawie 60 latach niepodległości Somalii, brać odpowiedzialność za życie Somalijczyków? Z jakiego powodu społeczność międzynarodowa ma wspierać kraj, gdzie w dalszym ciągu tradycja, w której odwołują się do islamu (co akurat jest kompletną bzdurą, bo takiego nakazu w islamie nie ma), doprowadza do okaleczania milionów dziewczynek rytualnym obrzezaniem? Gdzie, nawet w obozach dla uchodźców, kobiety odmawiają zażywania środków antykoncepcyjnych, a potem są pełne pretensji do całego świata, że nie mogą wyżywić swojego n-tego potomka?

To nie jest prosta książka, ale warto ją przeczytać i samemu odpowiedzieć sobie na pytanie, co w takiej sytuacji można zrobić, aby im pomóc? A może nic nie robić i to wymusi zmiany w sposobie myślenia Somalijczyków?


Tytuł: Królowe Mogadiszu

Autor: Paweł smoleński
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne
Data wydania: maj 2018
Liczba stron:  240

5/25/2018 10:55:00 AM

Demon w Watykanie - Giansoldati Franca

Demon w Watykanie - Giansoldati Franca
Demon w Watykanie - to nie jest książka, jak mógłby sugerować tytuł, o jakiejś zjawie nawiedzającej Państwo Kościelne. To opowieść o prominentnym i niezmiernie wpływowym księdzu – Marcialu Macielu Degollado.

Założyciel Legionistów Chrystusa, człowiek, dla którego w Ameryce Południowej nie było rzeczy nie do załatwienia, a zdobycie funduszy na dowolny cel stanowiło błahostkę. Ulubieniec Jana Pawła II, znakomity manager i świetny organizator. Prywatnie - „mąż” i to dwóch „żon” na dwóch kontynentach. Biseksualista, narkoman, pedofil i gwałciciel własnych synów oraz licznych kleryków.

Jest to nieprawdopodobna historia bardzo inteligentnego człowieka, który potrafił prowadzić kilka niezależnych żywotów i nigdy się nie pomylił, w którym wcieleniu aktualnie występuje.
Od marca 1979, kiedy po raz pierwszy pokazał swój kunszt organizacyjny, będąc faktycznie głównym reżyserem pierwszej pielgrzymki zagranicznej nowego papieża Jana Pawła II, do swojego upadku w 2010 roku był niezastąpiony w działaniach misyjnych Legionistów Chrystusa.
Kiedy w prasie amerykańskiej w roku 2002 zaczęły się pojawiać informacje o prawdziwej twarzy „znamienitego syna Kościoła” bronił go (przed zapewne „wściekłymi atakami na Kościół” ) sam sekretarz papieski Stanisław Dziwisz.
„...W otoczeniu papieskim nadal panowało niedowierzanie. Oskarżenia wydawały się nieprawdopodobne i niektórzy sugerowali, żeby tylko chwilowo ograniczyć obecność ojca Maciela u boku papieża, w oczekiwaniu, aż burza medialna ucichnie; wpływowy sekretarz papieża, Stanisław, był pośród tych, którzy odradzali dawanie wiary tym pogłoskom, według niego oszczerczym, rozgłaszanym uporczywie przez niektóre amerykańskie gazety. Dla rzeczników jego niewinności ojciec Maciel był wciąż wybitnie zasłużonym księdzem z powodu tego, czego dokonał na świecie dla dobra Kościoła oraz z uwagi na pozyskane na nowo powołania kapłańskie…"
Giansoldati Franca, Demon w Watykanie. Legioniści Chrystusa i sprawa Maciela,  str.48.

Przez prawie 30 lat instytucja, która bardzo chętnie od wieków ingeruje w życie różnych ludzi, naucza i narzuca własną narrację oraz sposób widzenia świata, w tym wymuszając na parlamentach i rządach korzystne z ich punktu widzenia prawo, gromadzi ogrom informacji na temat setek milionów ludzi nie jest w stanie – nawet przy pomocy Inkwizycji (zwanej obecnie Kongregacją Nauki Wiary) wykryć parszywej owcy w swoich szeregach. A do przywódcy państwa watykańskiego nie docierają nawet najmniejsze pogłoski o działąniach jednego z prominentnych księży, będącego w bardzo bliskich jemu kręgach.
Dziwne to dość, ale nie będę drążył tematu, bo w naszym, że tak zażartuję „świeckim państwie” gdzie Konstytucja gwarantuje mi „wolność wypowiedzi” nie mam zamiaru narazić się na proces z Art. 196. KK. i dlatego wprowadzę autocenzurę.
Wnioski z lektury wyciągniecie sami.


Tytuł: Demon w Watykanie. Legioniści Chrystusa i sprawa Maciela 

Autor: Giansoldati Franca
Tłumaczenie: Anna Osmólska-Mętrak
Wydawnictwo: W.A.B
Data wydania: marzec 2018
Liczba stron: 256

2/08/2018 11:12:00 AM

Kalijuga - William Dalrymple

Kalijuga - William Dalrymple
Kalijuga oznacza mroczne, złe czasy, które nadchodzą, gdy władzę nad światem obejmuje Ta Która Zasiada na Tronie z Pięciu Trupów – czyli bogini Kali.
Nowa, w sensie polskiego wydania, książka Dalrymple”a, choć napisana 20 lat temu, w wielu aspektach jest z dużym prawdopodobieństwem aktualna. Pewnie zmieniły się nazwiska polityków, kilka partii zmieniło nazwę, ale czymże jest 20 lat w historii subkontynentu, jeżeli obrzęd sati (spalenie żywcem wdowy na stosie pogrzebowym męża) zakazany przez Brytyjczyków w XIX wieku ostatnio miał miejsce w stanie Uttar Pradesz... 11 września 1999 roku. Ostatni, o którym informacja dotarła do mediów.

Podróż przez Indie, które próbują zrzucić gorset podziału kastowego, to opowieść dla ludzi o mocnych nerwach. W skład „komitetów wyborczych” różnych partii wchodzą grupy uzbrojonych po zęby bandytów, kandydaci startują do parlamentów stanowych z zza więziennych murów, a premierem w rządzie stanowym może zostać niepiśmienny wioskowy zapaśnik.
Obyczaje polityczne rosyjskiej prowincji to mały Pikuś w porównaniu z Indiami.
Konsekwencje rozdziału kolonialnych Indii na dwa państwa odbijają się czkawką do tej pory. Walki pomiędzy buddystami i muzułmanami nadal są częste i krwawe.
Pogromy braminów przez „niedotykalnych” i nawzajem, demolowanie historycznych miejsc, bo „wkracza nowoczesność”, wypędzone z domów staruszki, śpiewające psalmy ku czci bogów za szklankę ryżu dziennie.
Indyjscy „yuppie”, konserwatyści wszelkiej maści, gwiazdy Bollywood, krykiecista - bohater narodowy Pakistanu, będący przyjacielem narkotykowego barona, którego posiadłości strzeże 50 uzbrojonych zbirów i... 300 pocisków rakietowych ziemia-ziemia.
Nieletnie, dziewicze bojowniczki Tamilskich Tygrysów ze Sri Lanki, mające na swym koncie pogrom „sił pokojowych  z Indii.
Na każdej, dosłownie każdej, stronie znajdziecie więcej krwi, nieszczęścia i łez niż w kilku amerykańskich filmach wojennych z „Kill Billem” na dokładkę.

Pozycja niesamowita, napisana przez człowieka, który w Dekanie spędził większość swego życia. William Dalrymple pisze niezwykle ciekawie, a że tłumaczka - Berenika Janczarska - wykonała wspaniałą robotę – to macie zajęcie na „długie zimowe wieczory”. 
Polecane zamiast horrorów lub Bollywoodzkiego badziewia.

 Tytuł: Kalijuga. Wiek waśni i sporów.
Tytuł oryginału: The Age of Kali: Indian Travels & Encounters
Autor:
Berenika Janczarska
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Data wydania polskiego: listopad 2017
Liczba stron: 440

Polecamy, także na prezent, podobnie jak pozostałe książki


2/02/2018 08:48:00 PM

Na wschód od zachodu - Wojciech Jagielski

Na wschód od zachodu - Wojciech Jagielski
To dość nietypowy, jak na tego Autora, zbiór reportaży.
Wojciech Jagielski przyzwyczaił nas do relacji w których opisuje kolejne wojny i konflikty zbrojne na całym świecie.Ta książka jest zupełnie inna i tematyka w niej zawarta drastycznie różna od „klasycznego Jagielskiego”.
Tym razem udamy się do Indii szlakiem... hipisów oraz osób, które na ruch hippisowski z racji wieku się nie załapały, ale duch ich wypraw pozostał niezmieniony.
Zamiast wojennych komendantów, bojowników wszelakiego gatunku i maści pojawią się ludzie, którzy chcą odnaleźć „duchową głębię”, „swoje prawdziwe JA” i zafascynowanych przebogatą kulturą religijną Indii. Poszukując Shangri-La – cudownej krainy, podróżują po Dekanie w celu odnalezienia uduchowionego, sprawiedliwego świata, w którym i tygrys i jeleń będą pić z tego samego źródła. Co wspólnego ma Shangri-La z Indiami z ich wyobrażeń?
W gruncie rzeczy ma tylko jedną wspólną cechę – nie istnieją.
Świat widziany przez różowe okulary, które zapewnia koktajl złożony LSD, THC z domieszką opium jest bardzo odległy od Indii rzeczywistych. Mistyka - tak, jak najbardziej, ale „równość, wolność, braterstwo" to raczej nie tu, gdzie kast i podkast definiujących kim możemy zostać jest jakieś 3000. Magia Indii jest niezaprzeczalna, jednak kiedy spojrzy na nie rzetelny reporter zmieniają się drastycznie. I doskonale sprawdzi się tutaj przysłowie” Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” - bo zetkniecie się w Indiach z równie idealistycznym i cukierkowym obrazem Zachodu, widzianego oczyma Hindusów.
Podczas rozmów z licznymi bohaterami tych opowieści pojawią się również wątki z „klasycznego Jagielskiego”, kiedy Autor odnosząc się do wspomnień hippisów z Afganistanu czy Iranu wplecie swoje własne, przeżycia w tych krajach z perspektywy swojego głównego nurtu twórczości.
Tak jak napisałem wcześniej – nietypowe, ale zdecydowanie warte przeczytania.

Tytuł: Na wschód od zachodu
Autor: Wojciech Jagielski

Wydawnictwo: Znak
 Data wydania: styczeń 2018
Liczba stron: 314

1/06/2018 10:42:00 AM

Miasto cierni Największy obóz dla uchodźców - Ben Rawlence

Miasto cierni Największy obóz dla uchodźców - Ben Rawlence
Dadaab – obóz dla uchodźców w Kenii, powstały w 1992 roku miał być miejscem schronienia głównie dla Somalijczyków uciekających przed wojna domową.
Po 25 latach stał się  jednak znaczącym miejscem na mapie... .gospodarczej,  pochodzi z niego całkiem pokaźny procent dochodów prowincji Północno-Wschodniej (opartych głównie na szmuglu cukru), a w czterech de facto miastach (Hagadera, Ifo, Dagahaley, Kambios) mieszka, według różnych szacunków od 300,000 do 500, 000 ludzi.
Oficjalnie znajdują się one pod patronatem Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców, a zarządzane są przez jedną z licznych organizacji charytatywnych działających pod egidą ONZ.

Na kartach "Miasta  cierni" autor stara się zobrazować życie w tym największym na świecie obozie uchodźców. Część bohaterów książki nie zna innego życia, niż to w Dadaab,  tam się urodzili, a ze względu na ograniczenia w przemieszczaniu się po terytorium Kenii nałożone przez kenijski rząd nie specjalnie mają możliwość, a często i chęć, podróżowania poza znaną sobie okolicę.
Jak to z reguły bywa z różnymi inicjatywami ONZ spora część problemów, z jakimi borykają się mieszkańcy opisywanych miejsc wynika z metody działania tej przesławnej organizacji. Znane, nie tylko w Afryce, rozwiązanie typu „na plaster i ślinę”, bez dookreślonych reguł, zasad, a czasami również brak pomysłu na stabilne finansowanie projektu widać tam w pełnej krasie.
Rządy m.in. USA i donatorzy nie są szczęśliwi z racji tego, że aby nieść skuteczną pomoc, organizacje charytatywne muszą odprowadzać „podatki” w tym dla terrorystów z Asz-Szabab. Zapominają o podstawowej regule „This is Africa” i o tym, że nic tam nie działa tak, jak się wydaje Europejczykom i Amerykanom.

Mimo starań Autora należę do tej grupy czytelników, która raczej nie wzruszy się losem biednych uchodźców. Dlaczego? Już odpowiadam. Uciekają przed przemocą, gwałtami i zamachami. Co sami sobie tam fundują? Gwałty, przemoc, ataki bombowe. I oczywiście słabo współpracują z kimkolwiek ze strachu przed odwetem klanu, z którego pochodzą napastnicy. Co najmniej niechęć, jeśli nie otwarta nienawiść, pomiędzy chrześcijanami z Etiopii a muzułmanami z Somalii też nie jest w tym wypadku bez znaczenia.
Przyrost naturalny, pomimo braku perspektyw i powszechnego dostępu do środków antykoncepcyjnych jest taki, że pomimo akcji powrotu części uchodźców do Somalii, liczba ludności w obozach nie maleje (na papierze – tak, ale rzeczywistość skrzeczy). Normą jest oszukiwanie organizacji pomocowych – przydziały żywności i innych dóbr są pobierane również dla osób, które opuściły obóz. Mimo braku zajęcia dla sporej części mieszkańców panuje tam brud, wszędzie walają się śmieci, ale jeżeli nikt za sprzątanie nie zapłaci to stan ten nikomu nie przeszkadza. To znaczy – pewnie przeszkadza, ale jakoś chętnych do zmiany tego stanu rzeczy brak.
Za zmniejszenie wielkości pomocy (związanej z akcją humanitarną w Syrii) i przez to „osłabienie sił witalnych” para nie mogąca podjąć czynności prokreacyjnych chce pozwać do sądu...  Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców.
To tylko kilka przykładów, a jest ich znacznie więcej.
Zresztą..., przeczytajcie sami.

Tytuł: Miasto cierni Największy obóz dla uchodźców
Tytuł oryginału: City of Thorns


Autor:
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania drugiego: sierpień 2017








12/19/2017 09:51:00 AM

Przedziwna śmierć Europy - Douglas Murray

Przedziwna śmierć Europy - Douglas Murray
To, że taka książka powstała w Wielkiej Brytanii może być dla niektórych szokiem. Że napisał ją uznany komentator polityczny, pisarz i dziennikarz, a nie ktoś związany EDL lub Britain First – tym bardziej.
To jedna z lepszych analiz obecnej sytuacji w Europie, jaką czytałem. Powiem więcej – w 95% pokrywa się z moimi obserwacjami i przemyśleniami, przez co uważam ją za doskonałą, bo jak wiadomo, za najmądrzejszych uznajemy tych ludzi, którzy się z nami zgadzają:-)

Książka powstała w oparciu o podróże i obserwacje autora dotyczące sytuacji imigracyjnej nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i w pozostałych krajach unijnych.
Zakłamywanie i zaklinanie rzeczywistości, paraliż policji wynikający z presji „politycznej poprawności” oraz tworzenie alternatywnej rzeczywistości przez liberalnych polityków (ale nie tylko) były mi znane.
Nie miałem jednak  świadomości, jak ogromna jest skala tego zjawiska. A także poziomu zidiocenia permanentnego znakomitej części europejskiej klasy politycznej. Tu chętnie posłużę się przykładem norweskiego polityka, który deklarował się jako „feminista, antyrasista i heteroseksualista” a we własnym domu został „ubogacony kulturowo” przez somalijskiego emigranta. I co myślicie, że zmieniło to jego podejście do niekontrolowanego napływu setek tysięcy nielegalnych imigrantów?
Ależ skąd. W wywiadzie stwierdził, że jest mu strasznie przykro, że po odsiedzeniu 4,5 roku za gwałt Somalijczyk ma być wydalony do swojego kraju, bo tam przecież może go spotkać straszny los. I w tym przypadku nie wiem, czy to taki poziom zidiocenia, czy może pan poseł przeceniał swój heteroseksualizm. Znajdziecie tam historię o delegacji amerykańskich aktywistów, którzy przepraszali Jasera Arafata za... wyprawy krzyżowe. Kolejna grupa zbolałych debili przepraszała za niewolnictwo, przyjeżdżając do Afryki w łańcuchach i z dybami na szyi.
Arabowie, a zwłaszcza Omańczycy będący największymi handlarzami niewolników z Afryki raczej nie mają z tego powodu złych snów, a o przepraszaniu kogokolwiek za to pewnie też nie myślą

W Londynie podczas jednego z ostatnich Spisów Powszechnych tylko 33% mieszkańców tego miasta deklaruje się jako „biali Brytyjczycy”. Podobnie jest w innych krajach starej Unii. To w większości nie są uciekinierzy przed wojną, tylko normalni imigranci ekonomiczni. W Szwecji, gdzie politycy zapewniają, że stref „no go” absolutnie nie ma... 80% szwedzkich policjantów myśli o rezygnacji ze służby. Pewnie dlatego, że ich praca jest tak rozkosznie nudna, że koniecznie muszą poszukać zajęcia w bardziej ekscytującym zawodzie.

Swoje trzy grosze wtrąca również kościół katolicki, twierdząc, że Jezus też był imigrantem.
Nie dyskutuję z tym, ale z większością obecnych imigrantów sytuacja rodziny Jezusa ma tylko jedną wspólną cechę – „nieco” naciągany powód ucieczki. Poza Biblią i kilkoma mało wiarygodnymi źródłami (ani słowa o tym fakcie nie znajdziecie w dokumentach skrupulatnej biurokracji rzymskiej) nie ma żadnych świadectw o wymordowaniu (w skrajnej wersji 144 tysięcy) chłopców do lat dwóch.
Było by nie lada wyczynem, gdyż populacja całej Jerozolimy wynosiła wtedy maksymalnie ok. 100.000 mieszkańców.

Ale nie czepiajmy się szczegółów bo różnic jest kilka i to całkiem znaczących. Po pierwsze – uciekli do Egiptu, który był pierwszym bezpiecznym krajem. Po drugie – była ich tylko trójka. Po trzecie – przybrany ojciec Jezusa miał szacowny i potrzebny w ówczesnych czasach zawód cieśli.
I po czwarte i najważniejsze- po tym, jak „zagrożenie” ustało wrócili do Palestyny.

Choć imigrantów z krajów Europy Wschodniej Douglas Murray wrzuca do jednego worka z przybyszami z Pakistanu, Erytrei i innych państw, niech pozostanie to punktem widzenia Brytyjczyka, który pisze o zmianach w swoim kraju.
Natomiast z częścią rozwiązań mających uleczyć sytuację się nie zgadzam.
Nie uważam, że promowana przez obecnego pana premiera Morawieckiego rechrystianizacja Europy jest na to lekarstwem. Ja tam dżumy cholerą bym nie leczył. Nie musimy jako Europejczycy korzystać z innej bliskowschodniej wersji tych samych mitów – mamy swoje, a dorobek kulturowy Greków i Rzymian powinien nam w zupełności wystarczyć do odbudowania własnej tożsamości, przywrócić poczucie dumy z bycia Europejczykiem i poczucia jedności.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę (nie mówiąc o tym, że tak faktycznie będę myślał) ale niezmiernie cieszę się z faktu, że u sterów władzy w Polsce jest pan prezes Jarosław Kaczyński. To dzięki Jego zdecydowanej postawie nie podążamy wielce niebezpieczną drogą innych państw Unii Europejskiej w obszarze polityki imigracyjnej.


Tytuł: Przedziwna śmierć Europy


Autor:  Douglas Murray
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 434
Data wydania:  listopad 2017

9/02/2017 09:54:00 AM

Wojna Ashley. Nieznana historia wojskowej jednostki specjalnej złożonej z kobiet - Gayle Tzemach Lemmon

Wojna Ashley. Nieznana historia wojskowej jednostki specjalnej złożonej z kobiet - Gayle Tzemach Lemmon
Wojna w Afganistanie, którą prowadzą siły koalicji niczym się nie różni, od wcześniejszych (pierwsza wojna afgańska wybuchła w pierwszej połowie XIX w.) toczonych na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci, na tym terenie przez Europejczyków.
Szanse na wygrane są, tradycyjnie już, marne, bo Afganistan zamieszkują ludy nawykłe jedynie do wojowania (na zajmowanie się czymś innym nie mają ani czasu, ani ochoty), a pieniądze pochodzą albo od hojnych sponsorów, albo z jedynej gałęzi gospodarki, jaka tam kiedykolwiek (a na pewno w czasach nowożytnych) prężnie funkcjonowała czyli produkcji i eksportu narkotyków.
Sposobem na zmianę tego stanu rzeczy była inicjatywa najwyższego rangą amerykańskiego „specjalsa” czterogwiazdkowego admirała Erica Thora Olsona.
Młotem tego amerykańskiego Thora, który miał skruszyć afgańską rebelię były oddziały kobiece.
Przez Talibów traktowane jako”trzecia płeć”, ale przez Afgańczyków nie wojujących akceptowane, jako osoby mające kontakt z Afgankami i nie naruszające jednocześnie ich „poczucia honoru” czymkolwiek miałoby ono być.
Autorka skoncentrowała się na postaci Ashley White, jednej z pierwszych wojowniczek należących do Cultural Support Teams czyli Zespołów Wsparcia Kulturowego.
Nie były to jednak oddziały zajmujące się kursami kroju i szycia, poznawaniem afgańskiej kultury czy prowadzeniem pogadanek dla świeżo przybyłych rekrutów o zasadach panujących w tym kraju.
One pracowały razem z elitarnymi oddziałami U.S. Army podczas akcji bojowych jako wsparcie.
To one nie budząc dodatkowej wrogości „lokalsów” przeszukiwały pomieszczenia dla kobiet w celu wykrycia Talibów i potwierdzały płeć „wędrownych namiotów” (bo tak mniej więcej wygląda strój kobiecy w Afganistanie), sprawdzając czy jakiś „honorowy bojownik” nie przebrał się za kobietę.

To książka o trudnej służbie, ale również o amerykańskiej wojskowej biurokracji, która stała na drodze do stworzenia oddziałów CST. Okazuje się bowiem, że w kraju, którego „demokracja” jest „najlepsza na świecie”, a prawa kobiet do równouprawnienia są niemalże religią,  kobiety w mundurach.... nie mogły służyć w jednostkach bojowych na linii frontu, ani nawet znajdować się na okrętach czy w samolotach podczas misji.
Oczywiście powiewanie „stars and stripes” ma miejsce na co drugiej stronie książki w formie dość nachalnej,  nie mniej jednak "Wojna Ashley" to kawał solidnej literatury wojennej dotyczącej  nieznanej strony konfliktu na lini Afganistan- NATO,  który toczy się już, bagatela, 16 rok.
Ale jak to mawiają Afgańczycy od czasu wojen z Brytyjczykami w połowie XIX wieku - „wy macie zegarki, a my mamy czas".

Tytuł: Wojna Ashley. Nieznana historia wojskowej jednostki specjalnej złożonej z kobiet
Autor: 

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: kwiecień 2017

Książka jest aktualnie dostępna w księgarni internetowej platon24.pl




8/10/2017 01:38:00 PM

Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach - William Dalrymple

Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach - William Dalrymple
Kolejna książka jednego z moich ulubionych autorów, tym razem dotyczy zmian zachodzących na subkontynencie indyjskim.
W swoich podróżach przybliża nam różne, często bardzo egzotyczne z naszego punktu widzenia, wyznania religijne panujące w jednym z najdynamiczniej rozwijających się krajów. W ocenach analityków wywiadu amerykańskiego Indie gospodarczo wyprzedzą Stany Zjednoczone do roku 2050. To wbrew pozorom wcale nie jest odległa perspektywa, także zmiany zachodzące w społeczeństwie są bardzo gwałtowne.
Dzięki swojej podróżniczej pasji, ciekawości innych kultur oraz otwartości William Dalrymple jest znakomitym przewodnikiem po tym szalenie intrygującym i niesamowicie interesującym kraju.
Wraz z nim dotrzemy do wyznawców najprzeróżniejszych religii, poznamy ich system wartości oraz sposób docierania do ich wersji Absolutu.
Dźinijska wędrowna mniszka, tancerze, w których wcielają się hinduscy bogowie, wyznawczyni Jellammy zobowiązana do świadczenia usług seksualnych, czy mnich buddyjski, który w obronie swojego kraju i wiary złamał śluby i został partyzantem walczącym z chińskimi żołnierzami podczas aneksji Tybetu bądź suficcy mędrcy, których sposób wyznawania Allacha budzi wrogość i nienawiść wahhabickich współwyznawców -to tylko niektórzy z dziewięciu bohaterów tej opowieści.
Ogromna różnorodność tradycji, wyznań czasami łączy się i przenika w przedziwny sposób.
Warto przeczytać te historie, poznać odchodzący świat tradycji oralnych, których największym wrogiem jest.... edukacja i scholaryzacja. Okazuje się bowiem, że umiejętność czytania do tego stopnia upośledza zdolność zapamiętywania długich tekstów, że zanika grupa osób, która jest w stanie zapamiętać całe monumentalne święte opowieści.
Zrozumienie tego, czym jest duchowość Indii tylko poprzez słuchanie osób opowiadających historie swojego życia, jest w moim pojęciu zdecydowanie lepszą drogą niż czytanie bardzo mądrych naukowych publikacji na ten temat, pisanych najczęściej przez ludzi, którzy rzadko mają kontakt z kimś spoza swojego miłego akademickiego środowiska.

 Tytuł: Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach
Autor: 

Wydawnictwo: Czarne
Data wydania czwartego: sierpień 2017








Książka jest dostępna w księgarni internetowej platon24.pl

6/18/2017 03:55:00 PM

Obłoki Fergany - Przemysław Chwała

Obłoki Fergany - Przemysław Chwała
Reportaż z podróży do Kirgistanu i Uzbekistanu.
O ile na temat Uzbekistanu przeciętny zjadacz chleba ma pewne pojęcie, to już z Kirgistanem są pewne problemy. Nazwy uzbeckich miast takie jak  Taszkent, Samarkanda, Buchara, Fergana czy Chiwa mnie przynajmniej kojarzą się z przygodami Hodży Nasreddina, który te miasta odwiedzał. Kraj bawełny, ale i złota, którego złoża szacowane są na 4 co do wielkości na świecie.
A Kirgizja? Tutaj już sama nazwa stolicy  - Biszkek raczej mało komu cokolwiek powie. Jedyną nazwą która z czymkolwiek może się kojarzyć to „Pik Pobiedy” o wysokości 7439 m n.p.m.
Dlatego panu Przemysławowi chwała za to (gra słów oczywiście zamierzona), że poświęcił rok życia, aby przybliżyć czytelnikowi dwa z postradzieckich „stanów” (Kazachstan, Kirgistan, Uzbekistan, Turkmenistan, Tadżykistan itd.)
To nie są miejsca, gdzie każdy z ochotą wyruszy na wakacyjną przygodę bo raz, że daleko, a dwa – radziecka mentalność urzędnicza połączona z typowo wschodnią kulturą wszechobecnego „bakszyszu” czyli mniej lub bardziej wymuszonej łapówki jest powszechna. Mniej doświadczonych podróżników może kosztować to mnóstwo pieniędzy, czasu i zdrowia. Dlatego całkiem przyjemnie obserwować te kraje z perspektywy kart tej książki.
Dość charakterystyczną cechą Kirgistanu i Uzbekistanu jest tęsknota zwykłych ludzi za ZSRR. Panował wtedy ład, porządek, wszyscy mieli pracę i stabilną sytuację. Jak ktoś był bardziej przedsiębiorczy, to i dorobić potrafił. Upadek Sojuza skończył się dla nich katastrofą, bo zamknięcie fabryk i kołchozów pozbawiło z dnia na dzień ludzi wszelkich źródeł dochodu. Owszem, część potrafiła wykorzystać koniunkturę i w oparciu o klanową strukturę państw regionu całkiem przyjemnie się ustawić. Jednak większość nie potrafi do tej pory poradzić sobie z tymi zmianami. To pewnie konsekwencja tego, że Rosjanie wciągnęli „stany” w wiek XX, później zafundowali „realny socjalizm” przy wschodniej mentalności. A później – tak po prostu zwinęli majdan pod tytułem ZSRR.
I wygląda to, jak wygląda. Bieda, korupcja, przestępczość zorganizowana, hurtowy handel narkotykami, a odróżnienie polityka od gangstera wymaga dobrej znajomości lokalnych układów.

Tytuł: Obłoki Fergany
Autor: Przemysław Chwała
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: kwiecień 2017
Liczba stron: 304
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2016 To czytają Saudyjskie Wielbłądy , Blogger