Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty

3/09/2019 11:54:00 AM

Sofia albo początek wszystkich historii - Rafik Schami

Sofia albo początek wszystkich historii - Rafik Schami
Kobiety z damasceńskiej ulicy Jaśminowej co roku 23 czerwca opłakują lokalnych kochanków na miarę Romea i Julii. W byciu razem Fadiemu i Fatimie nie stanął na drodze spór pomiędzy rodami, ale wyznanie. Jednak zapuchnięte od łez oczy oraz współczucie dla nieszczęśliwej miłości (raz w roku) nie przeszkadza im w codziennym „umilaniu” życia Aidzie i Karimowi- starszej wiekiem ale współcześnie żyjącej wśród nich parze.

Karim jest ponad osiemdziesięcioletnim muzułmaninem, a Aida- sześćdziesięcioletnią chrześcijanką – ale wiek nie jest przeszkodą w przeżywaniu iście młodzieńczej miłości – zarówno emocjonalnej, jak i tej jak najbardziej fizycznej. To lokalnym plotkarkom wyznań obydwu oraz zazdrosnym mężczyznom daje ogromną siłę do „oburzenia nad mikrą moralnością” obojga zakochanych. Tak poznajemy dwójkę bohaterów bardzo intrygującej opowieści o zazdrości, hipokryzji, zawiści, zdradzie, ale i o miłości, poświęceniu i honorze. Trzecią wiodącą postacią tej historii jest Salman syn wielkiej, lecz nieszczęśliwiej młodzieńczej miłości Karima – tytułowej Sofii.
Historia, która zaczyna się w roku 2010, ale mająca odniesienia aż do 1927 ukazuje losy oraz kluczowe elementy życia bohaterów. Idealizm oraz chęć naprawy świata doprowadza do sytuacji, w której jedyną szansą ocalenia życia jest ucieczka. W przypadku Karima – przed odpowiedzialnością za niepopełnioną zbrodnię, a Salmana-działalnością w zbrojnej organizacji rewolucyjnej. Karim, dzięki Sofii może powrócić do normalnego życia w Damaszku. Jednak dla Salmana przez 40 lat powrót do rodzinnego kraju i ukochanego Damaszku jest niemożliwy. Musi ułożyć sobie życie w Europie- najpierw w Niemczech, potem we Włoszech. Sentymentalna podróż do Syrii kończy się poważnymi kłopotami spowodowanymi przez rodzinnego Judasza.
Taka historia poza pewnymi elementami „lokalnego kolorytu” może zdarzyć się wszędzie. Tak naprawdę czy do obudzenia demonów niskich uczuć potrzebne są aż takie fundamentalne różnice jak wyznanie? A czy miłość zważa na takie drobiazgi?


2/24/2018 02:23:00 PM

Fuck America - Edgar Hilsenrath

Fuck America - Edgar Hilsenrath
Gdyby Stany Zjednoczone przyjęły ustawę podobną do naszej o IPN, ukazanie się książki "Fuck America" najprawdopodobniej skończyłoby się dla Edgara Hilsenratha i jego wydawcy bardzo przykrymi konsekwencjami. A pomyślcie o tytule - nie dość, że to obraza Narodu (obowiązkowo pisanego dużą literą) to jeszcze obraza moralności publicznej.

"Fuck America" to groteska, opisująca chęć ucieczki galicyjskiego Żyda zamieszkałego w III Rzeszy do Stanów Zjednoczonych. Jego korespondencja z Amerykańskim Konsulem Generalnym powinna wywołać „hatakumbę” w mediach społecznościowych, a wypomnienie amerykańskiego antysemityzmu w latach 30, czy odesłanie statku „St. Luis” (rząd USA nie przyjął statku z 937 żydowskimi uchodźcami z III Rzeszy w czerwcu 1939 roku, Franklin Delano Roosevelt okazał się nieugięty, mimo że żydowscy uchodźcy napisali do niego prośbę o łaskę. Roosevelt uznał ich za "element niepożądany") doprowadzić do osrtej konfrontacji dyplomatycznej.
Rodzinie głównego bohatera - Jakoba Bronsky’ego, cudem udało się przeżyć wojnę i po wielu perypetiach dotrzeć do Stanów Zjednoczonych, jednak życie Jakoba w USA nie jest usłane różami i mocno odbiega od wizji "ziemi obiecanej".

Amerykanie  strofują Polskę zapominając o swoim antysemityzmie, m.in. o tym, że w 1920 roku „Dearborn Independent”, gazeta wydawana przez Henry’ego Forda, opublikowała serię artykułów opisujących złowrogi  ogólnoświatowy spisek żydowski” Obecnie ani Żydzi, ani Amerykanie nie chcą o tym pamiętać, a książka, którą macie przed sobą w sposób przerysowany i quasi- satyryczny przedstawia Stany Zjednoczone w latach 50-tych widziane oczyma człowieka, który w niewyjaśniony sposób przeżył Shoah w Niemczech i wyjechał z rodziną do USA.
Choćby dlatego warto ją przeczytać.

 Tytuł: Fuck America
Tytuł oryginału: Fuck America
Autor:  Edgar Hilsenrath
Tłumaczenie:  Ryszard Wojnakowski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: styczeń  2018

1/14/2017 12:45:00 PM

Ludzka skaza - Philip Roth

Ludzka skaza - Philip Roth
Znany Wam już z dwóch wcześniejszych części trylogii Philipa Rotha pisarz Nathan Zuckerman rozpoczyna kolejną opowieść w roku 1998. To czas „afery rozporkowej” Billa Clintona, kiedy (jak określił to narrator tej historii)  w Ameryce zatriumfowała, po raz kolejny zresztą „świętoszkowatość”. Ja na użytek własny tę przypadłość nazywam hipokryzją. Nie jest ona, niestety, przypadłością występującą tylko okresowo i wyłącznie w USA. Z własnego podwórka znamy wielkich specjalistów od moralności, patriotyzmu i „przyzwoitego prowadzenia się". To, że cześć z tych apologetów cnót wszelakich samemu jest na przykład rozwodnikami czy osobnikami maltretującymi rodzinę w zapale iście inkwizytorskim jakoś umyka nie tylko im samym, ale i gawiedzi, która też ma sporo za uszami. Jednak z wielką przyjemnością i wypiekami na twarzy, jak to z gawiedzią i motłochem bywa, śledzą publiczne smaganie przeciwników politycznych swoich idoli. A później – sami wynajdują własne ofiary. W takiej właśnie sytuacji znalazł się szanowany profesor filologii klasycznej Coleman „Silky” Silk. Co spowodowało problemy wiekowego już profesora? Otóż, w szóstym tygodniu semestru, wyczytując nazwiska dwojga studentów, którzy do tej pory nie zaszczycili go obecnością na swoich zajęciach wygłosił następującą kwestię:
”Czy ktoś z państwa zna te osoby? Czy to żywi ludzie, czy może zmory?”
Okazało się że lokalni „sprawiedliwi i prawi” doszukali się w tej wypowiedzi....  rasizmu. Dlaczego? Ano dlatego, że w jakimś słowniku słowo „zmora” oprócz klasycznego znaczenia miało znaczenie drugie. Było to „pogardliwe określenie Murzyna”. Profesor Silk pełnił przez kilka lat rolę dziekana i wprowadził pewne zmiany,  które nie przysporzyły mu nadmiaru przyjaciół.  Wręcz przeciwnie - uczelnianych „leśnych dziadków” doprowadziły do furii. Zaczął bowiem od nich wymagać.... publikacji naukowych w innym periodyku niż lokalne „Athena Notes”(sponsorowane zresztą przez jakiegoś krewnego czy znajomego królika), których wartość naukowa była żadna. Sprowadził sporo „młodej krwi” dzięki czemu uczelnia zaczęła przypominać co nieco ośrodek uniwersytecki, a nie kółko wzajemnej adoracji.
Między innymi za jego rządów rozpoczął pracę jako wykładowca, pierwszy czarny doktor.  Było on pierwszym Murzynem, który w tej szacownej placówce pełnił inna rolę niż sprzątacza czy woźnego. Ale nawet on nie wsparł swojego mentora. Po raz kolejny pojawi się zapewne pytanie „dlaczego?” Dlatego, że dzięki temu czarni aktywiści mogli ugrać coś więcej dla siebie. Zwiększenie ilościowe czarnej kadry dydaktycznej itp. Profesor Silk, jako osoba pryncypialna złożył rezygnację, nie idąc na układ, że wystarczy, że..... przeprosi studentów za swoje słowa. Uznał, że jeżeli nie daje się wiary jego słowom, to nie widzi dla siebie miejsca na tej uczelni. Cała ta sytuacja doprowadziła (w opinii Colemana) do śmierci jego żony. Po odejściu z uczelni całkowicie odciął się od swej profesorskiej przeszłości. A dzięki wynalazkowi , który z siedemdziesięciolatka robi młodzieniaszka, czyli viagry przypomniał sobie stare dzieje, kiedy był wielkim miłośnikiem (i konsumentem) uroków płci niewieściej. Związał się z 34-letnią niepiśmienną sprzątaczką, którą poznał jeszcze na uczelni. Ze swoich problemów i sekretów zwierzył się swemu sąsiadowi – Nathanowi.
Przez splot zdarzeń, o których nie będę tutaj pisał z oczywistych względów Nathan Zuckerman poznaje historię życia „Silky”ego”. A to co odkrył dowodzi bez jakichkolwiek wątpliwości, że wypowiedź Colemana nie była rasistowska.   
W mojej ocenie "Ludzka skaza" to najlepsza część trylogii amerykańskiej Rotha.

Tytuł: Ludzka skaza
Tytuł oryginału: The Human Stain
Autor: Philip Roth
Tłumaczenie: Jolanta Kozak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: październik 2015
Liczba stron: 540

10/18/2016 09:38:00 AM

Mundur - Marek Ławrynowicz

Mundur - Marek Ławrynowicz
W zamierzchłych czasach PRL-u funkcjonował powszechny, obowiązkowy pobór do wojska.
Prowadziło to do kuriozalnej sytuacji, gdzie „dzielnymi obrońcami Ojczyzny”, często – gęsto zostawali osobnicy całkowicie nie przystosowani mentalnie i fizycznie do pełnienia tej zaszczytnej funkcji. W przeciwieństwie do armii zawodowej i ochotniczej trafiało tam mnóstwo ludzi, którzy wcale nie chcieli tam trafić.
Owszem, wojskowym prusko - radzieckim drylem można było znakomitą ich część przerobić na wyrób żołnierzopodobny. Zdarzały się jednak i jednostki absolutnie niereformowalne.
Można je podzielić dwie kategorie: kompletni kretyni, których nawet mocno nieskomplikowane, pod względem oczekiwań w kwestii samodzielnego myślenia, życie w koszarach i tak przerastało lub wszelkiego typu intelektualiści, poeci czy inna pacyfistyczna „swołocz”.
Z tymi pierwszymi nie było większego problemu, bo zawsze jest w wojsku jakaś robota nie wymagająca geniuszu, tylko silnych mięśni i tępego posłuszeństwa.
Z tymi drugimi Ludowe Wojsko Polskie miało nielichy kabaret.
Najczęściej do służby zasadniczej trafiali ludzie, którym nie powiodło się na egzaminach maturalnych lub wylecieli z jakiś powodów ze studiów.
Kolejną kategorią intelektualistów byli absolwenci wyższych uczelni, zwani „bażantami". W wojsku mieli odbyć szkolenia lub kursy oficerskie. W czasie studiów uczestniczyli w niezapomnianych zajęciach zwanych Studium Wojskowym, gdzie jako wykładowcy trafiał najgorszy "odpad atomowy" jaki miało do zaoferowania Ludowe Wojsko Polskie. Z nieznanych do dziś przyczyn byli to ci, którzy podpadli do tego stopnia, że trzeba ich było usunąć z widoku, a jednocześnie ze względu na wcześniejsze zasługi wywalić ich z MON-u nie chciano.
Paweł Zabłocki, bo tak nazywa się nasz bohater (a wygląda na alter ego Autora), jest właśnie przykładem antytezy wojownika.
"Mundur" to powieść o zupełnie nieprzystosowanym do życia w koszarach poecie, który zaliczył Studium Wojskowe na polonistyce, a później via ZMECH (czyli Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych im. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu) jako najgorszy absolwent kursu w stopniu starszego szeregowego trafia do regularnej jednostki. Być najgorszym w ZMECHU to duże wyzwanie, bo wśród oficerów z tamtego czasu nazwanie kogoś „zmecholem” było powodem do solidnego mordobicia.  „Zmechol” był synonimem tępego i niedouczonego łosia.
Pewnie jest to opinia krzywdząca dla wielu absolwentów tej uczelni, ale nic nie poradzę, że taką mają. To trochę jak z przedwojennymi żurawiejkami na 15 Pułk Ułanów Poznańskich.
W jednej to:
 „Ostróg brzęk w Poznaniu dzwoni, 
To z piętnastki są czerwoni”
ale już w innej, niezbyt przychylnej:
„Po Poznaniu dupą szasta
To z "piętnastki" pederasta."
Tylko i wyłącznie, dzięki temu że Paweł Zabłocki napotyka w jednostkach ludzi przyzwoitych – zarówno kolegów, jak i kadrę oficerską (choć w większości to lenie i pijacy), jakoś udaje mu się przeżyć ten czas w miarę bezstresowo.
Dla tych, którzy mieli okazję znaleźć się w tamtych czasach w szeregach Ludowego Wojska Polskiego to znakomita okazja do wspomnień. Z łezką w oku przypomną sobie własne perypetie w tym "niezorganizowanym bałaganie" i  wrócą na chwilę do czasów młodości. Kiedyś nazwałem LWP „burdelem” na co mój osobisty wujek – pułkownik strasznie się oburzył, twierdząc, że "w burdelu to każdy wie, co, z kim i za ile, a wojsku to już niekoniecznie"
Dla tych Czytelników, dla których świat bez galerii handlowych i Internetu jest równie odległy jak czasy Mieszka I czy dinozaurów – ta książka to niezła lekcja historii, a zarazem "instrukcja obsługi rodziców". Pomoże tej młodszej generacji lepiej zrozumieć, dlaczego my (z Waszego punktu widzenia – obiekty muzealne)  mamy czasami specyficzne poczucie humoru :-D

Tytuł: Mundur
Autor:
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania polskiego:  wrzesień 2016
Liczba stron: 304

10/14/2016 07:11:00 PM

Krótka historia siedmiu zabójstw - Marlon James

Krótka historia siedmiu zabójstw - Marlon James
Początek tej historii to przełom lat 1976- 1977 w Kingston na Jamajce.
Piękna wyspa, światowa stolica reagge i rastafari. Religia rastafarian połączyła elementy chrześcijaństwa oparte na Biblii i zasadach chrześcijaństwa koptyjskiego, afrykańskich wierzeń animistycznych oraz poglądów reprezentowanych przez cesarza Etiopii Haile Selassie I głoszącego, że „pokój na ziemi zapanuje, gdy ludzie przestaną być dzieleni na ludzi pierwszej i drugiej kategorii, a kolor ich skóry będzie miał takie samo znaczenie, jak kolor ich oczu”.
Jednak to tylko jedna strona medalu.
Druga to bieda, zacofanie gospodarcze, przestępczość zorganizowana i narkomania. Ta ostatnia nie dotyczy jedynie ulubionego „zioła” rastamanów, bez którego trudno sobie wyobrazić muzykę reagge (przynajmniej mnie :-D).
Poziom okrucieństwa w slumsach Kingston nie różni się specjalnie od tego, co znamy z literatury lub własnych obserwacji brazylijskich faveli czy południowoafrykańskich township”s.
Jedyne co odróżnia gangi na Jamajce od innych tego typu ugrupowań to przynależność partyjna.
Dwa wiodące gangi popierały albo Jamajską Partię Pracy (Jamaica Labour Party, JLP) albo Ludową Partię Narodową (People's National Party, PNP).
Pierwsza z nich – JLP to partia centroprawicowa, łącząca konserwatyzm i liberalizm gospodarczy.
Druga – PNP to wyznawcy socjalizmu demokratycznego - czyli socjalizmu jako ustroju gospodarczego i demokracji jako formy rządów w państwie. W latach 70 tego typu zbitka dawała jasność tematu – partia nie była miłośnikiem USA i chętnie zapatrywała się na sukcesy kubańskiego El Comandante Fidela Castro, co zdecydowanie nie cieszyło CIA i rządu USA generalnie, bo kolejne państwo na Karaibach powiązane z ZSRR całkowicie nie mieściło się w założeniach amerykańskiej polityki zagranicznej.
Politycy obu partii chcieli wykorzystać w nadchodzącej kampanii wyborczej osobę, bez której chyba nikt nie wyobraża sobie muzyki reagge – Boba Marleya.
Ta charakterystyczna postać i najbardziej znany Jamajczyk na świecie był dla jamajskich polityków łakomym kąskiem.
Bob Marley zgodził się być gwiazdą koncertu „Smile Jamaica” zaplanowanego na 5 grudnia 1976 roku, a zorganizowanego przez Ministerstwo Kultury.  Według oficjalnej wersji koncert miał załagodzić panującą w mieście napiętą sytuację polityczną, będącą wynikiem brutalnej kampanii przedwyborczej. Jednak prawdziwym celem „Smile Jamaica” miało być osiągnięcie wzrostu poparcia dla ówczesnego premiera Michaela Manleya i Ludowej Partii Narodowej. Na to nie mogła sobie pozwolić ani Jamajska Partia Pracy ani dyskretnie wspierająca ją CIA.
Trzeciego grudnia 1976 roku grupa zamachowców wtargnęła do domu Marleya.
Atakujący zaczęli strzelać z broni automatycznej do muzyków przygotowujących koncert. Seria przeznaczona dla Boba Marleya trafiła Dona Taylora.Ciężko ranna została Alpharita "Rita" Anderson - żona Boba oraz ich przyjaciel - Lewis Griffith. Marley został postrzelony w ramię. W wyniku ataku nikt nie zginął, a napastników spłoszył przejeżdżający rutynowo policyjny radiowóz.
Do dnia dzisiejszego nie udało się ustalić ani zleceniodawców, ani sprawców zamachu.
Te właśnie wydarzenia stanowią kanwę powieści "Krótka historia siedmiu zabójstw".  Marlon James jako rdzenny Jamajczyk, nie ma wątpliwości kto stał za tym zamachem - to wspierani przez CIA bojówkarze Jamajskiej Partii Pracy.
Niech nie zmyli Was użyte w tytule słowo „krótka” :-D To fascynująca powieść to ponad 700 stron wartkiej akcji i do bólu realistyczny obraz Jamajki, znacznie odbiegający od tego co widzicie w katalogach biur podróży. Aż się boję pomyśleć, co by było, gdyby Autor podjął decyzję o napisaniu „Długiej historia siedmiu zabójstw” :-D
Sama fabuła jest prowadzona w sposób dość niekonwencjonalny. Każdy z rozdziałów to punkt widzenia jednej z osób, która w jakimś, mniejszym lub większym stopniu, jest zaangażowana lub jest świadkiem przygotowań albo samego ataku. Jako narrator występuje również … duch zabitego rok wcześniej mężczyzny. Dla purystów językowych, wzrokowców w szczególności, sposób napisania powieści będzie niemałym wyzwaniem. Każda z postaci występujących jako narrator posługuje się językiem, jakiego używa na co dzień.
Dlatego kwestie ledwo piśmiennego Bam Bama - 15 – letniego chłopca (jeden z zamachowców) są celowo napisane z taką ilością błędów ortograficznych i gramatycznych, że po kilkudziesięciu stronach tekstu zaczynamy się zastanawiać, jak się poprawnie pisze słowa „czarnuh” lub „zło czyńcy”.
Po tej lekturze zaczynam doceniać odporność psychiczną nauczycieli języka polskiego z podstawówek i gimnazjów.
Jednak sama fabuła jest wciągająca, a do ortografii poszczególnych postaci po jakimś czasie przywykniecie :-D

Tytuł: Krótka historia siedmiu zabójstw
Tytuł oryginału: A Brief History of Seven Killings
Autor:
Robert Sudół
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Literackie
Data wydania polskiego: październik 2016
Liczba stron: 712

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2016 To czytają Saudyjskie Wielbłądy , Blogger